Выбрать главу

Oddychał gwałtownie, z trudem, a kiedy nieco się uspokoił, zwymiotował mnóstwo słonej wody. Potem przez długi czas leżał z zamkniętymi oczyma, tak jak mężczyzna mógłby leżeć na piersi kochanki. O niczym nie myślał. Jeśli pozostały w nim jakieś pragnienia, to tylko, by tak leżeć przez wieczność. Dużo później uświadomił sobie, że po pierwsze, kamienie są zapewne bardzo brudne, a po drugie, że okrutnie zmarzł. Zaczął się zastanawiać, czemu wszędzie panuje taka cisza i nikt nie przybiegł mu z pomocą.

Usiadł i otworzył oczy.

Otaczała go całkowita ciemność. Czyżby był w tunelu? W piwnicy? Pod ziemią?

Wszystkie te możliwości byłyby jednakowo potworne, gdyż nie miał pojęcia, jak się tu znalazł i jak zdoła się stąd wydostać. Potem nagle poczuł lekki, zimny wiatr na policzku.

Rozejrzał się i dostrzegł blade zimowe gwiazdy. Noc!

— Nie, nie, nie! — pisnął. Przywarł do kamieni i zaszlochał.

Budynki były pogrążone w mroku, który rozświetlały jedynie gwiazdy. Ich konstelacje wyglądały jak gigantyczne migoczące litery nieznanego pisma. Drawlight domyślał się, że to mag przestawił gwiazdy i użył ich do spisania zaklęcia przeciwko niemu. We wszystkich kierunkach rozciągała się czarna, cicha gwiaździsta noc. W żadnym z domów nie płonęło światło. Jeśli to, co słyszał Drawlight, było prawdą, ludzie się z nich wynieśli. Z wyjątkiem maga, rzecz jasna.

Z wielką niechęcią wstał i rozejrzał się dookoła. W pobliżu zobaczył niewielki most. Po jego przeciwnej stronie alejka znikała między wysokimi budynkami. Mógł iść tędy, mógł też wybrać chodnik nad kanałem. Był posrebrzony światłem gwiazd, dobrze widoczny z daleka i wyglądał wyjątkowo niesamowicie. Drawlight zdecydował się na alejkę i ciemność.

Minął mostek i wszedł między domy. Alejka prowadziła na plac, z którego odchodziło kilka innych alejek. Którą powinien podążyć? Pomyślał o wszystkich cieniach, które będzie musiał minąć, o wszystkich cichych wejściach do budynków. A gdyby nie zdołał się stąd wydostać? Zrobiło mu się niedobrze ze strachu.

Na placu stał kościół. Nawet w świetle gwiazd jego fasada była potworna: wybrzuszała się wielkimi kolumnami i jeżyła posągami. Anioły o rozpostartych skrzydłach przytykały do warg trąby, ukryta w cieniu figura wyciągała ręce pod kamiennym baldachimem. Obojętne twarze patrzyły na Drawlighta z ciemnych łuków.

„Skąd będę wiedział, że nie ma tu maga?” — pomyślał. Przyglądał się każdej ukrytej w mroku postaci, by sprawdzić, czy to nie Jonathan Strange. Kiedy już zaczął, nie mógł przestać; wyobraził sobie, że jeśli na moment oderwie od nich wzrok, któraś z figur się poruszy. W końcu niemal zdołał przekonać sam siebie, że bezpieczniej będzie się nieco oddalić, kiedy nagle maleńka plamka w głębokiej ciemności wejścia przyciągnęła jego uwagę. Przyjrzał się jej. Ktoś — człowiek — leżał na schodkach, rozciągnięty, jakby zemdlał, twarzą do ziemi i z rękami na głowie.

Przez chwilę, która trwała niemal wieczność, Drawlight czekał na to, co się stanie.

Nie stało się nic.

Nagle uświadomił sobie, że mag nie żyje! Może zabił się w swym szaleństwie! Drawlighta przepełniały ulga i radość. W podnieceniu zaśmiał się głośno — a był to niesamowity dźwięk w panującej wokół ciszy. Ciemna sylwetka w wejściu do kościoła nawet nie drgnęła. Drawlight podszedł bliżej i pochylił się nad nią. Nie słyszał oddechu. Żałował, że nie ma laski, by trącić tego człowieka.

Nagle, bez ostrzeżenia, sylwetka przetoczyła się na plecy. Drawlight pisnął ze strachu.

Zapadła cisza.

— Znam cię! — wyszeptał nagle Strange.

Drawlight usiłował się roześmiać. Zawsze używał śmiechu jako środka do uspokajania przeciwników. Śmiech łagodził obyczaje, prawda? Wszystko w porządku, tak? Ale z jego ust wydobyło się tylko dziwaczne rżenie.

