— Trudno będzie odnowić angielską magię, skoro się jej w ogóle nie praktykuje — zauważył Lascelles. — W czasie kryzysu musimy stale przypominać obywatelom o pańskim istnieniu i osiągnięciach.
Lascelles pisał artykuły do dzienników i we wszystkich czasopismach o magii potępiał Strange’a w czambuł. Wykorzystał też okazję, by podsumować magię czynioną przez pana Norrella w ostatnich dziesięciu latach, i zasugerował ulepszenia. Uznał, że wraz z panem Norrellem powinni się udać do Brighton, by rzucić okiem na mur zaklęć, którym pan Norrell i Jonathan Strange otoczyli wybrzeże Brytanii. Wtedy zajęło to panu Norrellowi mniej więcej dwa lata i kosztowało rząd ogromne pieniądze.
I tak pewnego szczególnie mroźnego i wietrznego lutowego dnia stali razem na plaży w Brighton i kontemplowali rozległą przestrzeń monotonnego szarego morza.
— Jest niewidzialny — powiedział Lascelles.
— Niewidzialny, o tak — przytaknął pan Norrell. — Co nie znaczy, że nieskuteczny! Chroni urwiska przed erozją, domy przed sztormami, inwentarz przed porwaniem przez wodę, a także przewróci wszystkie okręty wrogów naszej ojczyzny, które próbowałyby tu przybić.
— Ale czy nie mógłby pan w regularnych odstępach umieścić znaków nawigacyjnych, by przypominały ludziom, iż wznosi się tu magiczny mur? Może płomienie kołyszące się tajemniczo na powierzchni wody? Słup z glonów? Coś w tym rodzaju?
— Och, naturalnie! — odparł pan Norrell. — Mógłbym stworzyć takie magiczne iluzje, to nietrudne. Ale musi pan zrozumieć, że służyłyby tylko do ozdoby. W żaden sposób nie wzmocnią magii. Nie będą miały najmniejszego znaczenia.
— Owszem, będą miały znaczenie — oznajmił Lascelles surowo. — Będą stale przypominały patrzącym, że to dzieło wielkiego pana Norrella. Uświadomią Brytyjczykom, że nadal jest pan obrońcą narodu, zawsze czujnym i chroniącym ich, gdy zajmują się swoimi sprawami. Będzie to warte dziesięciu, dwudziestu artykułów w gazetach.
— Doprawdy? — spytał pan Norrell.
Obiecał, że w przyszłości będzie brał pod uwagę czynienie magii, która zdoła pobudzić zbiorową wyobraźnię.
Tę noc spędzili w tawernie Pod Starą Łajbą, a następnego ranka powrócili do Londynu. Pan Norrell nie cierpiał dalekich podróży. Choć jego kareta była wspaniałym przykładem doskonałej sztuki powoźniczej, począwszy od żelaznych amortyzatorów, a na wygodnych kanapach skończywszy, i tak czuł każdy wybój i dziurę na drodze. Mniej więcej po półgodzinnej podróży zaczynał cierpieć na bóle krzyża, migreny i nudności. Tego ranka jednak nie poświęcił swemu kręgosłupowi ani żołądkowi nawet jednej myśli. Od kiedy wyruszyli ze Starej Łajby, był podenerwowany. Miewał nieoczekiwane pomysły i gnębiły go bliżej nieokreślone strachy.
Przez okienko karety widział wiele czarnych ptaków. Nie wiedział, czy to kruki, czy wrony, ale w swym sercu, sercu maga, czuł, że ich obecność coś oznacza. Wirowały i krążyły po bladym niebie, rozpościerały skrzydła niczym czarne dłonie, a wtedy każdy stawał się ucieleśnieniem Kruka w Locie, proporca Johna Uskglassa. Pan Norrell spytał Lascellesa, czy ptaków jest więcej niż zwykle, a Lascelles odparł, że nie wie. Drugą rzeczą, która dręczyła wyobraźnię pana Norrella, były spore kałuże gęsto rozsiane na polach. Gdy kareta jechała drogą, każda widziana z niej kałuża zamieniała się w srebrne lustro odbijające zimowe niebo. A dla maga między lustrem a drzwiami nie było wielkiej różnicy. Anglia zdawała się tracić siły na jego oczach. Czuł, że gdyby przeszedł przez jedne z lustrzanych drzwi, znalazłby się w którymś ze światów graniczących z Anglią. Co gorsza, zaczynał myśleć, że mogą to zrobić także inni. Krajobrazy Sussexu zaczęły nieprzyjemnie przypominać Anglię ze starej ballady.
