Выбрать главу

— Nie przyjechałem w sprawach pana Norrella. Prawdę mówiąc, teraz nie wiem, kogo reprezentuję. Chyba Jonathana Strange’a. Moim zdaniem wysłał mi wiadomość, która, jak sądzę, dotyczyła pani. Jednakże posłańcowi uniemożliwiono spotkanie ze mną, wiadomość zaginęła. Czy wie pani może, co pan Strange chciał mi przekazać?

— Tak — odparły obie lady Pole.

— Powie mi to pani?

— Jeśli przemówię, z moich ust wydobędzie się bełkot — oznajmiły.

Childermass wzruszył ramionami.

— Spędziłem ponad dwadzieścia lat w towarzystwie magów. Jestem przyzwyczajony. Proszę mówić.

Wobec tego zaczęła (zaczęły) mówić. Pan Segundus natychmiast wyciągnął z kieszeni szlafroka dziennik i zabrał się do sporządzania notatek. Jednak obie lady Pole mówiły różne rzeczy. Ta, która siedziała w Starecross Hall, przytoczyła opowieść o dziecku mieszkającym nieopodal Carlisle, a kobieta w sukni o barwie krwi najwyraźniej relacjonowała całkiem co innego. Miała zaciekły wyraz twarzy i podkreślała słowa zamaszystymi gestami, ale Childermass nie rozumiał, co mówiła; dama snująca opowieść o dziecku z Cumbrii zagłuszyła wszystko.

— Widzi pan! — wykrzyknął pan Segundus, skończywszy pisać. — Właśnie przez te dziwne opowieści uważają ją za szaloną. Ja jednak sporządziłem listę wszystkiego, co mi mówiła, i zacząłem wyszukiwać podobieństwa między tymi opowieściami a dawną wiedzą na temat elfów. Jestem pewien, że gdybyśmy się tym wnikliwie zajęli, odkrylibyśmy odniesienia do elfów mających bliskie związki ze śpiewającymi ptakami. Być może nie były one opiekunami ptaków. Zgodzi się pan, że to nieco zbyt jednostajne zajęcie dla tak nieodpowiedzialnej rasy. Niewykluczone jednak, że badały szczególny rodzaj magii, powiązanej z ptakami śpiewającymi. Jeden z elfów mógł nabrać ochoty, by przekonać łatwowierne dziecko, iż jest ptasim opiekunem.

— Być może — przyznał Childermass, nieszczególnie zainteresowany. — Ale nie to pragnęła nam powiedzieć. Przypominam sobie magiczne znaczenie róż. Symbolizują milczenie. Dlatego właśnie widzi pan czerwono-białą różę — to zaklęcie stłumienia.

— Zaklęcie stłumienia! — powtórzył pan Segundus zdumiony. — Tak, tak! Rozumiem. Czytałem o tym! Jak jednak cofniemy zaklęcie?

Childermass wyjął z kieszeni szkatułkę koloru rozpaczy.

— Lady Pole, proszę mi podać lewą rękę — powiedział.

Położyła swą bladą dłoń na pomarszczonej ręce Childermassa. Ten otworzył szkatułkę, wyjął palec i przyłożył go do pustego miejsca.

Nic się nie stało.

— Musimy znaleźć pana Strange’a — oświadczył pan Segundus. — Albo pana Norrella. Oni się tym zajmą!

— Nie. Nie ma potrzeby. Już nie. Ja i pan również jesteśmy magami, a Anglia pełna jest magii. Ile lat obaj studiowaliśmy magię? Musimy coś wiedzieć na ten temat. Może Odnowa i Odtworzenie Martina Pale’a?

— Znam formułę tego zaklęcia — przyznał pan Segundus. — Nigdy jednak nie praktykowałem magii.

— I nigdy pan nie będzie, jeśli pan nie spróbuje. Proszę czarować, drogi panie.

Pan Segundus posłuchał.

Palec wtopił się w dłoń i w tej samej chwili zniknęła wizja nie kończących się, przerażających korytarzy; obie kobiety na oczach Childermassa stały się jedną.

Lady Pole powoli wstała z fotela. Gwałtownie mrugała oczami jak ktoś, kto pierwszy raz widzi świat. Każdy mógł dostrzec, że się zmieniła. W jej ruchach było życie i ogień, oczy zalśniły wściekłym blaskiem. Uniosła pięści i wyglądała, jakby chciała kogoś uderzyć.

— Byłam zaklęta! — wykrztusiła. — Sprzedana za cenę kariery niegodziwca!

