— Całkiem jak lisy w norze — zauważył Lascelles. Mimo wysiłków nie zdołali wydostać się z tych trzech pomieszczeń.
Mijał czas, ale nadal nie wiadomo było, która jest godzina. Wszystkie zegary wskazywały północ. Każde okno wychodziło na wieczną noc i nieznane gwiazdy.
Pan Norrell znieruchomiał. Zamknął oczy. Jego twarz była ponura i ściągnięta, tylko wargi nieznacznie się poruszały. Po chwili otworzył oczy i powiedział:
— Proszę za mną.
Zamknął ponownie oczy i ruszył przed siebie. Zachowywał się tak, jakby chodził po zupełnie innym budynku, który z niewiadomych przyczyn utkwił w jego domu. Szedł zupełnie nową drogą, skręcając raz w lewo, raz w prawo, w kierunku, którego nikt do tej pory nie wybierał.
Po trzech lub czterech minutach otworzył oczy. Przed nim znajdował się korytarz, którego szukał, ten z podłogą z kamieni, a na jego końcu rysowały się wysokie, skryte w mroku drzwi biblioteki.
— Teraz sprawdzimy, co on wyprawia! — krzyknął pan Norrell. — Lucas, trzymaj w pogotowiu ołowiane łańcuchy i kłódki. Ołów to najlepszy środek zapobiegawczy przeciwko magii. Skrępujemy mu ręce, to go powstrzyma. Drogi panie, jak szybko możemy wysłać list do jednego z ministrów?
Był nieco zdumiony, że nikt nie odpowiada, więc się odwrócił.
Został sam.
Z oddali dochodził głos Lascellesa, zimny, leniwy i niepowtarzalny. Słyszał też jednego ze służących, a potem Lucasa. Jednakże hałasy stopniowo cichły. Tupot stóp służących, biegających od drzwi do drzwi, też ustał.
Zapadła cisza.
Rozdział dwudziesty
Dwie lady Pole
połowa lutego 1817
— No, tego się nie spodziewałem! — oświadczył Lascelles.
Wraz ze służącymi stał pod północną ścianą jadalni — pod tą samą ścianą, w którą przed momentem z całkowitym spokojem wszedł pan Norrell. Lascelles wyciągnął rękę i dotknął ściany — była idealnie jednolita. Nacisnął, ale nawet nie drgnęła.
— Myślicie, że zrobił to specjalnie? — zamyślił się jeden ze służących.
— Nie sądzę, by teraz miało to znaczenie — odparł Lucas. — Poszedł i w tej chwili jest z panem Strange’em.
— Równie dobrze mógł iść do samego diabła! — dodał Lascelles.
— Co się teraz stanie? — zapytał inny służący. Nikt nie odpowiedział. Każdy oczyma wyobraźni widział wielką bitwę magów, pana Norrella miotającego czarodziejskie kule armatnie, Strange’a wzywającego diabły, by zabrały pana Norrella. Nasłuchiwali odgłosów walki. Nic nie usłyszeli.
W sąsiednim pokoju rozległ się krzyk. Jeden ze służących otworzył drzwi do salonu i ujrzał po drugiej stronie pokój śniadaniowy. Za pokojem śniadaniowym znajdował się pokój dzienny pana Norrella, a za nim gotowalnia. Układ pokojów wrócił do normy — labirynt został rozpracowany.
Poczuli wielką ulgę. Służący natychmiast porzucili Lascellesa i udali się do kuchni, naturalnego schronienia i miejsca odpoczynku ludzi z ich klasy. Lascelles natomiast usiadł samotnie w pokoju dziennym pana Norrella. Planował pozostać tam do powrotu gospodarza. A gdyby pan Norrell nie powrócił, Lascelles mógł poczekać na Strange’a i go zastrzelić. „W końcu czym jest mag w starciu z ołowiana kulą? — pomyślał. — Między strzałem a rozerwaniem serca nie ma czasu na rzucanie zaklęć”.
Takie myśli jednak przynosiły mu zaledwie chwilowe ukojenie. Dom był zbyt cichy, ciemność zbyt magiczna. Lascelles miał świadomość, że służący zgromadzili się w jednym miejscu, dwaj magowie, wyprawiający nie wiadomo co, w innym, a on, całkiem sam, przebywał jeszcze gdzie indziej. W kącie pokoju stał stary zegar szafkowy. Była to ostatnia pamiątka z rodzinnego domu pana Norrella w Yorku. Czasomierz ten, podobnie jak inne, w chwili przybycia Strange’a wskazał północ. Nie zrobił jednak tego ochoczo — bardzo gwałtownie protestował przeciwko takiemu rozwojowi wypadków. Jego tykanie było nieregularne: zachowywał się, jakby był pijany albo w malignie, a od czasu do czasu wydawał dźwięk przypominający świst powietrza wciąganego do płuc. Za każdym razem gdy to robił, Lascelles miał wrażenie, że do pokoju wszedł Strange i zamierza coś powiedzieć.
