Выбрать главу

Młodzian patrzył na niego bezmyślnie.

— Nie pamiętam — powiedział.

Obaj wypalili w tym samym momencie. Lascelles odniósł wrażenie, że w ostatniej chwili młodzieniec odsunął pistolet i celowo strzelił obok. Lascellesa nic to nie obeszło: skoro młody człowiek był tchórzem, tym gorzej dla niego. Jego kula wystrzeliła z przyjemną precyzją i trafiła przeciwnika w klatkę piersiową. Patrzył na umierającego młodziana z takim samym zainteresowaniem i satysfakcją jak na konającego Drawlighta.

Powiesił trupa na najbliższym drzewie. Potem zabawiał się strzelaniem do gnijących ciał i węży. Zajmował się tą sympatyczną rozrywką zaledwie od godziny, gdy nagle usłyszał tętent kopyt na ścieżce. Z naprzeciwka, raczej z Faerie niż z Anglii, nadjeżdżała postać na ciemnym koniu.

Lascelles obrócił się na pięcie.

— Jestem obrońcą Zamku Odjętego Serca i Oka… — powiedział.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Popiół, perły, narzuta i pocałunek

połowa lutego 1817

Gdy Lucas i inni w pośpiechu opuszczali opactwo Hurtfew, Stephen ubierał się w swojej sypialni na poddaszu domu na Harley Street.

Londyn to miasto, w którym roi się od osobliwości, ale w tamtym czasie najbardziej zdumiewającym miejscem byl bez wątpienia pokoik Stephena. Zgromadziło się tu mnóstwo cennych, rzadkich lub cudownych rzeczy. Gdyby rząd albo panowie zarządzający Bankiem Anglii mogli jakoś przejąć zawartość sypialni Stephena, nie musieliby się już niczym kłopotać. Spłaciliby długi Wielkiej Brytanii, a z tego, co by im zostało, odrestaurowaliby Londyn. Dzięki dżentelmenowi o włosach jak puch ostu Stephen miał klejnoty koronne z licho wie jakich królestw i wyszywane szaty, które niegdyś należały do koptyjskich patriarchów. W doniczkach na parapecie nie było kwiatów, lecz wysadzane rubinami i perłami krzyże, oszlifowane kamienie i insygnia dawno nie istniejących zakonów rycerskich.

W kredensiku znajdował się fragment sufitu z Kaplicy Sykstyńskiej i kość udowa baskijskiej świętej. Kapelusz świętego Krzysztofa wisiał na kołku za drzwiami, a marmurowy posąg Wawrzyńca Wspaniałego dłuta Michała Anioła (do niedawna zdobiący grobowiec tego wielkiego człowieka we Florencji) zajmował większość podłogi.

Stephen golił się, zerkając do małego lusterka ustawionego na kolanie rzeźby, kiedy u jego boku wyrósł dżentelmen o włosach jak puch ostu.

— Mag powrócił do Anglii! — wrzasnął. — Widziałem go wczoraj na Królewskich Traktach. Ciemność otaczała go niczym mistyczna szata! Czego on chce? Co knuje? Och! Nadszedł mój koniec, Stephenie. Czuję to! On zamierza wyrządzić mi krzywdę!

Stephena przeszył dreszcz. Podniecony i zdenerwowany dżentelmen był szczególnie niebezpieczny.

— Powinniśmy go zabić! — oświadczył dżentelmen.

— Zabić? Och, nie!

— A czemu nie? Skończymy z nim raz na zawsze! Skrępuję mu ręce, oczy i język za pomocą magii, a ty przeszyjesz jego serce.

Stephen myślał gorączkowo.

— Ale jego powrót nie musi mieć nic wspólnego z panem — zauważył. — Proszę pomyśleć, ilu ma wrogów w Anglii. Wśród ludzi, naturalnie. Może powrócił, by toczyć spory z którymś z nich.

Dżentelmen nie wyglądał na przekonanego. Zawsze trudno mu było śledzić tok rozumowania, w którym nie grał pierwszych skrzypiec.

— Wątpię — powiedział.

— Ależ oczywiście! — Stephen poczuł się nieco pewniej. — W gazetach i czasopismach o magii wypisywano o nim okropne rzeczy. Krążą plotki, że zabił żonę. Wielu ludzi w to wierzy. Gdyby nie jego obecna sytuacja, najprawdopodobniej trafiłby do aresztu. Poza tym wszyscy wiedzą, że autorem tych kłamstw i wymysłów jest ten drugi mag. Prawdopodobnie Strange powrócił, by zemścić się na swym nauczycielu.

Dżentelmen wpatrywał się przez chwilę w Stephena. Potem wybuchnął śmiechem, a jego niespodziewana radość dorównywała wcześniejszemu przygnębieniu.

