Выбрать главу

— No cóż, jest jeszcze lord Byron… — zaczął doktor Greysteel.

— Byron! — wykrzyknął człowieczek. — Naprawdę? A niech mnie! Szalony, a do tego przyjaciel lorda Byrona! — Zabrzmiało to tak, jakby nieznajomy nie wiedział, co gorsze. — Och! Drogi doktorze. O tyle muszę pana zapytać. Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności?

Drzwi domu doktora Greysteela znajdowały się tuż za nimi, ale jego niesmak do człowieczka rósł z minuty na minutę. Choć medyk bardzo pragnął pomóc Strange’owi i jego przyjaciołom, nie miał chęci zapraszać nieznajomego do siebie. Wymamrotał coś na temat tego, że jego służący właśnie przebywa w mieście. Kilka przecznic dalej znajdowała się niewielka kawiarnia: zaproponował, by tam się udali.

Człowieczek przystał na to z uśmiechem.

Ruszyli zatem do kawiarni. Droga biegła nad kanałem. Człowieczek szedł po prawej stronie doktora Greysteela, bliżej wody. Mówił coś, a doktor rozglądał się dookoła. Jego spojrzenie skierowane było na kanał. Ujrzał nagle, jak bez ostrzeżenia utworzyła się na nim fala. Samo w sobie było to dość zdumiewające, ale to, co nastąpiło po chwili, okazało się jeszcze dziwniejsze. Fala popędziła ku nim i przetoczyła przez kamienną krawędź kanału, zmieniając kształt. Wodne palce pełzły ku stopom człowieczka, jakby usiłowały go chwycić. W chwili gdy go dosięgały, odskoczył z przekleństwem na ustach, ale chyba nie zauważył, że zaszło coś niezwykłego, a i doktor Greysteel milczał.

Kawiarnia okazała się miłym schronieniem przed przenikliwym zimnem i wilgocią poranka. Było tu ciepło, może nieco mroczno, ale nie posępnie; pachniało dymem. Pomalowane na brąz ściany i sufit pociemniały ze starości i od tytoniowych wyziewów, ale prezentowały się pogodnie dzięki połyskom butelek wina, refleksom cynowych kufli i migotaniu wypolerowanych naczyń oraz zwierciadeł o złotych ramach. Na podłodze przed piecem leżał smętny, ociężały spaniel. Potrząsnął głową i kichnął, kiedy koniuszek laski doktora Greysteela niechcący musnął jego ucho.

— Powinienem pana uprzedzić — zaczął doktor Greysteel, gdy kelner przyniósł im kawę i brandy — że po mieście krążą rozmaite plotki na temat pana Strange’a. Ludzie mówią, że wezwał wiedźmy i stworzył sobie sługę z ognia. Proszę się nie przejmować takimi bzdurami, ale proszę być na nie przygotowanym. Przekona się pan, że Strange bardzo się zmienił. Nie ma co tego kryć. W głębi duszy jednak wciąż jest taki sam jak kiedyś. Żadne jego zalety, żadne cnoty nie zniknęły. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.

— Czyżby? Proszę mi powiedzieć, czy to prawda, że zjadł swoje buty? Że zamienił kilka osób w szkło, a potem rzucał w nie kamieniami?

— Zjadł buty?! — zdumiał się doktor Greysteel. — Któż to panu powiedział?

— Och, parę osób: pani Kendal-Blair, lord Pope, sir Galahad Denehey, panna Underhills… — człowieczek wyrecytował długą listę nazwisk angielskich, irlandzkich oraz szkockich dam i dżentelmenów, którzy obecnie przebywali w Wenecji i okolicach.

Doktor Greysteel całkiem osłupiał. Nie miał pojęcia, czemu przyjaciele Strange’a woleli najpierw skontaktować się z tymi osobami, a nie z nim.

— Nie słyszał pan, co przed chwilą powiedziałem? To właśnie te bzdury, których nie należy słuchać!

Człowieczek roześmiał się przymilnie.

— Cierpliwości! Cierpliwości, drogi doktorze. Mój umysł nie pracuje tak sprawnie jak pański. Pan ćwiczył swój, zgłębiając anatomię oraz chemię, mój zaś próżnował. — Przez chwilę trajkotał o tym, jak to nigdy nie przykładał się do nauki, jak jego pedagodzy rozpaczali i jak zupełnie nie interesowało go pogłębianie wiedzy.

