Выбрать главу

Zapadła cisza. Drawlight zastanawiał się, ile z tego zrozumiał Strange. Nagle mag powiedział:

— Emma Wintertowne nie jest szalona. Tylko się taka wydaje. To wszystko wina Norrella. Wezwał elfa, by pomógł mu ją wskrzesić, a w zamian za to dał mu pewne prawa do niej.Ten sam elf zagroził bezpieczeństwu króla Anglii i zaczarował przynajmniej dwójkę jego poddanych. Jednym z nich jest moja żona! — Umilkł. — Twym pierwszym zadaniem, leukrokoto, będzie przekazanie Johnowi Childermassowi moich słów i dostarczenie mu przesyłki.

Strange wyjął coś z kieszeni fraka i wręczył Drawlightowi. Była to mała szkatułka przypominająca tabakierkę, jednak dłuższa i węższa. Drawlight wziął ją i wsunął do kieszeni.

Strange westchnął ciężko. Najwyraźniej wysiłek związany z logicznym mówieniem go wyczerpał.

— Twoje drugie zadanie… Twoim drugim zadaniem będzie przekazanie wiadomości wszystkim angielskim magom. Czy mnie rozumiesz?

— Tak! Ale…

— Ale co?

— Jest tylko jeden.

— Co?

— Jest tylko jeden mag. Skoro pan przebywa tutaj, w Anglii pozostał zaledwie jeden mag.

Strange zastanawiał się nad tym przez chwilę.

— Moi uczniowie — powiedział. — Moi uczniowie są magami. I wszyscy ci, którzy chcieli zostać uczniami Norrella. Childermass jest magiem. Segundus. Subskrybenci magicznych dzienników. Członkowie dawnych towarzystw. Anglia jest pełna magów. Są ich setki, może tysiące! Norrell ich nie uznawał, wyparł się ich. Przez niego zamilkli. Ale i tak są magami. Przekaż im to. — Przyłożył dłoń do czoła i przez chwilę ciężko oddychał. — Drzewo mówi do kamienia; kamień mówi do wody. To nie takie trudne, jak przypuszczaliśmy. Powiedz im, by czytali to, co napisano na niebie. Powiedz, by pytali deszczu. Wszyscy dawni sprzymierzeńcy Johna Uskglassa wciąż są na miejscu. Wysyłam posłańców, by przypomnieli kamieniom, niebu i deszczowi o ich dawnych obietnicach. Powiedz im… — Znowu nie mógł znaleźć potrzebnych słów. Narysował coś w powietrzu. — Nie potrafię tego wyjaśnić — westchnął. — Leukrokoto, rozumiesz?

— O tak. Tak! — odparł Drawlight, choć nie miał zielonego pojęcia, o czym mówi Strange.

— Dobrze. Wobec tego powtórz, co ci przed chwilą przekazałem.

Drawlight powtórzył. Lata zbierania i puszczania w obieg obrzydliwych plotek o znajomych sprawiły, że z łatwością zapamiętywał nazwiska i fakty. Pierwszą wiadomość zapamiętał doskonale, druga jednak ograniczała się do kilku bełkotliwych zdań o magach stojących w deszczu i wpatrzonych w kamienie.

— Pokażę ci, wtedy zrozumiesz, leukrokoto — oświadczył Strange. — Jeśli wykonasz te trzy zadania, nie będę szukał zemsty. Nie skrzywdzę cię. Przekaż te trzy informacje i możesz wracać do swych nocnych polowań, do pożerania mężczyzn i kobiet.

— Dziękuję! Dziękuję! — wydyszał Drawlight z wdzięcznością, kiedy nagle uświadomił sobie straszną rzecz. — Trzy! Ale przekazał mi pan tylko dwie!

— Trzy wiadomości, leukrokoto — powiedział Strange ze znużeniem. — Musisz przekazać trzy wiadomości.

— Nie wyjawił mi pan trzeciej!

Strange nie odpowiedział. Odwrócił się, mamrocząc pod nosem.

Mimo przerażenia Drawlight miał wielką ochotę złapać maga za kark i mocno nim potrząsnąć. Może by tak postąpił, gdyby uważał, że to cokolwiek da. Rozczulił się nad sobą i po jego twarzy spłynęły łzy. Pomyślał, że teraz Strange zabije go za niewykonanie trzeciego zadania, a przecież niczym nie zawinił.

— Leukrokoto — powiedział Strange znienacka. — Przynieś mi wody.

