Lascelles dołączył do reszty.
— Co to takiego? — zapytał, — wskazując na nowy most.
Stary służący — człowiek z brodą jak miniaturowa chmura przyczepiona do podbródka — powiedział, że to elfi most. Widział go za młodu. Zbudowano go wiele lat temu, gdy hrabstwem York rządził jeszcze John Uskglass. Most popadł w ruinę i został rozebrany przez stryja pana Norrella.
— Ale znów tu jest — Lucas zadrżał.
— Co leży po drugiej stronie? — spytał Lascelles. Stary sługa powiedział, że dawniej most prowadził do Northallertonu przez bardzo dziwaczne miejsca.
— Czy dojdzie do drogi, którą mijaliśmy nieopodal Czerwonego Domu? — chciał wiedzieć Lascelles.
Stary służący pokręcił głową. Nie wiedział. Lucas zaczynał tracić cierpliwość — chciał się znaleźć jak najdalej stąd.
— Elfie drogi nie przypominają naszych, chrześcijańskich — powiedział. — Czasem wcale nie prowadzą tam, dokąd powinny. Jakie to ma znaczenie? I tak nikt nie postawi nogi na tej przeklętej drodze.
— Dziękuję, ale pozwolisz, że w tej materii sam zdecyduję. — Lascelles zawahał się, po czym ruszył prosto na elfi most.
Kilkoro służących zawołało za nim, by wracał.
— A niechże idzie! — wykrzyknął Lucas i mocniej ścisnął rączkę koszyka, w którym siedział jego kot. — Niech będzie potępiony, skoro tego pragnie. Na pewno na to zasłużył. — Po raz ostatni ze szczerą odrazą popatrzył na Lascellesa i ruszył wraz z innymi do parku.
Za nim czarny słup wznosił się na tle szarego nieba północy; nikt nie widział jego wierzchołka.
Trzydzieści kilometrów dalej Childermass przejeżdżał przez most towarowy, który wiódł do wioski Starecross. Kiedy dojechał do Starecross Hall, zeskoczył z konia.
— Ejże! Ejże! — Załomotał w drzwi batem. Kilka razy krzyknął i wymierzył drzwiom parę energicznych kopniaków.
Natychmiast pojawiło się dwóch służących. Walenie i wrzaski mocno ich zaniepokoiły, a kiedy unieśli świece i ujrzeli, że przybyszem jest rzezimieszek o dzikim spojrzeniu, z raną na twarzy i w pokrwawionej koszuli, poczuli się jeszcze niepewniej.
— Nie gapcie się na mnie! — powiedział. — Idźcie po swojego pana. Zna mnie.
Dziesięć minut później przyprowadzili pana Segundusa w szlafroku. Childermass, czekając niecierpliwie pod drzwiami, widział, że gdy pan Segundus szedł korytarzem, miał zamknięte oczy i dawał się prowadzić służącemu. Wyglądał jak człowiek, który oślepł. Sługa zatrzymał się tuż przed Childermassem, a wtedy pan Segundus otworzył oczy.
— Dobry Boże, drogi panie! — wykrzyknął. — Co się stało z pańską twarzą?!
— Ktoś pomylił ją z pomarańczą. Ale co z panem? Co się dzieje? Choruje pan?
— Nie, to nie choroba. — Pan Segundus wydawał się zakłopotany. — To przebywanie w takiej bliskości silnej magii. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że to osłabia. To znaczy kogoś, kto jest na to podatny. Na szczęście nie wpływa na służących.
Była w nim dziwna delikatność. Sylwetka pana Segundusa zdawała się namalowana w powietrzu. Najsłabszy podmuch wiatru ze szpary w oknie sprawiał, że jego włosy się poruszały, splatały i skręcały, jakby nic nie ważyły.
— Pewnie przyjechał pan w tej sprawie — ciągnął. — Proszę przekazać panu Norrellowi, że tylko badam przejawy tej magii. Przyznaję, że sporządziłem kilka notatek, ale naprawdę nie powinien narzekać.
— Jakiej magii? — spytał Childermass. — O czym pan mówi? I nie musi się już pan przejmować panem Norellem. Ma własne problemy i nic nie wie o tym, że tu jestem. Co pan robił, drogi panie?
— Tylko patrzyłem i spisywałem jak na maga przystało. — Pan Segundus pochylił się ku niemu. — I doszedłem do zdumiewających wniosków w związku z chorobą lady Pole!