Doktor Greysteel nawet nie zadawał sobie trudu, by go słuchać. Myślał gorączkowo. Przypomniał sobie, że choć człowieczek jakiś czas temu bardzo pragnął mu się przedstawić, zapomniał to uczynić. Doktor Greysteel już miał spytać nieznajomego o nazwisko, gdy człowieczek zadał mu pytanie, które całkiem zaprzątnęło jego umysł.

— Ma pan córkę, prawda?

— Słucham?

Człowieczek, najwyraźniej przekonany, że ma do czynienia z głuchym, głośniej powtórzył pytanie.

— Owszem, mam, ale… — zaczął doktor Greysteel.

— Ludzie mówią, że odesłał ją pan z miasta.

— Ludzie? Jacy ludzie? Co moja córka ma z tym wspólnego?

— Och! Po prostu mówią, że wyjechała natychmiast po tym, jak Strange oszalał. Najwyraźniej obawia się pan, że coś jej się stanie.

— Pewnie dowiedział się pan tego od pani Kendal-Blair i jej podobnych — oświadczył doktor Greysteel. — To banda idiotów.

— Och, bez wątpienia. Ale odesłał pan córkę?

Doktor Greysteel milczał.

Człowieczek przechylił głowę, najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Uśmiechnął się jak ktoś, kto zna ważny sekret i gotów jest zadziwić nim świat.

— Wie pan, rzecz jasna, że Strange zamordował żonę? — spytał.

— Co? — Doktor Greysteel przez chwilę milczał, a potem wydał z siebie dziwne parsknięcie. — Nie wierzę!

— Musi pan uwierzyć — oświadczył nieznajomy i pochylił się. Jego oczy lśniły. — Wszyscy to wiedzą. Brat tej damyjszacowny obywatel, duchowny Woodhope, był na miejscu, gdy dama zmarła, i widział wszystko na własne oczy.

— Niby co?

— Podejrzane okoliczności. Zaklętą damę. Była zaczarowana, nie wiedziała, co robi. Nikt nie potrafił tego wytłumaczyć. To wszystko sprawka jej męża. Oczywiście będzie się starał wykorzystać magię do uniknięcia kary, ale pan Norrell, którego zżera, dosłownie zżera litość dla tej biednej damy, popsuje mu szyki. Pan Norrell pragnie ponad wszystko, by Strange poniósł karę za swe zbrodnie.

Doktor Greysteel pokręcił głową.

— Nigdy nie uwierzę w te oszczerstwa. Strange to człowiek honoru!

— Och, bez wątpienia! Ale uprawianie magii niszczyło już większe umysły. Magia w niewłaściwych rękach może prowadzić do unicestwienia każdej dobrej cechy i uwydatnienia każdej złej. Wyparł się swego nauczyciela, którym był cierpliwy, mądry, szlachetny, dobry… — Człowieczek, mnożąc przymiotniki, najwyraźniej zapomniał, co chciał powiedzieć. Baczne spojrzenie doktora Greysteela wytrącało go z równowagi.

Doktor Greysteel pokręcił głową.

— Bardzo to dziwne — powiedział powoli. — Twierdzi pan, że został przysłany przez przyjaciół pana Strange’a, ale zapomniał mi pan powiedzieć, kim są owi przyjaciele. Muszą być dziwnymi typami, skoro głoszą wszem wobec, że człowiek ten jest mordercą.

Człowieczek milczał.

— Czy to sir Walter Pole?

— Nie — odparł nieznajomy po chwili zastanowienia. — Nie sir Walter.

— No to może uczniowie pana Strange’a? Zapomniałem ich nazwisk.

— Jak wszyscy. Najbardziej z nich nijacy ludzie na świecie.

— Czy oni pana przysłali?

— Nie.

— Pan Norrell?

Człowieczek znowu zamilkł.

— Jak się pan nazywa? — nalegał doktor Greysteel.

Człowieczek kręcił głową, lecz nie mógł uniknąć odpowiedzi na tak bezpośrednio postawione pytanie, więc wykrztusił:

— Drawlight.

— O, ho, ho! To się dopiero znalazł oskarżyciel! W rzeczy samej, pańskie słowo wielce znaczy przeciwko słowu uczciwego człowieka, osobistego maga księcia Wellingtona! Christopher Drawlight! Słynny na całą Anglię kłamca, złodziej i łajdak!