Doktor Greysteel milczał.
— Floro — powiedział po dłuższej chwili. — Zapominasz, moja droga, że widywałem go w Wenecji. Nie jest w stanie dotrzymać obietnicy. Nawet nie będzie pamiętał, co obiecywał.
— Ależ będzie! Tak ułożyłam sprawy, że z pewnością będzie.
Nowy potok łez zdradził, że mimo zapewnień nie uwolniła się jeszcze od miłości. Ale jej słowa i tak przyniosły ulgę doktorowi Greysteelowi i jego siostrze. Byli przekonani, że przywiązanie do Jonathana Strange’a musi prędzej czy później minąć. Jak zauważyła tego wieczoru ciocia Greysteel, Flora nie należała do dziewcząt, które latami usychają w imię niespełnionej miłości. Była na to zbyt rozsądna.
Teraz gdy wszyscy się spotkali, doktor Greysteel i ciocia Greysteel zapragnęli kontynuować podróże. Ciocia Greysteel życzyła sobie pojechać do Rzymu i obejrzeć wszystkie starożytne budynki oraz artefakty, które podobno były wspaniale. Flory jednak nie interesowały już żadne dzieła sztuki. Twierdziła, że jest szczęśliwa w Padwie. Przez większość czasu nawet nie wychodziła z domu, jeśli nie musiała. Kiedy proponowali jej spacer lub wizytę w kościele z renesansowym ołtarzem, nie chciała im towarzyszyć. Skarżyła się często, że pada albo że ulice są mokre. Wszystko to było prawdą, rzeczywiście tej zimy w Padwie bardzo padało, ale dotychczas deszcz nigdy Florze nie przeszkadzał.
Ciotka i ojciec byli cierpliwi, chociaż doktor Greysteel ciężko to znosił. Nie przyjechał do Włoch po to, by siedzieć w domu o połowę mniejszym niż jego własna wygodna posiadłość w Wiltshire. Pod nieobecność Flory utyskiwał, że czytać książki i haftować (ulubione rozrywki Flory) można i w Wiltshire, przy tym o wiele taniej, ale ciocia Greysteel beształa go i mówiła, żeby siedział cicho. Jeśli Flora właśnie tak postanowiła opłakiwać Jonathana Strange’a, musieli jej na to pozwolić.
Flora zaproponowała tylko jedną wycieczkę, za to bardzo dziwną. Mniej więcej po tygodniu od przyjazdu doktora Greysteela do Padwy oznajmiła, że bardzo pragnie znaleźć się na morzu. Zapytali, czy chodzi jej o podróż statkiem. Mogli bez przeszkód udać się do Rzymu lub Neapolu drogą morską.
Nie miała jednak na myśli morskiej podróży. Nie zamierzała opuszczać Padwy. Nie, zapragnęła znaleźć się na jachcie albo innym rodzaju łodzi. Tylko na godzinkę lub dwie, może nawet krócej, jednakże natychmiast. Następnego dnia udali się do rybackiej wioski.
Wioska ta nie przyciągała szczególnie korzystnym położeniem, krajobrazem, architekturą ani historią — właściwie jedyną jej zaletą była bliskość Padwy. Doktor Greysteel popytał w niewielkiej winiarni i na plebani, aż usłyszał o dwóch spokojnych jegomościach, którzy skłonni byli ich zabrać w morze. Mężczyźni nie mieli nic przeciwko pieniądzom od doktora Greysteela, ale czuli się w obowiązku wyjaśnić, że z dala od lądu nie ma czego oglądać. Nie byłoby nawet przy dobrej pogodzie. Tego dnia pogoda nie dopisała — padało na tyle mocno, by cała morska wycieczka okazała się klęską, lecz nie wystarczająco mocno, by rozwiać ciężką, szarą mgłę.
— Na pewno tego chcesz, kochanie? — spytała ciocia Greysteel. — To okropne miejsce, a łódź przeraźliwie cuchnie rybami.
— Na pewno, ciociu — odparła Flora.
Wdrapała się na łódź i usiadła, a ciocia i ojciec poszli w jej ślady. Zaintrygowani rybacy wypłynęli i wkrótce ze wszystkich stron otaczała ich tylko szara woda zamknięta w granicach wyznaczonych przez mgłę. Rybacy popatrzyli pytająco na doktora Greysteela, on spojrzał na córkę.
Nie zwracała na nich uwagi. Zamyślona, siedziała oparta o burtę; prawą rękę wyciągnęła nad wodę.
— Znowu! — krzyknął doktor Greysteel.
