Kiedy obie siedziały już w salonie, ciocia Greysteel powiedziała:
— Widzisz, burza mija. Chyba zmierza z powrotem na wybrzeże. Dziwne! Myślałam, że właśnie stamtąd przyszła. Pewnie twoje jedwabne nici zostały zniszczone przez deszcz, tak jak wszystko inne.
— Jedwabne nici? — powtórzyła Flora i dodała, nagle sobie przypominając: — Och! Nie dotarłam do sklepu. Masz rację, to był niemądry pomysł.
— Wyjdziemy później i kupimy, czego ci trzeba. Tak mi żal tych biednych ludzi na targu! Wszystko na straganach musiało się zepsuć. Bonifazia przygotowuje ci owsiankę, skarbie. Nie wiem, czy powiedziałam jej, by użyła świeżego mleka.
— Nie pamiętam, ciociu.
— Lepiej pójdę i o tym wspomnę.
— Ja pójdę, ciociu — zaproponowała Flora, wstając. Ale ciotka nie chciała o tym słyszeć. Flora musiała pozostać na swoim miejscu, przy kominku, z nogami na podnóżku.
Przejaśniało się z chwili na chwilę. Zanim ciocia Greysteel poszła do kuchni, przyjrzała, się zwierciadłu. Było bardzo duże i ozdobne jak lustra z wyspy Murano na lagunie weneckiej.
— Cóż, zdumiewa mnie, że podoba ci się to zwierciadło, Floro. Tyle zawijasów i szklanych kwiatów. Zazwyczaj wolisz mniej ozdobne sprzęty.
Flora westchnęła i odparła, że od przyjazdu do Włoch zagustowała w misternych i okazałych przedmiotach.
— Czy było drogie? — zainteresowała się ciocia Greysteel. — Wygląda na kosztowne.
— Nie. Nie było.
— No cóż, zawsze to jakaś pociecha.
Ciocia Greysteel udała się do kuchni. Doszła już do siebie i była przekonana, że poranny ciąg zaskoczeń i niepokojów dobiega wreszcie końca. Myliła się jednak, i to bardzo.
W kuchni oprócz Bonifazii i Minichella zastała dwóch mężczyzn, których nigdy wcześniej nie widziała. Bonifazia najwyraźniej nie zaczęła jeszcze przyrządzać owsianki dla Flory, nawet nie przyniosła płatków owsianych i mleka ze spiżarki.
W chwili gdy Bonifazia zobaczyła ciocię Greysteel, złapała ją za rękę i zalała potokiem natarczywych padewskich słów. Mówiła o okropnej burzy, tyle było jasne, oprócz tego ciocia Greysteel niewiele zrozumiała. Ku zdumieniu damy to Minichello pomógł jej pojąć słowa Bonifazii. Całkiem zręcznie naśladując język angielski, powiedział:
— Mag angielska to robić. Mag angielska robić tempesta.
— Słucham?
Znosząc częste ingerencje Bonifazii i obu mężczyzn, Minichello wyjaśnił, że podczas burzy kilka osób spojrzało w górę i dostrzegło szczelinę w czarnych chmurach. To, co w niej zobaczyli, zdumiało ich i przeraziło: nie był to czysty lazur, którego się spodziewali, tylko czarne nocne niebo pełne gwiazd. Burza wcale nie była naturalna — wywołano ją, by ukryć słup ciemności Strange’a.
Wieść prędko rozeszła się po mieście i mieszkańcy bardzo się nią przejęli. Do tej pory słup ciemności był koszmarem Wenecji, która — przynajmniej padwańczykom — wydawała się najodpowiedniejszym miejscem na takie zjawiska. Teraz okazało się, że Strange przebywał w Wenecji z wyboru, nie na mocy zaklęcia. Wieczna ciemność mogła zagościć w każdym włoskim mieście, a nawet w każdym mieście na świecie. Samo w sobie było to wystarczająco straszne, ale cioci Greysteel wydawało się jeszcze straszniejsze niż innym: do jej lęku przed Strange’em doszło nieprzyjemne przekonanie, że Flora nie powiedziała prawdy. Zastanawiała się, czy bratanica skłamała, gdyż znalazła się pod wpływem zaklęcia, czy też przywiązanie do Strange’a osłabiło jej zasady moralne. Ciocia Greysteel nie wiedziała, co gorsze.
Napisała do brata w Wenecji, błagając, by przyjeżdżał. Tymczasem postanowiła nie wracać do ostatnich wydarzeń. Przez resztę dnia bacznie obserwowała Florę. Bratanica zachowywała się tak jak zwykle, tyle że czasem ciotka dostrzegała w niej lekką skruchę, jakby Flora czuła się czemuś winna.