Po raz pierwszy w życiu pan Norrell poczuł, że być może w Anglii jest zbyt dużo magii.
Kiedy dotarli na Hanover Square, natychmiast udali się do biblioteki. Przy biurku siedział Childermass i czytał jeden z listów leżących przed nim na stosiku. Podniósł wzrok, gdy do pomieszczenia wszedł pan Norrell.
— Świetnie, wrócił pan! Proszę to przeczytać.
— Dlaczego? Co to?
— List od człowieka o nazwisku Traquair. Młody mężczyzna w hrabstwie Nottingham ocalił dzięki magii życie dziecka, Traquair był tego świadkiem.
— Doprawdy, proszę pana! — westchnął Lascelles. — Myślałem, że ma pan więcej rozumu. Żeby zawracać chlebodawcy głowę takimi bzdurami! — Zerknął na stosik otwartych listów. Na jednym widniała duża pieczęć z herbem. Lascelles wpatrywał się w nią przez chwilę, nim sobie uświadomił, że dobrze ją zna. Chwycił list. — Mistrzu! — krzyknął. — Mamy zlecenie od lorda Liverpoola!
— Nareszcie! — ucieszył się pan Norrell. — Co pisze?
Lascelles szybko przebiegł oczyma pismo.
— Tylko tyle, że prosi nas o obecność w Fife House w sprawie najwyższej wagi! — Przez chwilę myślał gorączkowo. — Pewnie chodzi o johannitów. W tej sprawie Liverpool powinien był poprosić pana o pomoc wiele lat temu. Cieszę się, że sobie to wreszcie uświadomił. A co do pana… — popatrzył na Childermassa — całkiem pan oszalał? A może knuje pan za naszymi plecami? Bredzi pan o rzekomej magii, podczas gdy na biurku leży list od premiera Anglii.
— Lord Liverpool może poczekać — powiedział Childermass do pana Norrella. — Proszę mi wierzyć, gdy mówię, że musi pan zapoznać się z tym listem!
Lascelles prychnął gniewnie.
Pan Norrell przenosił spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego. Był całkiem zagubiony. Przywykł już, że jest od nich zależny, a ich kłótnie (ostatnio coraz częstsze) całkowicie go rozstrajały. Stałby tak, nie umiejąc wybrać między nimi, gdyby Childermass nie chwycił go za rękę i nie wciągnął do wyłożonego drewnem przedsionka u wejścia do biblioteki. Dysponent zatrzasnął drzwi i oparł się o nie.
— Proszę posłuchać. W pewnym arystokratycznym domu w hrabstwie Nottingham zaobserwowano zjawisko magiczne. Dorośli rozmawiali w salonie, służący byli zajęci, a pewna dziewczynka powędrowała do ogrodu. Wspięła się na wysoki mur otaczający ogródek warzywny i zaczęła po nim spacerować. Mur pokryty był lodem, dziewczynka poślizgnęła się, spadła i przebiła dach cieplarni. Szkło bardzo ją poraniło. Służący usłyszał krzyk. Najbliższy chirurg mieszkał piętnaście kilometrów stamtąd. Jeden z obecnych, młody Joseph Abney, ocalił dziewczynkę za pomocą magii. Wyciągnął z niej odłamki szkła i poskładał połamane kości dzięki Odnowie i Odtworzeniu Martina Pale’a, a upływ krwi powstrzymał za pomocą zaklęcia, które określił mianem Dłoni Teila.
— Idiotyzm! — oświadczył pan Norrell. — Zaklęcie Dłoń Teila zaginęło setki lat temu, a Odnowa i Odtworzenie Pale’a wiąże się z przestrzeganiem niesłychanie skomplikowanej procedury. Ten młody człowiek musiałby studiować przez długie lata.
— Tak, wiem, przyznał, że ledwie liznął tej wiedzy. Z trudem przypominał sobie nazwy zaklęć, co dopiero mówić o ich wykonaniu. Ale Traquair twierdzi, że rzucił zaklęcia płynnie, bez wahania. Traquair i inni obecni pytali go, co robi — zwłaszcza ojciec dziewczynki był zaniepokojony tym, że Abney odprawia czynności magiczne — wszystko jednak wskazuje na to, iż Abney ich nie słyszał. Potem zachowywał się jak człowiek zbudzony ze snu. Powtarzał jedynie: „Drzewo przemawia do kamienia; kamień przemawia do wody”. Najwyraźniej uważał, że drzewa i niebo podyktowały mu, co należy robić.