— Co znowu? — spytała ciocia Greysteel poirytowana.
— Smród kotów i stęchlizny! To zapach pokoju tamtej staruszki. Staruszki, którą odwiedziliśmy w Cannaregio. Czy na pokładzie jest kot?
Pytanie było absurdalne. Widzieli absolutnie każdy fragment łodzi i nigdzie nie było kota.
— Czy coś się stało, kochanie? — zapytała ciocia Greysteel. Coś w pozie Flory bardzo się jej nie podobało. — Jesteś chora?
— Nie, ciociu. — Flora wyprostowała się i wzięła do ręki parasolkę. — Wszystko w porządku. Możemy wracać, jeśli chcecie.
Przez chwilę ciocia Greysteel widziała na falach małą butelkę bez zatyczki. Potem buteleczka zatonęła w wodzie i przepadła na zawsze.
W następnych tygodniach Flora w ogóle nie dawała się wyciągnąć z domu. Czasem ciocia Greysteel próbowała ją przekonać, by choć usiadła w fotelu przy oknie i powyglądała na świat — na włoskich ulicach zawsze coś się działo. Flora była jednak bardzo przywiązana do fotela w zacienionym kącie pokoju, pod niezwykłym lustrem. Nabrała dziwnego zwyczaju porównywania obu pokojów — tego w lustrze i rzeczywistego. Bywało, że zainteresował ją szal rzucony na oparcie fotela oraz jego odbicie.
— Ten szal w lustrze wygląda inaczej — mówiła wtedy.
— Naprawdę? — pytała ciocia Greysteel zaintrygowana.
— Tak. W lustrze wydaje się brązowy, podczas gdy jest niebieski. Nie sądzisz?
— Cóż, moja droga, z pewnością masz rację, moim zdaniem jednak wygląda tak samo.
— Rzeczywiście — odpowiadała Flora z westchnieniem.
Rozdział siedemnasty
„Drzewo mówi do kamienia; kamień mówi do wody”
styczeń-luty 1817
Kiedy pan Norrell zniszczył książkę rywala, opinia publiczna opowiedziała się za Strange’em. Robiono (publicznie i prywatnie) liczne porównania między dwoma magami. Strange był otwarty, odważny i energiczny, podczas gdy pana Norrella charakteryzowała wyłącznie skrytość. Nie zapomniano również o tym, że kiedy Strange służył krajowi na półwyspie, Norrell wykupił wszystkie księgi magii z biblioteki księcia Roxburghe’a, by nikt innyjnie mógł ich przeczytać. Jednakże w połowie stycznia gazety doniosły o szaleństwie Strange’a, opisywały słup ciemności i spekulowały na temat magii, która go tam utrzymywała. Pewien Anglik nazwiskiem Lister bawił w Mestre na włoskim wybrzeżu w dniu, w którym Strange opuścił Wenecję i udał się do Padwy. Pan Lister był świadkiem przejścia słupa ciemności przez morze i wysłał do Anglii sprawozdanie z tych wydarzeń. Trzy tygodnie później w kilku londyńskich dziennikach wydrukowano opis tego, jak słup ślizgał się w ciszy na powierzchni wody. W ciągu kilku miesięcy Strange stał się dla rodaków uosobieniem koszmaru, przeklętą istotą, nieledwie potworem.
Nagły upadek Strange’a nie poprawił jednak sytuacji pana Norrella. Pan Norrell nie otrzymywał nowych zleceń od rządu, a co gorsza, odwołano również zamówienia z innych źródeł. Na początku stycznia dziekan katedry Świętego Pawła chciał wiedzieć, czy pan Norrell odnajdzie miejsce pochówku pewnej zmarłej damy. Brat tej młodej kobiety chciał wznieść nowy grobowiec dla wszystkich członków rodziny i wymagało to przeniesienia jej trumny. Ale rektor i kapituła z zakłopotaniem odkryli, że błędnie zapisano miejsce jej pochówku i nie wiadomo było, gdzie jej szukać. Pan Norrell zapewnił go, że to rzecz najprostsza pod słońcem. Gdy tylko rektor przekaże mu jej nazwisko i kilka szczegółów, niezwłocznie przystąpi do czarów. Jednakże rektor nie zdradził panu Norrellowi nazwiska damy. Zamiast tego wysłał niezręcznie sformułowany, pełen wymówek list, w którym wyjaśniał, że jego zdaniem przedstawicielom duchowieństwa nie przystoi zatrudniać magów.
Lascelles i pan Norrell doszli do wniosku, że sytuacja jest niepokojąca.