Выбрать главу

Kula trafiła Drawlighta w udo. W biało-szarym lesie momentalnie wyrosło czerwone wilgotne kwiecie z krwi. Drawlight krzyknął i z hukiem zwalił się w krzew szypszyny. Usiłował odczołgać się, ale miał niewładną nogę, a poza tym dzika róża chwyciła go za ubranie. Nie mógł się uwolnić od gałęzi. Odwrócił się i ujrzał, że Lascelles zbliża się ku niemu. Strach i ból sprawiły, że rysy Drawlighta stały się niemal nierozpoznawalne.

Lascelles wypalił z drugiego pistoletu.

Pocisk zgruchotał lewą stronę głowy Drawlighta niczym skorupkę jajka. Kilka razy Drawlightem wstrząsnęły konwulsje, potem znieruchomiał.

Mimo że nikt tego nie widział, mimo że krew dudniła mu w uszach i w piersi, w całym ciele, Lascelles nie pozwolił sobie na okazanie wzburzenia: czuł, że byłoby to niegodne dżentelmena.

Miał lokaja, który był uzależniony od przeglądania sprawozdań z morderstw i powieszeń w kronikach więzienia Newgate oraz w rejestrze kryminalnym. Czasem Lascelles zabawiał się czytaniem fragmentów tych dzieł. Cechą charakterystyczną owych historii było to, że morderca, choćby zachował zimną krew podczas zbrodni, wkrótce ulegał dziwnym emocjom i zaczynał postępować w irracjonalny sposób, co prowadziło go do zguby. Lascelles wątpił, by w sprawozdaniach było wiele prawdy, ale na wszelki wypadek wsłuchał się w siebie w poszukiwaniu oznak wyrzutów sumienia lub przestrachu. Nic nie znalazł. Tak naprawdę myślał głównie o tym, że ze świata zniknęło coś brzydkiego.

— Doprawdy — powiedział głośno. — Gdyby trzy lub cztery lata temu wiedział, że do tego dojdzie, sam by mnie błagał, abym to zrobił.

Nagle usłyszał szelest. Ku swemu zdumieniu spostrzegł, że z prawego oka Drawlighta (lewe zostało przestrzelone) wyrasta pęd. Pasma bluszczy oplatały jego szyję i pierś. Ostrokrzew przeszył mu rękę, brzózka wyskoczyła z jego stopy, głóg wyrósł z brzucha. Drawlight wyglądał, jakby został ukrzyżowany przez las. Jednakże drzewa na tym nie poprzestały, wciąż rosły. Plątanina brązowych i szkarłatnych łodyg pokryła jego twarz, a ciało się rozłożyło, pochłonięte przez rośliny i inne stworzenia. Wkrótce z Christophera Drawlighta nie pozostało zupełnie nic. Drzewa, kamienie i ziemia zabrały go między siebie, ale w ich kształcie można było rozpoznać człowieka, którym niegdyś był.

— Ta dzika róża to chyba jego ręka — zadumał się Lascelles. — Ten kamień… Może serce? Jest równie mały i twardy. — Zaśmiał się. — To jest właśnie idiotyczne w magii Strange’a — mruknął pod nosem. — Prędzej czy później obraca się przeciwko niemu.

Dosiadł konia i pojechał w kierunku drogi.

Rozdział dziewiętnasty

„Pierwszy pogrzebie serce w mroźnym lesie pod śniegiem, lecz bólu czuć nie przestanie”

ołowa lutego 1817

Minęło ponad dwadzieścia osiem godzin od momentu, gdy Lascelles opuścił Hanover Square, i pan Norrell zaczynał się niepokoić. Obiecał Lascellesowi, że na niego zaczeka, lecz bał się, że kiedy dotrą do opactwa Hurtfew, okaże się, że Strange zawładnął biblioteką.

Tej nocy w domu na Hanover Square nikt nie mógł spać. Rankiem wszyscy byli zmęczeni i źli.

— Po co w ogóle czekamy? — spytał Childermass. — I jaki z niego pożytek, kiedy zjawi się Strange? Bardzo polegam na panu Lascellesie. Dobrze o tym wiesz. Jest obecnie moim jedynym doradcą.

— Wciąż ma pan mnie — zauważył Childermass. Pan Norrell szybko zamrugał oczyma, jakby miał na końcu języka słowa: „Ty jesteś tylko sługą”. I choć milczał, Childermass i tak go zrozumiał. Prychnął z odrazą i odszedł.

O szóstej wieczorem drzwi biblioteki otworzyły się szeroko i wmaszerował Lascelles. Wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle: miał rozczochrane włosy, krawat poplamiony kurzem i potem, a także plamy błota na płaszczu i butach.

— Mieliśmy rację, drogi panie! — wykrzyknął. — Strange przybywa!

— Kiedy? — Pan Norrell pobladł.

