— Nie mam listu. Został na Bruton Street.
— Ale…
— Drogi panie! — Lascelles wybuchnął śmiechem. — Proszę się nie przejmować. Przecież mówiłem, że to nie ma żadnego znaczenia. Dobrze pamiętam jego treść.
— Co napisał?
— Że Strange oszalał i uwiązł w wiecznej ciemności, co wiedzieliśmy już wcześniej, i…
— Jaką formę przybrało jego szaleństwo? — przerwał pan Norrell.
Zapadła cisza.
— Głównie wygaduje bzdury. Ale w końcu robił to już dawniej, prawda? — Lascelles znów się roześmiał. Zauważywszy wyraz twarzy pana Norrella, nieco jednak spoważniał. — Bełkocze o drzewach, kamieniach, Johnie Uskglassie i… — rozejrzał się w poszukiwaniu inspiracji — …niewidzialnych pojazdach. O, tak! Pewnie pana rozbawi, że ukradł palce kilku weneckim dziewicom. Po prostuje zabrał! Trzyma te palce w szkatułkach!
— Palce?! — wykrzyknął pan Norrell zaniepokojony. Najwyraźniej informacja ta wywołała w nim jakieś nieprzyjemne skojarzenia. Zastanawiał się przez moment, ale nic z tego nie rozumiał.
— Czy Drawlight opisał ciemność? Czy powiedział cokolwiek, co pomogłoby nam ją rozumieć?
— Nie. Widział się ze Strange’em, a Strange przekazał mu wiadomość dla pana. Mówi, że przybywa. Oto zasadnicza treść listu.
Zapadła cisza. Pan Norrell bezwiednie zapadł w drzemkę. Kilka razy usłyszał przez sen, jak Lascelles szepcze do siebie.
O północy zmienili konie w gospodzie Pod Stogiem Siana w Wansfordzie. Lascelles i pan Norrell czekali w salonie dla gości, dużym, skromnie urządzonym pomieszczeniu, o wyłożonych drewnem ścianach, wysypanej piaskiem podłodze i dwóch ogromnych kominkach.
Drzwi się otworzyły i wszedł Childermass. Podszedł do Lascellesa.
— Lucas twierdzi, że Drawlight wysłał panu list z opisem wydarzeń w Wenecji — powiedział.
Lascelles odwrócił głowę, ale nie patrzył na dysponenta.
— Mógłbym go zobaczyć? — spytał Childermass.
— Został na Bruton Street — odparł Lascelles. Childermass wydawał się nieco zdumiony.
— To nic — powiedział po chwili. — Lucas może go przywieźć. Wynajmiemy mu konia.
Dogoni nas, zanim dotrzemy do Hurtfew.
Lascelles uśmiechnął się do niego.
— Powiedziałem Bruton Street, tak? Ale wie pan co? Chyba go tam nie ma. Został w gospodzie, tej w Chatham, gdzie czekałem na Drawlighta. Na pewno go wyrzucili. — Znów odwrócił się do ognia.
Childermass zmarszczył brwi. Po chwili wyszedł z pomieszczenia.
Nadszedł tutejszy służący i oznajmił, że w sypialniach czeka gorąca woda, ręczniki i inne niezbędne przybory toaletowe, więc panowie Norrell i Lascelles mogą się odświeżyć.
— Na korytarzu jest ciemno choć oko wykol — oświadczył pogodnie. — Proszę, oto świece dla panów.
Pan Norrell wziął swoją świecę i ruszył korytarzem (rzeczywiście niezwykle ponurym). Nagle u jego boku wyrósł Childermass.
— Co pan sobie myśli, u licha? — wysyczał. — Wyjeżdża pan z Londynu bez tego listu?
— Przecież on mówi, że pamięta jego treść — bronił się pan Norrell.
— Och! A pan mu wierzy?
