— Co tam widziałeś? — spytał pan Norrell.
— Droga jest długa i prowadzi do lasu pełnego ciernistych drzew. Przy wejściu do niego stoi posąg kobiety z wyciągniętymi dłońmi. W jednej trzyma kamienne oko, w drugiej kamienne serce. Co do samego lasu… — Childermass uczynił gest być może mający zobrazować niemożność opisania tego, co widział, a może bezsilność. — Z każdego drzewa zwisają trupy. Niektóre osoby mogły zginąć zaledwie wczoraj. Inne to ponadwiekowe szkielety w zardzewiałych zbrojach. Doszedłem do wysokiej wieży z grubo łupanych kamieni. Były w niej nieliczne okienka. W jednym paliło się światło, widziałem czyjś cień. Pod wieżą rozciągała się polanka, przez którą płynął strumyk. Stał tam młody człowiek. Wydawał się blady i schorowany, miał martwy wzrok. Ubrany był w angielski mundur, powiedział mi, że jest obrońcą Zamku Odjętego Serca i Oka. Przysiągł strzec pani na zamku i stawić czoło każdemu, kto będzie chciał ją skrzywdzić lub obrazić. Spytałem, czy zabił widzianych przeze mnie ludzi. Powiedział, że część z nich położył trupem i powiesił na głogach — tak jak jego poprzednik. Zapytałem go, jak pani zamku wynagrodzi jego trudy. Odparł, że nie wie. Nigdy jej nie widział, nigdy też z nią nie rozmawiał. Nie opuszczała Zamku Odjętego Serca i Oka, on zaś pozostawał na polanie między potokiem a drzewami. Zapytał mnie, czy będę z nim walczył. Przypomniałem mu, że ani nie obraziłem, ani nie skrzywdziłem jego pani. Powiedziałem, że jestem służącym i muszę powrócić do swego pana, który na mnie czeka. Potem zawróciłem konia i odjechałem.
— Co?! — wykrzyknął Lascelles. — Człowiek proponuje panu walkę, a pan ucieka?! Nie ma pan honoru? Wstydu? Chorowita twarz, martwe oczy, nieznana osoba w oknie! — Prychnął z pogardą. — To tylko wymówki, by ukryć swe tchórzostwo!
Childermass się wzdrygnął, jakby ktoś go uderzył. Już chyba miał się odgryźć, kiedy uprzedził go pan Norrelclass="underline"
— Wręcz przeciwnie! Childermass słusznie postąpił, odjeżdżając jak najszybciej. W takich miejscach zawsze jest więcej magii, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Niektóre elfy uwielbiają walkę i śmierć. Nie wiem dlaczego. Są gotowe do wielkich poświęceń, by zapewnić sobie takie rozrywki.
— Bardzo proszę — zwrócił się Childermass do Lascellesa. — Jeśli ta okolica tak pana kusi, proszę tam jechać i nie krępować się nami.
Lascelles z zadumą popatrzył na pole i prześwit w żywopłocie. Nie poruszył się jednak.
— Pewnie nie lubi pan kruków? — zapytał go Childermass nieco szyderczym tonem.
— Nikt ich nie lubi! — oświadczył pan Norrell. — Dlaczego tu są? Co oznacza ich obecność?
Childermass wzruszył ramionami.
— Niektórzy sądzą, że to część ciemności, która otacza Strange’a i którą z jakiegoś względu ożywił i wysłał do Anglii. Inni uważają, że kruki zwiastują powrót Johna Uskglassa. — Johna Uskglassa. No tak — mruknął Lascelles. — Ostatni ratunek prostackich umysłów. Kiedy coś się dzieje, zawsze musi mieć związek z Johnem Uskglassem! Myślę, że nadszedł czas, by zaatakować tego dżentelmena w nowym artykule w „Przyjaciołach…” Co napiszemy? Że nie był chrześcijaninem? Nie był Anglikiem? Był demonem? Chyba mam gdzieś listę świętych i arcybiskupów, którzy go potępili. Mogę nad tym popracować.Pan Norrell wydawał się zakłopotany. Zerkał nerwowo na pomocnika stangreta.
— Na pańskim miejscu wypowiadałbym się ostrożniej — powiedział cicho Childermass do Lascellesa. — Jest pan teraz na północy, w kraju Johna Uskglassa. Nasze miasta, miasteczka i opactwa zostały wzniesione właśnie przez niego. On ustanowił nasze prawa. Gości w naszych umysłach, sercach i mowie. Gdyby było lato, pod każdym żywopłotem ujrzałby pan dywan jasnobłękitnych kwiatków. Nazywamy je johnowym groszem. Kiedy jest ciepło w zimie albo pada latem, ludzie na wsi mówią, że John Uskglass znów się zakochał i zaniedbuje swe obowiązki. A kiedy jesteśmy o czymś przekonani, mówimy, że to pewne jak kamyk w kieszeni Johna Uskglassa.
Lascelles wybuchnął śmiechem.
