Wszędzie panowała cisza. Padał śnieg. Krzyknął…
Ciemność.
Drawlight miał wrażenie, że wynurzył się z ciemnych wód. Nie wiedział, kto go uwolnił: Strange, las czy sama Anglia, ale gdy odzyskał przytomność umysłu, odczuł pogardę wyzwoliciela. Pradawny duch odsunął się od niego. Do Drawlighta wróciły myśli i odczucia zwykłego człowieka. Kręciło mu się w głowie na wspomnienie tego, co przeżył. Przyjrzał się dłoniom i potarł te miejsca na ciele, które wcześniej przeszyły drzewa. Wydawały się całe, ale bolały! Jęknął cicho i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu Strange’a.
Mag odszedł nieco, kucał teraz przy ścianie i coś do siebie mamrotał. Uderzył w mur — kamienie wybrzuszyły się, zmieniły kształt, stały się krukiem. Ptak rozpostarł skrzydła i kracząc, odleciał ku czarnemu niebu. Mag znów uderzył w mur; wyłonił się z niego następny kruk i też odleciał. Potem jeszcze jeden, i jeszcze jeden, i tak dalej, aż w końcu czarne skrzydła przysłoniły wszystkie gwiazdy.
Strange wzniósł ręce.
— Lordzie magu — jęknął Drawlight. — Wciąż nie powiedział mi pan, jak brzmi trzecia wiadomość.
Strange rozejrzał się dookoła. Bez ostrzeżenia złapał Drawlighta za frak i przyciągnął do siebie. Drawlight czuł na twarzy cuchnący oddech maga i po raz pierwszy ujrzał z bliska jego oblicze. W dzikich oczach, z których zniknął rozsądek i ludzkie odczucia, lśniły gwiazdy.
— Powiedz Norrellowi, że przybywam — wysyczał Strange. — A teraz idź.
Drawlightowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Natychmiast odbiegł w noc. Miał wrażenie, że ścigają go kruki. Nie widział ich, ale słyszał łopot skrzydeł i czuł podmuch powietrza. Na mostku wpadł bez ostrzeżenia w oślepiające światło. Natychmiast usłyszał świergot ptaków i głosy ludzi. Mężczyźni i kobiety chodzili, rozmawiali i zajmowali się swoimi codziennymi sprawami. Tu nie było żadnej strasznej magii, tylko najzwyklejszy świat — cudowny, piękny, zwykły świat.
Ubranie Drawlighta wciąż było mokre, bardzo marzł. Znajdował się w nie znanej sobie części miasta. Nikt nie zaoferował mu pomocy i przez długi czas Drawlight chodził w kółko, zagubiony i wyczerpany. W końcu natrafił na plac, który rozpoznał, dzięki czemu mógł wrócić do małej gospody, gdzie wynajmował pokój. Ledwo trzymał się na nogach. Rozebrał się i spłukał z ciała morską sól, a następnie legł na wąskim łóżku.
Przez dwa dni leżał w gorączce. Śnił o niewypowiedzianych rzeczach, a były to sny pełne ciemności, magii i długich mrocznych lat spędzonych w ziemi. Wciąż nie opuszczały go obawy, że po przebudzeniu odkryje, iż leży pod ziemią lub został ukrzyżowany przez drzewa.
W połowie trzeciego dnia wydobrzał na tyle, by wstać i udać się do portu. Tam znalazł angielski statek udający się do Portsmouth. Pokazał kapitanowi listy i dokumenty od Lascellesa, w których obiecywano sporą sumę temu, kto zabierze Drawlighta do Anglii.
Dokumenty podpisali dwaj najsłynniejsi bankierzy w Europie.
Piątego dnia był już w drodze do Anglii.