— Tak?
— Moim zdaniem to wcale nie jest szaleństwo. To magia! — Pan Segundus czekał, aż Childermass się zdumieje. Wydawał się rozczarowany, kiedy gość ledwie skinął głową.
— Mam coś, co należy do lady Pole — powiedział Childermass. — Coś, czego jej od dawna brakowało. Dlatego bardzo pana proszę, by wyświadczył mi pan przysługę i pozwolił z nią porozmawiać.
— Ale…
— Nie uczynię jej krzywdy. Myślę, że będę mógł jej pomóc. Przysięgam na ptaka i księgę. Na ptaka i księgę.
— Nie mogę pana do niej zaprowadzić. — Pan Segundus uniósł rękę, by uprzedzić ewentualne protesty Childermassa. — Co nie znaczy, że nie chcę. Nie mogę. Charles się tym zajmie. — Wskazał sługę u swego boku.
Wydawało się to zdumiewające, ale Childermass nie był w nastroju do dyskusji. Pan Segundus złapał sługę za ramię i zamknął oczy.
Za kamiennymi, wyłożonymi dębem korytarzami Starecross Hall pojawiła się wizja innego domu. Childermass widział wysokie korytarze, które ciągnęły się, nie wiadomo dokąd.
Wyglądało to tak, jakby do magicznej latarni wsunięto dwa przezrocza, przez co jeden obraz nakładał się na drugi. Wrażenie wędrowania jednocześnie przez obydwa domy szybko wywoływało uczucie zbliżone do choroby morskiej. Myśli Childermassa plątały się coraz bardziej i gdyby był sam, wkrótce straciłby orientację. Nie potrafił powiedzieć, czy idzie, czy też spada, czy wspina się na stopień, czy też wdrapuje po nieprawdopodobnie wysokich schodach. Niekiedy zdawało mu się, że skacze po brukowych kamieniach, lecz jednocześnie tkwił w miejscu. Kręciło mu się w głowie i miał mdłości.
— Dość! Dość! — wykrzyknął i z zamkniętymi oczami osunął się na ziemię.
— Bardzo na pana działa — zauważył pan Segundus. — Nawet mocniej niż na mnie. Proszę zamknąć oczy i ująć mnie za ramię. Charles zaprowadzi nas obu.
I szli przed siebie po omacku. Charles skręcił z nimi za prawy róg i powiódł ich w górę schodów. Na ich szczycie pan Segundus zaczął z kimś rozmawiać przyciszonym głosem. Charles lekko popchnął Childermassa, który miał wrażenie, że wszedł do pokoju. Pachniało tu czystą pościelą i suszonymi różami.
— To osoba, z którą mam się spotkać? — rozległ się damski głos. Było w nim coś dziwnego, jakby jednocześnie dobiegał z dwóch miejsc, jakby w pokoju było echo. — Znam tego człowieka! To sługa maga! To…
— Jestem Człowiekiem, którego pani postrzeliła — powiedział Childermass i otworzył oczy.
Ujrzał nie jedną kobietę, lecz dwie. A może należałoby raczej powiedzieć, że ujrzał tę samą kobietę, lecz podwojoną. Obie siedziały w takiej samej pozie i na niego patrzyły.
Zajmowały tę samą przestrzeń, więc spoglądając na nie, znów miał zawroty głowy jak podczas wędrówki po korytarzach.
Jedna lady Pole siedziała w domu w hrabstwie York. Miała na sobie dzienną suknię o barwie kości słoniowej i patrzyła na Childermassa ze spokojną obojętnością. Druga lady Pole była bledsza, bardziej przypominała ducha. Siedziała w ponurym, pełnym labiryntów domu, ubrana w wieczorową suknię koloru krwi. W ciemnych włosach miała klejnoty lub gwiazdy i patrzyła na gościa z furią i nienawiścią.
Pan Segundus pociągnął Childermassa na prawo.
— Niech pan tu stanie! — powiedział z ożywieniem. — A teraz proszę zamknąć jedno oko! Widzi pan? Proszę patrzeć. Czerwono-biała róża tam, gdzie powinny być usta.
— Magia działa na nas inaczej — odparł Childermass. — Widzę coś bardzo dziwnego, lecz nie różę.
— Przybycie tutaj to śmiały wyczyn — powiedziały obie lady Pole do Childermassa. — Zważywszy na to, kim pan jest i kogo reprezentuje.