Następnego dnia o pierwszej, na kilka godzin przed nadejściem listu cioci Greysteel do Wenecji, doktor Greysteel przyjechał wraz z Frankiem. Powiedzieli cioci Greysteel, że w Wenecji nie jest tajemnicą, iż Strange opuścił parafię Santa Maria Zobenigo i przeniósł się na terram firmam. Słup ciemności widziano w wielu miejscach, przemieszczał się przez morze. Jego powierzchnia migotała, a zawirowania i spirale ciemności wystrzeliwały na zewnątrz i wpadały do środka, tak że wydawał się stworzony z czarnych płomieni. Jak Strange znalazł sposób na pokonywanie wody — czy podróżował łodzią, czy też używając magii — pozostawało tajemnicą. Burza, za pomocą której usiłował ukryć swą obecność, została wyczarowana dopiero, kiedy dotarł do Stra, trzynaście kilometrów od Padwy.
— Mówię ci, Louiso, za nic bym się z nim nie zamienił — powiedział doktor Greysteel. — Wszyscy uciekają na jego widok. Od Mestre do Stra nie widział ani jednego żywego stworzenia, jedynie puste ulice i opuszczone pola. Obecnie świat jest dla niego wyludnionym miejscem.
Jeszcze kilka chwil temu ciocia Greysteel nie myślała o Strange’u zbyt przychylnie, ale obraz odmalowany przez brata był tak szokujący, że łzy napłynęły jej do oczu.
— Gdzie jest teraz? — zapytała łagodnie.
— Wrócił do swego mieszkania przy Santa Maria Zobenigo — odparł doktor Greysteel. — Jest tak jak dawniej. Gdy tylko usłyszeliśmy, że był w Padwie, domyśliłem się, o co mu chodziło. Przybyliśmy jak najszybciej. Co z Florą?
Flora była w salonie. Czekała na ojca — chyba rzeczywiście jej ulżyło, że w końcu przyjechał. Ledwie doktor Greysteel zdołał wypowiedzieć pierwsze pytanie, od razu pośpieszyła z wyznaniami. Była to spowiedź serca obciążonego sekretem, przy której łzy płynęły ciurkiem. Flora wykrztusiła, że spotkała się ze Strange’em. Ujrzała go na ulicy i domyśliła się, że czeka na nią, więc wybiegła do niego z domu.
— Powiem wam wszystko, obiecuję — oświadczyła. — Ale jeszcze nie teraz. Nie zrobiłam nic złego. To znaczy… — Oblała się rumieńcem. — Poza kłamstwami, których naopowiadałam cioci. Bardzo za nie przepraszam. Jednakże sekrety nie są moje i nie mogę ich powtarzać.
— Dlaczego to muszą być sekrety, Floro? — spytał ojciec. — Czy nie sądzisz, że właśnie przez nie powstają nieporozumienia? Ludzie o czystych intencjach nie miewają sekretów. Działają jawnie.
— Tak, tak przypuszczam… Ale to nie dotyczy magów! Pan Strange ma wrogów… Tego okropnego starca w Londynie i jeszcze innych. Ale nie wolno ci łajać mnie za niestosowne zachowanie. Tak bardzo się starałam postępować właściwie i wierzę, że mi się udało! Magia, którą praktykuje, niszczy go. Wczoraj przekonałam go, by z niej zrezygnował! Obiecał, że całkiem ją porzuci.
— Ależ Floro! — powiedział ojciec ze smutkiem. — To przygnębia mnie jeszcze bardziej niż cała reszta. To, że uważasz się za upoważnioną do wyciągania z niego obietnic, wymaga wyjaśnienia. Chyba to rozumiesz? Moja droga, czy jesteś z nim zaręczona?
— Nie, papo! — Flora ponownie wybuchnęła płaczem. Ciotka musiała długo pocieszać bratanicę. Gdy w końcu względnie się uspokoiła i mogła już mówić, wyjaśniła: — Nie było żadnych zaręczyn. To prawda, byłam do niego przywiązana. To jednak już skończone. Nie wolno wam mnie podejrzewać. Poprosiłam go o tę obietnicę z przyjaźni i dla dobra jego żony. On myśli, że robi to dla niej, ale ja wiem, że ona nie życzyłaby sobie, by zajmował się magią tak rujnującą zdrowie i rozum — niezależnie od przedmiotu, niezależnie od okoliczności! Ona nie może już kierować jego poczynaniami, wobec czego ja musiałam przemówić w jej imieniu.