Ciemna zimna mgła wisiała nad Londynem, naśladując — tak się przynajmniej wydawało — pusty, pozbawiony radości żywot Stephena. Ostatnio zaklęcie ciążyło mu bardziej niż zwykle. Radość, czułość i spokój były mu teraz zupełnie obce. Przez opary magii wokół jego serca przedzierały się jedynie gorzki gniew, niechęć i frustracja. Teraz Stephen czuł się jeszcze bardziej oddalony od swych angielskich przyjaciół. Dżentelmen mógł być potworem, ale kiedy mówił o dumie i zarozumialstwie Anglików, Stephenowi trudno było zaprzeczyć. Nawet Utracona Nadzieja, choć przerażająca, czasem zapewniała miłe schronienie przed angielską arogancją i niegodziwością. Tam przynajmniej Stephen nie musiał przepraszać za to, kim jest. Tam zawsze traktowano go jak godnego szacunku gościa.
Tego zimowego dnia Stephen przebywał w stajni sir Waltera na Harley Street. Sir Walter zakupił ostatnio dwa piękne charty, ku zachwytowi swych służących, którzy marnowali spory kawał dnia na wizyty w stajni, podziwianie psów i rozmowy o ich domniemanej sprawności na wyścigach. Stephen wiedział, że powinien to ukrócić, odkrył jednak, że wszystko mu jedno. Dziś, gdy lokaj Robert poprosił go, by wraz z nim poszedł oglądać zwierzęta, zamiast go zbesztać, Stephen włożył kapelusz oraz płaszcz i wyszli. Teraz patrzył, jak Robert i stajenni wygłaszają peany na cześć psów. Czuł się tak, jakby dzieliła go od wszystkich gruba i brudna szyba.
Nagle mężczyźni wyprostowali się i wyszli gęsiego ze stajni. Stephen zadrżał. Doświadczenie nauczyło go, że tak nietypowe zachowania innych nieodmiennie zwiastują przybycie dżentelmena o włosach jak puch ostu.
I rzeczywiście tu był, rozjaśniając mrok stajni blaskiem swych srebrzystych włosów, lśnieniem błękitnych oczu i jaskrawością zielonego fraka; znów głośno mówił i śmiał się. Nawet przez chwilę nie wątpił, że Stephen jest równie zachwycony jego widokiem, jak on był zachwycony widokiem Stephena. Psy podobały mu się tak samo jak służącym i zawołał Stephena, by ten podziwiał je wraz z nim. Mówił do nich we własnym języku, a psy podskakiwały i szczekały radośnie, całkiem nim oczarowane.
— Przypomniało mi się pewne wydarzenie w 1413 roku, gdy udałem się na wschód z wizytą do nowego króla południowej Anglii — oświadczył dżentelmen. — Król, wytworny i dzielny pan, przedstawił mnie swym dworzanom, informując ich o moich wspaniałych dokonaniach, rozległych królestwach, walecznym charakterze i tak dalej, i tak dalej. Jednakże jeden ze szlachciców nie słuchał tej pouczającej przemowy. On i jego poplecznicy plotkowali, co rusz wybuchając śmiechem. Byłem, jak się pewnie domyślasz, bardzo urażony i postanowiłem nauczyć ich dobrych manier. Następnego dnia ci niegodziwcy polowali na zające nieopodal lasu Hatfield. Zaskoczyłem ich i zmieniłem w zające, a zające w ludzi. Najpierw psy rozszarpały swych panów na kawałeczki, a potem zające w ludzkiej postaci postanowiły straszliwie zemścić się na psach, które zwykle je goniły i zagryzały. — Urwał, by wysłuchać pochwał Stephena, zanim jednak ten zdołał wykrztusić choćby słowo, dżentelmen zawołał: — Och! Poczułeś?
— Co miałem poczuć? — spytał Stephen.
— Wszystkie drzwi zadrżały!
Stephen spojrzał na drzwi stajni.
— Nie, nie te drzwi! — prychnął dżentelmen. — Chodziło mi o drzwi między Anglią i całą resztą! Ktoś usiłuje je otworzyć! Ktoś przemawiał do nieba, a nie byłem to ja! Ktoś wydaje polecenia kamieniom i rzekom i nie jestem to ja. Któż to robi? Kto? Chodź!