Strange wstał i zrobił kilka kroków ku Drawlightowi. Drawlight się cofnął. W świetle gwiazd wyraźnie widział maga. Zaczął się przyglądać człowiekowi, którego znał. Strange miał bose stopy, rozpięty frak i koszulę. Z pewnością nie golił się od wielu dni.

— Znam cię — powtórzył Strange szeptem. — Jesteś… Jesteś… — Poruszył dłońmi w powietrzu, jakby nakreślał magiczne symbole. — Jesteś leukrokotą!

— Leu…?

— Jesteś wieczornym wilkiem! Polujesz na ludzi! Twój ojciec był hieną, a matka lwicą, masz ciało lwa i racice. Nie możesz obejrzeć się za siebie. Masz jeden długi ząb i brak ci dziąseł. Przyjmujesz jednak ludzki kształt i zwodzisz ofiary ludzkim głosem!

— Nie, nie! — krzyknął Drawlight. Chciał powiedzieć coś więcej, oświadczyć, że nie jest nikim takim, że Strange się myli, ale miał zbyt zaschnięte wargi i był osłabły z przerażenia; nie mógł już mówić.

— Teraz przywrócę ci twój naturalny kształt! — oznajmił Strange spokojnie. Uniósł ręce. — Abrakadabra! — ryknął.

Drawlight padł na ziemię, wrzeszcząc ile sił w płucach. Strange wybuchnął szalonym śmiechem, po czym zgiął się wpół i zatoczył na schodkach.

W końcu strach jednego i wesołość drugiego osłabły. Drawlight uświadomił sobie, że nie zmienił się w potworną kreaturę, a Strange się uspokoił, nabrał powagi.

— Leukrokoto, wstań — szepnął. Wciąż pochlipując, Drawlight się podniósł.

— Leukrokoto, po co tu przybyłeś? Nie, czekaj! Wiem. — Strange strzelił palcami. — Sam cię tutaj sprowadziłem. Leukrokoto, powiedz, czemu mnie szpiegujesz? Czy działam w tajemnicy? Dlaczego nie przyszedłeś zapytać mnie wprost? Powiedziałbym ci wszystko.

— Zmusili mnie do tego. Lascelles i Norrell. Lascelles spłacił moje długi, tak że mogłem opuścić King’s Bench. Zawsze byłem pańskim przyjacielem. — Drawlight się zawahał. Wydawało się mało prawdopodobne, żeby uwierzył w to nawet szaleniec.

Strange uniósł głowę, jakby chciał spojrzeć wyzywająco na Drawlighta, ale w ciemności Drawlight nie widział wyrazu twarzy maga.

— Byłem szalony, leukrokoto! — syknął Strange. — Mówili ci? To prawda. Byłem szalony i wkrótce znów będę. Ale od kiedy zjawiłeś się w mieście, powstrzymywałem się. Powstrzymałem się od pewnych zaklęć, abym był przy zdrowych zmysłach, gdy cię ujrzę. Tak jak kiedyś. Chciałem cię poznać i chciałem wiedzieć, co zamierzam ci przekazać, leukrokoto. W ciemności nauczyłem się wielu rzeczy, na przykład tego, że sam nie dam rady. Sprowadziłem cię tutaj, byś mi pomógł.

— Naprawdę? Tak się cieszę! Zrobię wszystko! Dziękuję! Dziękuję! — Mówiąc to, Drawlight zastanawiał się, jak długo Strange będzie go tu trzymał. Na samą myśl o tym poczuł przerażenie.

— Jak… jak… — Strange miał chyba kłopoty z koncentracją. Zamachał rękoma w powietrzu. — Jak ma na imię żona Pole’a?

— Lady Pole?

— Tak, ale… jak się nazywała?

— Emma Wintertowne?

— O właśnie. Emma Wintertowne. Gdzie jest? Teraz?

— Wywieźli ją do domu wariatów w hrabstwie York. To miał być wielki sekret, ale i tak się dowiedziałem. Poznałem w King’s Bench człowieka, którego syn ma ukochaną, a ona jest krawcową i wszystko wie, bo szyła ubrania na wyjazd lady Pole. W hrabstwie York jest bardzo zimno. Zabrali ją do miejsca, które zaczyna się na Star… Mam na myśli lady Pole, nie krawcową. Star coś tam. Chwileczkę! Już mówię, mam to na końcu języka. Starecross Hall w hrabstwie York.

— Starecross? Znam tę nazwę.

— Oczywiście, że tak! Dyrektor to pański przyjaciel. Był kiedyś magiem w Newcastle albo Yorku, albo w jednym z tych miast na północy. Niestety, nie znam jego nazwiska. Najwyraźniej pan Norrell potraktował go kiedyś nieżyczliwie, może nawet więcej niż jeden raz. Kiedy zatem lady Pole oszalała, Childermass postanowił naprawić szkody, polecając owego człowieka sir Walterowi.