— Nie mamy się czego obawiać, Stephenie! — wykrzyknął z zachwytem. — Magowie się poróżnili i teraz czują do siebie nienawiść! A przecież jeden bez drugiego nic nie wart! Ależ mnie to cieszy! Ależ jestem szczęśliwy, że mnie uspokoiłeś! Tak się składa, że zamierzam ofiarować ci dziś wspaniały prezent. Coś, czego od dawna pragnąłeś.

— Naprawdę? — westchnął Stephen. — Będę zachwycony.

— Musimy jednak kogoś zabić. — Dżentelmen natychmiast powrócił do poprzedniego tematu. — Zdenerwowałem się dziś rano i ktoś za to zginie. Co powiesz na starego maga? Nie, czekaj! Tym samym wyświadczę przysługę młodszemu, a tego bym nie chciał! No to może mąż lady Pole? Jest wysoki, arogancki i traktuje cię jak sługę!

— Jestem sługą, panie.

— Albo króla Anglii! Tak jest, wyborny plan! Natychmiast ruszamy do króla Anglii. Zabijesz go i zostaniesz jego następcą! Masz berło, koronę i jabłko, które ci podarowałem?

— Prawo Wielkiej Brytanii nie pozwala… — zaczął Stephen.

— Prawo Wielkiej Brytanii! Fuj, fuj! Co za brednie! Myślałem, że w końcu zrozumiałeś, iż prawo Wielkiej Brytanii to jedynie świadectwo próżnych nadziei i marzeń ludzkości. Zgodnie z odwiecznymi prawami, jakich przestrzega moja rasa, króla zazwyczaj zastępuje osoba, która go zabiła.

— Ależ panie! Przecież polubił pan tego dżentelmena.

— Hm, rzeczywiście. Jednakże sprawa jest tak ważna, że nie będę brał pod uwagę swych uczuć. Problem polega na tym, że mamy zbyt wielu wrogów, Stephenie! Anglię zamieszkuje mnóstwo niegodziwców! Wiem! Poproszę niektórych sojuszników, by zdradzili nam, kto jest mym największym wrogiem. Musimy zachować ostrożność. Musimy być sprytni i precyzyjnie sformułować pytanie. Poproszę północny wiatr i brzask, by natychmiast zaprowadziły mnie przed oblicze jednej jedynej osoby w Anglii, która najbardziej mi zagraża. Potem ją zabijemy, niezależnie od tego, kim jest. Zauważ, Stephenie, że choć odniosłem się do swojego życia, uważam twój los i mój za tak powiązane, że właściwie nie ma między nami żadnej różnicy. Ktokolwiek zagraża mnie, zagraża również tobie. A teraz weź swą koronę, jabłko i berło i pożegnaj się z miejscem, które było świadkiem twego zniewolenia! Być może nigdy już go nie ujrzysz!

— Ale…

Było jednak za późno. Dżentelmen uniósł smukłe blade dłonie i dramatycznie rozpostarł ramiona. Stephen spodziewał się, że zaraz trafi przed oblicze jednego bądź drugiego maga albo obu naraz. Jednakże znaleźli się na szerokim, pustym wrzosowisku przysypanym śniegiem. Z chwili na chwilę śniegu przybywało. Po jednej stronie ziemia wznosiła się i stykała z ciężkim stalowoszarym niebem; po drugiej w oddali piętrzyły się zamglone białe wzgórza. W całej tej pustce rósł tylko jeden poskręcany głóg. Stephen pomyślał, że miejsce to bardzo przypomina okolice Starecross Hall.

— Cóż, to bardzo dziwne! — oświadczył dżentelmen. — Nikogo nie widzę, a ty?

— Nie, panie, nikogo — odparł Stephen z ulgą. — Wracajmy do Londynu.

— Nie rozumiem… Czekaj… Tam ktoś jest!

Mniej więcej kilometr dalej rozciągał się chyba gościniec, którym jechał wóz ciągnięty przez konia. Kiedy zrównał się z głogiem, zahamował i ktoś wysiadł, po czym ciężkim krokiem ruszył w ich kierunku.

— Znakomicie! — krzyknął dżentelmen. — Teraz przekonamy się, kto jest naszym najpotężniejszym i najniegodziwszym wrogiem. Wkładaj koronę, Stephenie! Niech zadrży przed naszą mocą i majestatem! Doskonale! Unieś berło! Tak, tak! Wyciągnij jabłko! Ależ pięknie wyglądasz! Jak królewsko! Stephenie, ponieważ mamy mało czasu przed jego nadejściem… — dżentelmen zerknął na sylwetkę, brnącą przez zasypane śniegiem wrzosowisko — …muszę ci coś jeszcze powiedzieć. Który dzisiaj jest?