Dżentelmen schwycił Stephena za ramię i chyba wznieśli się w powietrze, gdyż po chwili stali na szczycie góry albo bardzo wysokiej wieży. Stajnie na Harley Street zniknęły i teraz Stephen miał przed oczyma całkiem nowy widok, a potem jeszcze inny i inny. Był tu port z gęstwiną masztów przypominających las — zdawał się odlatywać spod ich stóp, a jego miejsce natychmiast zajmowało szare zimowe morze oraz statki pod żaglami pochylone na wietrze. Potem Stephen ujrzał miasto pełne strzelistych wież i imponujących mostów. O dziwo, nie miał wrażenia, że lecą, tylko że to świat nadlatuje ku nim, podczas gdy oni tkwią w miejscu. Potem pojawiły się pokryte śniegiem góry, po których pięli się maleńcy ludzie, następnie jezioro otoczone ciemnymi szczytami, a potem równiny pełne miniaturowych miast i rzek, przypominających dziecięce zabawki.
Zobaczyli coś przed sobą. Początkowo wyglądało to jak czarna linia, która przecinała niebo na pół. Kiedy jednak zbliżyli się do niej, zmieniła się w czarny słup, który wyrastał z ziemi i nie miał wierzchołka.
Stephen i dżentelmen zatrzymali się wysoko nad Wenecją (Stephen wolał się jednak nie zastanawiać, na czym się zatrzymali). Słońce właśnie zachodziło, ulice i domy pogrążały się w ciemności, ale morze i niebo pełne były światła, a odcienie różu, niebieskiej bieli, topazu i perły harmonijnie się stapiały. Miasto zdawało się dryfować w promienistej próżni.Czarny słup był gładki jak obsydian, ale tuż nad poziomem dachów odpływały od niego zawirowania i spirale ciemności, dryfujące w powietrzu. Stephen nie miał pojęcia, cóż to takiego.
— Czy to dym, proszę pana? Czy wieża płonie? — zapytał.
Dżentelmen nie odpowiedział, lecz kiedy się zbliżyli, Stephen zrozumiał, że to nie dym. Z wieży odfruwała chmara ptaków. Były to kruki. Tysiące, tysiące kruków. Wszystkie odlatywały z Wenecji i podążały w kierunku, z którego nadlecieli Stephen i dżentelmen.
Jedno stado zmierzało ku nim. Nagle w powietrzu usłyszeli łopot tysiąca skrzydeł. Kurz i żwir wciskały się Stephenowi do oczu, nosa i gardła. Schylił się i zasłonił ręką nozdrza, by nie czuć smrodu.
— Co to było? — zapytał ze zdumieniem, gdy ptaki zniknęły.
— Stworzenia wyczarowane przez maga — odparł dżentelmen. — Wysyła je do Anglii ze wskazówkami dla nieba, ziemi, rzek i wzgórz. Wzywa dawnych sojuszników Króla. Wkrótce będą usługiwać angielskim magom, a nie mnie! — Jęknął ze złością i rozpaczą. — Ukarałem go tak, jak nigdy jeszcze nie ukarałem żadnego z naszych wrogów! Ale wciąż spiskuje przeciwko mnie! Dlaczego nie pogodzi się ze swym losem? Dlaczego nie rozpacza?
— Nigdy nie brakowało mu odwagi, proszę pana — powiedział Stephen. — Wszyscy twierdzą, że wykazał się niezwykłym męstwem na półwyspie.
— Męstwem? O czym ty mówisz? To nie męstwo, lecz zwykła złośliwość! Zaniedbaliśmy swoje obowiązki, Stephenie! Pozwoliliśmy, by angielscy magowie nas wykorzystali. Musimy znaleźć sposób, by ich pokonać. Musimy podwoić nasze wysiłki i w końcu uczynić cię królem!