Stephen i dżentelmen zatrzymali się wysoko nad Wenecją (Stephen wolał się jednak nie zastanawiać, na czym się zatrzymali). Słońce właśnie zachodziło, ulice i domy pogrążały się w ciemności, ale morze i niebo pełne były światła, a odcienie różu, niebieskiej bieli, topazu i perły harmonijnie się stapiały. Miasto zdawało się dryfować w promienistej próżni.Czarny słup był gładki jak obsydian, ale tuż nad poziomem dachów odpływały od niego zawirowania i spirale ciemności, dryfujące w powietrzu. Stephen nie miał pojęcia, cóż to takiego.
— Czy to dym, proszę pana? Czy wieża płonie? — zapytał.
Dżentelmen nie odpowiedział, lecz kiedy się zbliżyli, Stephen zrozumiał, że to nie dym. Z wieży odfruwała chmara ptaków. Były to kruki. Tysiące, tysiące kruków. Wszystkie odlatywały z Wenecji i podążały w kierunku, z którego nadlecieli Stephen i dżentelmen.
Jedno stado zmierzało ku nim. Nagle w powietrzu usłyszeli łopot tysiąca skrzydeł. Kurz i żwir wciskały się Stephenowi do oczu, nosa i gardła. Schylił się i zasłonił ręką nozdrza, by nie czuć smrodu.
— Co to było? — zapytał ze zdumieniem, gdy ptaki zniknęły.
— Stworzenia wyczarowane przez maga — odparł dżentelmen. — Wysyła je do Anglii ze wskazówkami dla nieba, ziemi, rzek i wzgórz. Wzywa dawnych sojuszników Króla. Wkrótce będą usługiwać angielskim magom, a nie mnie! — Jęknął ze złością i rozpaczą. — Ukarałem go tak, jak nigdy jeszcze nie ukarałem żadnego z naszych wrogów! Ale wciąż spiskuje przeciwko mnie! Dlaczego nie pogodzi się ze swym losem? Dlaczego nie rozpacza?
— Nigdy nie brakowało mu odwagi, proszę pana — powiedział Stephen. — Wszyscy twierdzą, że wykazał się niezwykłym męstwem na półwyspie.
— Męstwem? O czym ty mówisz? To nie męstwo, lecz zwykła złośliwość! Zaniedbaliśmy swoje obowiązki, Stephenie! Pozwoliliśmy, by angielscy magowie nas wykorzystali. Musimy znaleźć sposób, by ich pokonać. Musimy podwoić nasze wysiłki i w końcu uczynić cię królem!
Rozdział szesnasty
Burza i kłamstwa
luty 1817
Ciocia Greysteel wynajęła bardzo wygodny dom nieopodal targu w Padwie, co kosztowało jedynie osiemdziesiąt cekinów na kwartał (czyli około trzydziestu ośmiu gwinei).
Ciocia Greysteel była niesłychanie z siebie zadowolona. Ale jak to się zdarza, kiedy ktoś działa szybko i zdecydowanie, wątpliwości przychodzą w chwili, gdy jest już za późno. Podobnie było w tym wypadku: panie Greysteel mieszkały w domu zaledwie od tygodnia, kiedy ciocia Greysteel zaczęła wyszukiwać w nim rozmaite wady i doszła do wniosku, że w ogóle nie powinna była go wynajmować. Choć był stary i ładny, miał małe gotyckie okna, niektóre ozdobione kamiennymi balkonami; innymi słowy, było w nim raczej mroczno. Wcześniej nie stanowiłoby to problemu, teraz jednak Flora potrzebowała pociechy, wobec czego (zdaniem cioci Greysteel) mrok i cienie, choć wielce malownicze, nie były chyba dla niej szczególnie odpowiednie. Do tego na podwórzu stały rozmaite kamienne damy, które z biegiem lat dorobiły się welonów i szat z bluszczu. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że kamiennym damom nieustannie groziło zniknięcie pod tą roślinnością. Za każdym razem gdy ciocia Greysteel zahaczała o nie wzrokiem, myślała o biednej żonie Jonathana Strange a, która zmarła tak młodo i w tak tajemniczych okolicznościach i której nieszczęsny los najwyraźniej doprowadził maga do szaleństwa. Ciocia Greysteel miała tylko nadzieję, że takie melancholijne myśli nie przychodzą do głowy jej bratanicy.