Drawlight rozejrzał się dookoła. Na środku placu znajdowała się studnia. Podszedł do niej i ujrzał okropny żelazny kubek na przymocowanym do kamieni zardzewiałym łańcuchu. Odsunął wieko studni, wyciągnął wiadro i zanurzył kubek. Dotykał go ze wstrętem. O dziwo, po tym, co przydarzyło się mu tego dnia, właśnie ten kubek wzbudził jego największe obrzydzenie. Przez całe życie Drawlight kochał piękne przedmioty, teraz zaś wszystko, co go otaczało, było straszne. To magowie za to odpowiadali. Jak bardzo ich nienawidził!

— Proszę pana?! Lordzie magu?! — zawołał. — Musi pan podejść, żeby się napić. — Pokazał mu żelazny łańcuch.

Strange podszedł, lecz nie wziął kubka. Wyciągnął z kieszeni maleńką fiolkę i wręczył ją Drawlightowi.

— Wlej sześć kropli do wody — powiedział. Drawlight wyjął zatyczkę. Ręce mu drżały, bał się, że rozleje płyn na ziemię. Strange najwyraźniej niczego nie zauważał. Drawlight wytrząsnął kilka kropli.

Strange przyjął kubek i wypił wodę. Naczynie wypadło mu z ręki. Drawlight zrozumiał (choć nie wiedział, co dokładnie zaszło), że Strange się zmienił. Na tle rozgwieżdżonego nieba jego sylwetka się przygarbiła, opadła mu głowa. Drawlight zastanawiał się, czy mag jest pijany. Jak jednak kilka kropelek czegokolwiek miałoby upić człowieka? Poza tym nie wyczuwał zapachu alkoholu, Strange pachniał jak ktoś, kto od wielu tygodni nie mył się ani nie zmieniał ubrania. Drawlight wyczuł także inny zapach, którego wcześniej tu nie było — zapach starości i tabunów kotów.

Dziwnie się poczuł, tak jak zawsze w obliczu magii. Miał wrażenie, że wokół niego otwierają się niewidzialne drzwi; z oddali wieją wiatry, przynosząc z sobą aromaty lasów, wrzosowisk i bagien. W jego umyśle pojawiły się rozmaite obrazy. Domy wokół nie były już puste, mógł do nich zajrzeć, jakby usunięto ściany. W ciemnym pokojach nie przebywali ludzie, lecz byty, pradawne duchy. W jednym z pomieszczeń był ogień, w innym kamień, jeszcze w innym strumień deszczu, w następnym stado ptaków, potem stok, w kolejnych małe stworzenie o dzikich myślach. I tak dalej, i tak dalej.

— Co to? — wyszeptał ze zdumieniem.

Uświadomił sobie, że włosy stają mu dęba. Zawładnęło nim nowe uczucie: przypominało nieco spadanie, choć nie ruszył się z miejsca. Miał wrażenie, że jego myśli się przemieściły.

Pomyślał, że stoi na stoku angielskiego wzgórza. Padał deszcz, skręcał się w powietrzu niczym szary dym. Deszcz padał na niego, on robił się rzadki jak deszcz. Deszcz zmywał myśli, zmywał wspomnienia, zarówno dobre, jak i złe. Jurnie znał swojego imienia. Wszystko spłynęło jak błoto z kamieni. Wypełniły go myśli i wspomnienia deszczu. Srebrne linie wody pokrywały stok niczym delikatna koronka albo żyły na ręce. Zapomniał, że jest, że kiedykolwiek był człowiekiem, zmienił się w wodę. Wsiąkł w ziemię wraz z deszczem.

Pomyślał, że lezy pod ziemią, pod Anglią. Minęło wiele lat. Przenikał go chłód, sączył się przez niego deszcz, poruszały się w nim kamienie. W ciszy i ciemności potężniał. Stał się ziemią; stał się Anglią. Gwiazda spojrzała na niego i przemówiła. Kamień zadał mu pytanie, a on udzielił odpowiedzi we własnym języku. Rzeka wiła się u jego boku; wzgórza pączkowały pod jego palcami. Otworzył usta i tchnął wiosną…

Pomyślał, że tkwi w gęstwinie mrocznego lasu zimą. Drzewa ciągnęły się w nieskończoność — ciemne kolumny rozdzielone cienkimi, białymi płatami zimowego światła. Popatrzył na siebie. Młode drzewka go przeszywały, rosły na całym jego ciele, na stopach i dłoniach. Jego powieki nie były już zamknięte, gdyż między nimi wyrosły gałązki. Owady wbiegały mu do uszu i z nich wybiegały, pająki tkały pajęczyny w jego ustach. Uświadomił sobie, że od wielu lat jest nierozerwalnie spleciony z lasem. Znał ten las, a las znał jego. Nie dało się już powiedzieć, co jest drzewem, a co człowiekiem.