— Nie wiem. Nie był łaskaw wtajemniczyć nas w szczegóły, ale powinniśmy jak najszybciej wyruszyć do opactwa Hurtfew.

— Możemy jechać natychmiast. Wszystko gotowe. Widział się pan z Drawlightem? Jest tutaj? — Pan Norrell się wychylił, by sprawdzić, czy Drawlight kryje się za Lascellesem.

— Nie, nie spotkałem go. Czekałem na niego, ale się nie zjawił. Proszę się nie obawiać! — Pan Norrell już miał mu przerwać. — Wysłał list. Mamy wszystkie potrzebne informacje.

— List?! Mogę zobaczyć?

— Naturalnie! Ale na to przyjdzie czas w podróży. Pora jechać. Nie może pan zwlekać z mojego powodu. Mam niewiele potrzeb, a nawet jeśli czegoś mi zabraknie, znakomicie się bez tego obejdę. — Było to nieco zdumiewające, gdyż Lascelles zawsze miał raczej liczne potrzeby. Liczne i wyszukane. — Jedźmy, jedźmy, drogi panie. Proszę się zbierać. Strange przybywa! — I wypadł z pokoju.

Pan Norrell usłyszał potem od Lucasa, że Lascelles nawet nie poprosił o wodę do mycia ani coś do picia. Po prostu wskoczył do karety, usiadł w kącie i czekał.

O ósmej wieczorem zmierzali już do hrabstwa York. Pan Norrell i Lascelles siedzieli w karecie, Lucas i Davey na koźle, Childermass zaś jechał wierzchem. Na rogatce Islington Lucas zsiadł, by zapłacić poborcy. W powietrzu czuć było zapach śniegu.

Pan Norrell wpatrywał się bezmyślnie w rzęsiście oświetloną witrynę ekskluzywnego sklepu o przestronnym wnętrzu i eleganckich nowoczesnych krzesłach dla klientów. Wystrój sklepu był tak wyrafinowany, że trudno było się domyślić, jakie towary tu oferują. Na jednym z krzeseł leżała sterta rzeczy o jaskrawych barwach — pan Norrell nie potrafił powiedzieć, czy to szale, tkaniny na suknie, czy coś całkiem innego. W sklepie znajdowały się trzy kobiety. Jedna z nich, bystra, elegancka osoba, w Spencerze przypominającym strój huzara obramowany futrem i obszyty sutaszem, była klientką. Na głowie miała rosyjską czapę. Wciąż ją podtrzymywała jakby w obawie, że czapa spadnie. Sprzedawczyni była ubrana skromniej, w prostą ciemną suknię; za nią stanęła drobna asystentka, która kłaniała się z szacunkiem i dygała nerwowo, gdy tylko ktoś na nią spojrzał. Klientka i sprzedawczyni nie zajmowały się interesami, tylko ucięły sobie ożywioną pogawędkę. W innych okolicznościach ta scenka z pewnością nie zainteresowałaby pana Norrella, teraz jednak chwyciła go za serce, sam nie rozumiał dlaczego. Pomyślał przelotnie o pani Strange i lady Pole. Nagle coś przeleciało między nim a tą beztroską scenką — coś, co wyglądało jak namacalny fragment ciemności. Pan Norrell był pewien, że to kruk.

Zapłacono myto, Davey chwycił lejce i kareta ruszyła ku Archway. Po chwili zaczął padać śnieg. Mokry wiatr tłukł o karetę, kołysząc nią z boku na bok. Wciskał się w każdą szczelinę, mroził ramiona, nosy i stopy. Pan Norrell czuł się niepewnie, gdyż Lascelles zachowywał się wyjątkowo dziwacznie. Był podniecony, wręcz rozradowany, a pan Norrell nie miał pojęcia, z jakiego powodu. Kiedy wył wiatr, Lascelles wybuchał śmiechem, jakby wicher miał go wystraszyć, a on postanowił mu pokazać, że się go nie boi.

Gdy zauważył, że pan Norrell bacznie mu się przygląda, powiedział:

— Zastanawiałem się. To drobiazg! Pan i ja wkrótce poradzimy sobie ze Strange’em i jego sztuczkami. Ministrowie to gromada starych bab! Brzydzą mnie! Tyle wrzasku o jednego wariata! Śmiać mi się chce na samą myśl o tym! Oczywiście, Liverpool i Sidmouth są najgorsi! Od lat nie raczyli wystawić nosa za drzwi ze strachu przed Bonapartem, a teraz umierają z przerażenia, bo Strange zwariował.

— Och, myli się pan! — oświadczył pan Norrell. — Bardzo się pan myli. Zagrożenie ze strony Strange’a jest olbrzymie. Bonaparte to pestka w porównaniu z nim. Nie powiedział mi pan jednak, co mówił Drawlight. Bardzo chciałbym zobaczyć jego list. Powiem Daveyowi, żeby zatrzymał się w Aniele w Hadley, i wtedy…