Umowa została jednak zawarta, dom wynajęty, więc ciocia Greysteel postanowiła uczynić go jak najweselszym i najjaśniejszym. Nigdy nie marnotrawiła świec ani nafty, ale teraz, nie ustając w wysiłkach rozweselenia Flory, postanowiła nie zwracać uwagi na koszty. Na schodach znajdowało się szczególnie ponure miejsce — stopień skręcał w bardzo dziwny sposób, którego nie potrafił przewidzieć nikt tędy idący. Więc ciocia Greysteel nalegała, żeby na półce nad schodami umieścić lampkę, nim ktoś się potknie i skręci sobie kark. Lampka paliła się dniem i nocą. Niesłychanie irytowało to Bonifazię, starą włoską pokojówkę, którą przejęły z dobrodziejstwem inwentarza i która była jeszcze bardziej oszczędna od samej cioci Greysteel.
Bonifazia okazała się znakomitą służącą, ale skłonną do krytycyzmu i długich wyjaśnień na temat tego, czemu wskazówki, które przed chwilą dostała, są błędne lub niemożliwe do spełnienia. W pracy pomagał jej powolny, bezustannie wykorzystywany młody człowiek o imieniu Minichello. Na każde polecenie reagował mamrotaniem w niemożliwej do zrozumienia gwarze. Bonifazia traktowała Minichella z taką pogardą, że ciocia Greysteel zaczęła podejrzewać, iż łączy ich pokrewieństwo, choć nie miała na ten temat żadnych pewnych informacji.
Dzięki urządzaniu domu, codziennym potyczkom z Bonifazią i różnym odkryciom, nie zawsze przyjemnym, które towarzyszą pobytowi w nowym mieście, ciocia Greysteel nie miała czasu się nudzić. Jej głównym i najważniejszym obowiązkiem w tamtym czasie było jednak wynajdowanie rozrywek dla bratanicy. Flora rozsmakowała się w spokojnej samotności. Jeśli ciocia do niej mówiła, odpowiadała pogodnie, ale rzadko kiedy zabierała głos z własnej woli. W Wenecji Flora była inicjatorką niemal wszystkich rozrywek, teraz po prostu godziła się na każdą propozycję cioci Greysteel. Wolała zajęcia, które nie wymagały towarzystwa. Chodziła sama, czytała sama, samotnie siedziała w salonie albo w promieniach bladego słońca, które czasem padały około pierwszej na niewielkie podwórze. Była bardziej zamknięta i mniej skłonna do zwierzeń niż kiedyś, całkiem jakby ktoś — niekoniecznie Jonathan Strange — ją zawiódł i postanowiła w przyszłości zachowywać ostrożność.
W pierwszym tygodniu lutego w Padwie rozszalała się wielka burza. Było to mniej więcej w połowie dnia. Burza nadeszła całkiem nieoczekiwanie ze wschodu (od strony Wenecji i morza). Starzy ludzie, bywalcy kawiarenek, twierdzili, że nic nie zapowiadało nawałnicy. Inni jednak nie zgadzali się z nimi. O tej porze roku burze nie należały do rzadkości.
Najpierw w mieście powiał silny wiatr. Nie szanował drzwi ani okien, zdawało się, że wynajduje najmniejsze szczeliny i przez nie wieje w domach równie gwałtownie jak na zewnątrz. Ciocia Greysteel i Flora siedziały w saloniku na pierwszym piętrze. Okiennice zaczęły stukać, kryształy w żyrandolu się rozkołysały. Kartki listu, który pisała ciocia Greysteel, uciekły spod jej dłoni i zaczęły krążyć po pokoju.
Za oknem niebo pociemniało, zrobiło się mroczno jak w nocy i lunął rzęsisty deszcz.Bonifazia i Minichello weszli do salonu. Udawali, że przyszli wysłuchać poleceń cioci Greysteel na czas burzy, ale tak naprawdę Bonifazia pragnęła wraz ciocią Greysteel wydziwiać nad gwałtownością wiatru i deszczu (i wyszedł im piękny duet, aczkolwiek w różnych językach). Minichello przywlókł się za Bonifazią. Ponuro obserwował burzę, jakby podejrzewał, że została celowo wywołana, by przysporzyć mu pracy.
Ciocia Greysteel, Bonifazia i Minichello wyglądali przez okno. Pierwsze uderzenie błyskawicy zmieniło całą dobrze im znaną okolicę w gotycki i niepokojący pejzaż, pełen bladego, nieziemskiego blasku i nieoczekiwanych cieni. Potem rozległ się grzmot, który zatrząsł pokojem. Bonifazia poprosiła o zmiłowanie Dziewicę i kilkoro świętych. Ciocia Greysteel, równie zaniepokojona, chętnie poszłaby w ślady służącej, ale jako członkini Kościoła anglikańskiego, mogła jedynie wykrzyknąć: „Ojej!” albo „A niech to!”, albo „O Boże!”, co nie przynosiło szczególnej pociechy.
— Floro, kochanie — rzekła drżącym głosem. — Mam nadzieję, że się nie przestraszyłaś. Bardzo nieprzyjemna burza.