— Dobry Boże! — krzyknął pan Segundus. — Droga lady Pole…

— Proszę się opanować — przerwał mu Childermass. — Nie mamy czasu na błahostki. Niech pani mówi!

— Byłam martwa duszą i prawie martwa ciałem! — Z jej oczu trysnęły łzy, lady Pole uderzyła się pięścią w pierś. — Nie tylko ja! Inni — pani Strange i sługa mojego męża, Stephen Black — nadal cierpią!

Opowiedziała im o przerażających balach, okropnych procesjach, w których musiała brać udział, i dziwnej ułomności, która nie pozwalała ani jej, ani Stephenowi Blackowi opowiedzieć o swym losie. Pan Segundus i służący słuchali tych rewelacji z narastającym przerażeniem. Childermass nie okazywał żadnych emocji.

— Musimy napisać do gazet! — krzyknęła lady Pole. — Jestem zdecydowana publicznie ich zdemaskować!

— Kogo? — spytał pan Segundus.

— Magów, rzecz jasna! Strange’a i Norrella!

— Pana Strange’a? — wyjąkał pan Segundus. — Nie, nie, myli się pani. Droga lady Pole, proszę przez chwilę zastanowić się nad swoimi słowami. Nie zamierzam ani przez moment bronić pana Norrella, jego występek jest niewybaczalny! Ale pan Strange wcale pani nie skrzywdził, przynajmniej nie świadomie. Chyba on jest tu ofiarą, nie katem.

— Och, wręcz przeciwnie — odparła lady Pole. — Uważam, że jest znacznie gorszy od Norrella. Swą obojętnością i zimną męską magią zdradził najlepszą z kobiet, najdoskonalszą z żon!

Childermass wstał.

— Dokąd pan idzie? — spytał pan Segundus.

— Na poszukiwanie Strange’a i Norrella — odparł Childermass.

— Po co? — Lady Pole odwróciła się do niego. — By ich ostrzec? Żeby mogli się przygotować na zemstę niewiasty? Ach, jak ci mężczyźni się popierają!

— Nie, zamierzam zaoferować im pomoc przy uwolnieniu pani Strange i Stephena Blacka.

Lascelles szedł przed siebie. Ścieżka znikała między drzewami. Przy wejściu do lasu stał posąg kobiety trzymającej wyłupione oko i wyrwane serce — tak jak opisał Childermass. Z ciernistych drzew zwisały trupy w rozmaitych stadiach rozkładu.

Po chwili dotarł do wieży. Wcześniej wyobrażał sobie, że będzie to udziwnione, nieziemskie miejsce. „Doprawdy, wygląda bardzo zwyczajnie — pomyślał — jak zamki na granicy ze Szkocją”.

Wysoko na wieży było okienko, w którym dojrzał blask świecy i czyjś cień. Lascelles zauważył coś jeszcze, coś, czego Childermass albo nie widział, albo o czym nie wspomniał: drzewa pełne były stworzeń podobnych do węży, ciężkich i obwisłych. Jedno z nich właśnie pożerało w całości świeże mięsiste zwłoki.

Między drzewami a potokiem stał blady młodzian. Miał puste oczy i zroszone potem czoło. Lascellesowi wydawało się, że ubrany był w mundur lekkich dragonów.

— Kilka dni temu rozmawiał z tobą mój rodak — odezwał się do niego. — Wyzwałeś go na pojedynek, a on uciekł.

Był to ciemnowłosy, nieurodziwy mężczyzna. Człowiek o złych manierach, niskiego stanu.

Nawet jeśli młodzian rozpoznał po tym opisie Childermassa, nic nie dał po sobie poznać. Martwym głosem oznajmił:

— Jestem obrońcą Zamku Odjętego Serca i Oka. Wyzywam na pojedynek…

— Tak, tak! — wykrzyknął Lascelles niecierpliwie. — Nic mnie to nie obchodzi. Przybyłem tu walczyć. Zmazać plamę na honorze Anglii, uczynioną przez tchórzostwo tego człowieka.

Postać w oknie wychyliła się zainteresowana. Blady młodzieniec milczał.

Lascelles jęknął ze złością.

— Proszę bardzo. Pomyśl, jeśli chcesz, że zamierzam straszliwie skrzywdzić tę kobietę. Wszystko mi jedno! Pistolety?

Blady młodzieniec wzruszył ramionami.

Ponieważ nie mieli sekundantów, Lascelles oznajmił młodemu człowiekowi, że będą strzelali z dwudziestu kroków, i sam zmierzył odległość.

Zajęli pozycje i już mieli strzelać, gdy nagle coś przyszło do głowy Lascellesowi.

— Czekaj! — krzyknął. — Jak się nazywasz?