Pan Norrell nie odpowiedział. Wszedł do pokoju, który dla niego przygotowano. Myjąc ręce i twarz, zauważył w lustrze odbicie łoża. Był to ciężki staroświecki mebel, o wiele za duży na ten pokój, jak to często bywa w gospodach. Cztery rzeźbione słupy w kolorze mahoniu, wysoko zawieszony ciemny baldachim i pęki czarnych strusich piór w każdym rogu nadawały meblowi pogrzebowy charakter. Pan Norrell poczuł się tak, jakby ktoś wprowadził go do pokoju i pokazał mu jego grób. Ogarnęło go bardzo dziwne uczucie, podobne do tego, jakie towarzyszyło mu na rogatce, gdy patrzył na trzy kobiety. Poczuł, że coś dobiega końca i że dokonał już wszystkich wyborów. W młodości wybrał drogę, ale nie zaprowadziła go tam, dokąd pragnął. Zmierzał do domu, dom jednak stał się czymś potwornym. W półmroku, stojąc obok czarnego łoża, przypomniał sobie, czemu w dzieciństwie tak obawiał się ciemności — ciemność należała do Johna Uskglassa.
Wypadł z pokoju do ciepła i świateł wspólnego salonu.
Kilka minut po szóstej nadciągnął szary brzask, który w ogóle nie przypominał brzasku. Białe płatki padały z szarego nieba na szarobiały świat. Davey był pokryty tak grubą warstwą śniegu, że wyglądał, jakby ktoś zamówił jego woskową podobiznę i właśnie przygotowywano gipsową formę.
Przez cały dzień rozmaite konie pocztowe z trudem ciągnęły karetę w zadymce. Gospody zapewniały krótkie wytchnienie od śnieżycy i możliwość pokrzepienia się ciepłym napojem. Davey i Childermass, stangret i jeździec, bez wątpienia najbardziej wyczerpani z tego towarzystwa, najmniej odpoczywali na postojach; zazwyczaj tkwili w stajniach, wykłócając się o rozstawne konie z właścicielami gospody. W Grantham właściciel oberży doprowadził do szału Childermassa, proponując im ślepego jak kret konia. Childermass zarzekał się, że za nic go nie weźmie, z kolei właściciel gospody twierdził, że to jego najlepszy wierzchowiec. Nie mieli wyboru i w końcu musieli go zaprząc. Później Davey oświadczył, że to znakomite zwierzę, pracowite i posłuszne, gdyż bez człowieka nie miało pojęcia, dokąd iść i co robić. Davey wytrzymał aż do gospody Newcastle Arms w Tuxfordzie, gdzie musieli go pozostawić. Przejechał dwieście kilometrów i zdaniem Childermassa był tak zmęczony, że ledwie otwierał usta. Childermass zatrudnił pomocnika stangreta i ruszyli przed siebie.
Mniej więcej godzinę przed zachodem słońca śnieg przestał padać i niebo się przejaśniło. Długie granatowe cienie kładły się na nagich polach. Siedem kilometrów za Doncasterem minęli gospodę Czerwony Dom (nazwaną tak od koloru ścian). W niskim zimowym słońcu wyglądała jakby płonęła. Kareta przejechała jeszcze kawałek, a potem się zatrzymała.
— Dlaczego stajemy? — zawołał pan Norrell z karety.
Lucas nachylił się z kozła i coś odkrzyknął, ale wiatr poniósł jego głos i pan Norrell nic nie usłyszał.
Childermass zjechał z drogi na pole pełne kruków, które zrywały się do lotu, kracząc. Po drugiej stronie pola stał stary żywopłot z prześwitem, a po bokach rosły wysokie ostrokrzewy. Za prześwitem ciągnęła się inna droga albo ścieżka okolona żywopłotem. Childermass zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Zawahał się. Po chwili potrząsnął wodzami, a jego koń wszedł między drzewa, na ścieżkę, i zniknął z pola widzenia.
— Wjechał na elfie drogi! — wykrzyknął pan Norrell zaniepokojony.
— O, to właśnie one? — spytał Lascelles.
— Owszem! — odparł pan Norrell. — To jedna z najsłynniejszych. Podobno łączy Doncaster z Newcastle przez dwie elfie cytadele.
Czekali. Mniej więcej dwadzieścia minut później Lucas zszedł z kozła.
— Jak długo mamy tu stać, proszę pana? — zapytał. Pan Norrell pokręcił głową.
— Żaden Anglik nie przekroczył granic Faerie od czasów Martina Pale’a. To było trzysta lat temu. Bardzo prawdopodobne, że nigdy stąd nie wyjedzie. Być może…
Ale właśnie w tej chwili ukazał się Childermass i galopem pokonał pole.
— To prawda — powiedział do pana Norrella. — Drogi do Faerie są znowu przejezdne.