— Nie zamierzam lekceważyć waszych cudacznych porzekadeł, drogi panie. Czym innym jest jednak chwalić się własną historią, a czym innym bredzić o powrocie króla, który miał Lucyfera za sprzymierzeńca i suwerena. Tego nikt nie chce, prawda? Poza, rzecz jasna, kilkoma johannitami i szaleńcami.
— Jestem z północy, proszę pana — powiedział Childermass. — Nic nie ucieszyłoby mnie bardziej od powrotu mojego króla. Całe życie tego pragnąłem.
Dochodziła północ, kiedy dotarli do opactwa Hurtfew. Nie było tam żadnego śladu Strange’a. Lascelles poszedł spać, pan Norrell jednak dreptał po domu, badając stan dawno nałożonych zaklęć.
Następnego dnia przy śniadaniu Lascelles powiedział:
— Zastanawiałem się, czy w przeszłości odbywały się magiczne pojedynki. Starcie dwóch magów, tego typu rzeczy.
— Trudno powiedzieć. — Pan Norrell westchnął. — Ralph Stokesey prawdopodobnie pokonał dwóch lub trzech magów zaklęciami — w tym bardzo potężnego szkockiego maga z Athodel. Katarzyna z Winchesteru była raz zmuszona magicznym sposobem zesłać młodego maga do Granady. Niepokoił ją niestosownymi propozycjami matrymonialnymi, kiedy ona chciała się uczyć, a Granada była najdalszym miejscem, jakie wtedy przyszło jej do głowy. Jest jeszcze dziwna opowieść o węglarzu z Cumbrii…
— Czy takie pojedynki kończyły się śmiercią jednego z magów?
— Co? — Pan Norrell wpatrywał się w niego z przerażeniem. — Nie! To znaczy nie wiem. Nie sądzę.
Lascelles uśmiechał się do niego.
— Ale taka magia musi istnieć. Pewnie gdyby się pan nad tym zastanowił, z pewnością przyszłoby panu do głowy z pół tuzina zaklęć, które załatwiłyby sprawę. To przypominałoby zwykły pojedynek na pistolety lub miecze, tyle że ściganie sądowe byłoby wykluczone. Poza tym przyjaciele i słudzy zwycięzcy byliby usprawiedliwieni, pomagając mu dyskretnie zatuszować sprawę.
Pan Norrell milczał.
— Nie dojdzie do tego — oznajmił po dłuższej chwili.
— Drogi panie! — Lascelles roześmiał się ponownie. — A niby do czego dojdzie?
O dziwo, Lascelles jeszcze nigdy nie był w opactwie Hurtfew. W przeszłości Drawlight nieraz tu przyjeżdżał, Lascelles jednak zawsze wykręcał się innymi zobowiązaniami. Pobyt w wiejskim domu w hrabstwie York kojarzył się mu z czyśćcem. Sądził, że w najlepszym wypadku Hurtfew będzie takie jak jego właściciel — nudne, staroświeckie i ciche. W najgorszym razie wyobrażał sobie smaganą deszczem farmę na ponurym wrzosowisku. Ze zdumieniem przekonał się, że dom wygląda zupełnie inaczej. Był nowoczesny, elegancki i wygodny, a służący w niczym nie przypominali nieokrzesanych parobków z jego wyobrażeń, gdyż przybyli z Hanover Square. Szkolono ich w Londynie i świetnie znali upodobania Lascellesa.
Ale siedziby wszystkich magów są nieco dziwaczne i opactwo Hurtfew, na pierwszy rzut oka obszerne i eleganckie, wydawało się zbudowane na tak pogmatwanym planie, że nie dało się przejść z jednego końca domu na drugi, nie zgubiwszy się pod drodze. Później tego ranka Lucas poinformował Lascellesa, że nie powinien samotnie odwiedzać biblioteki, lecz jedynie w towarzystwie pana Norrella albo Childermassa. Lucas dodał, że to najważniejsza zasada w domu.
Naturalnie Lascelles nie miał zamiaru przestrzegać tego zakazu. Przyjrzał się wschodniej części domu i odkrył, że znajdują się tam zwykłe pomieszczenia: bawialnia, jadalnia i salon. Doszedł do wniosku, że bibliotekę urządzono zapewne w nie zbadanym przez niego zachodnim skrzydle. Natychmiast tam ruszył i po chwili znalazł się w pokoju, z którego wyszedł. Uznał, że źle skręcił, i spróbował raz jeszcze. Tym razem zjawił się w jednej z pomywalni, gdzie mała, brudnawa i zakatarzona pomywaczka najpierw wytarła nos grzbietem dłoni, a potem tą samą dłonią zaczęła zmywać naczynia. Niezależnie od tego, którą drogą poszedł, natychmiast wracał albo do bawialni, albo do pomywalni. Miał już mdłości na widok pomywaczki, a i ona nie wydawała się zachwycona jego wizytami. I chociaż zmarnował cały ranek na te wędrówki, nawet nie przyszło mu do głowy przypisać swego niepowodzenia czemuś innemu poza szczególnymi cechami tutejszej architektury.