Wstał i powlókł się do kuchni.
Kuchnia w opactwie Hurtfew przypominała kryptę wielkiego kościoła, pełną klasycznych aniołów i klasycznego mroku. Na środku pomieszczenia płonęło wiele łojowych świec i siedzieli tu wszyscy służący, których Lascelles już widział, i sporo takich, których nie widział. Oparł się o kolumnę na szczycie schodków.
Lucas spojrzał na niego.
— Zastanawiamy się, co robić, proszę pana — powiedział. — Wyjdziemy za pół godziny. Nie pomożemy panu Norrellowi, pozostając tutaj, a może nas spotkać coś złego. Tak właśnie postanowiliśmy, ale chętnie wysłuchamy pańskiej opinii.
— Mojej opinii?! — wykrzyknął Lascelles. Rozejrzał się ze zdumieniem, tylko częściowo udawanym. — Po raz pierwszy w życiu lokaj pyta mnie o opinię. Bardzo dziękuję, ale chyba zrezygnuję z udziału w tej… — zadumał się, po czym wypowiedział najbardziej plugawe słowo, jakie mu przyszło do głowy: — …demokracji.
— Jak pan sobie życzy — powiedział Lucas łagodnie.
— W Anglii musi już być dzień — odezwała się jedna z pokojówek, patrząc tęsknie na okna pod sufitem.
— Przecież jesteśmy w Anglii, głupia dziewczyno! — oznajmił Lascelles.
— Nie, proszę pana, za pozwoleniem — zauważył Lucas. — Anglia to normalne miejsce. Davey, ile zajmie ci osiodłanie koni?
— Och! — wykrzyknął Lascelles. — Muszę przyznać, że nie brak wam tupetu, skoro dyskutujecie o swym złodziejstwie w mojej obecności! Co? Myślicie, że nie będę świadczył przeciwko wam? Wręcz przeciwnie, chętnie ujrzę was na stryczku.
Niektórzy ze służących nerwowo zerkali na pistolety w dłoniach Lascellesa. Lucas jednak go zignorował.
Wkrótce służący uzgodnili, że ci, którzy mają w sąsiedztwie przyjaciół lub krewnych, pojadą do nich. Reszta uda się na rozmaite farmy na terenie posiadłości pana Norrella.
— Widzi pan, nikt nic nie kradnie — powiedział Lucas do Lascellesa. — Nikt nie jest złodziejem. Cała własność pana Norrella pozostanie na tej ziemi, a my zadbamy o jego konie. Byłoby strasznym okrucieństwem zostawiać jakiekolwiek stworzenia w tej wiecznej ciemności.
Po pewnym czasie służący opuścili Hurtfew (choć nie dało się określić, kiedy dokładnie — ich kieszonkowe zegarki również wskazywały północ). Z koszykami i walizkami w rękach oraz chlebakami na plecach prowadzili konie za uździenice. Zabrali też dwa osiołki i kozę, które od zawsze mieszkały w stajni, gdyż konie lubiły ich towarzystwo. Lascelles szedł w pewnej odległości za służbą: nie chciał, by ktoś uznał go za członka tej hołoty, ale i nie zamierzał pozostawać samotnie w domu.
Dziesięć metrów przed rzeką wymaszerowali z ciemności w poranek. W powietrzu pojawiło się mnóstwo zapachów — aromatów zimy, ściętej mrozem ziemi i pobliskiej rzeki. Barwy i kształty parku wydawały się bardziej wyraziste, jakby przez noc Anglię stworzono na nowo. Dla biednych służących, którzy mieli wątpliwości, czy kiedykolwiek ujrzą jeszcze cokolwiek poza ciemnością i gwiazdami, był to niesłychanie miły widok.
Ich zegarki zaczęły chodzić i po konsultacji ustalili, że jest za piętnaście ósma.
Ale niepokoje nocy jeszcze nie minęły. Teraz na drugą stronę rzeki prowadziły aż dwa mosty, a nie jeden, jak dotychczas.