Выбрать главу

— Piętnasty lutego, panie. Dzień świętego Antoniego.

— Ha! To dopiero drętwy patron! Cóż, w przyszłości mieszkańcy Anglii będą mogli w tym dniu czcić coś innego niż życie mnicha, który chroni przed deszczem i odszukuje zagubione naparstki.

— Czyżby panie? A co takiego?

— Imieniny Stephena Blacka!

— Słucham, panie?

— Mówiłem ci, Stephenie, że odnajdę twe prawdziwe imię!

— Co? Czy matka naprawdę nadała mi imię?

— O tak, w rzeczy samej. Jest tak, jak przypuszczałem, co mnie szczególnie nie dziwi, gdyż rzadko mylę się w takich sprawach. Nadała ci imię we własnym języku. Imię, które w młodości wiele razy słyszała wśród swych rodaków. Nazwała cię, lecz nie zdradziła nikomu twego imienia. Nawet nie wyszeptała go tobie do ucha. Nie miała na to czasu, gdyż śmierć ją zaskoczyła.

Oczyma duszy Stephen zobaczył ciemną, zatęchłą ładownię statku i matkę zmęczoną bólami porodowymi, otoczoną obcymi ludźmi. Zobaczył także siebie, maleńkiego noworodka. Czy matka w ogóle posługiwała się językiem, którym mówili ludzie na statku? Nie miał pojęcia. Jak musiała się czuć samotnie! Wiele by dał, by mocją pocieszyć, ale dzieliły ich wszystkie lata jego życia. Serce znów mu stwardniało na myśl o Anglikach. Jeszcze kilka minut wcześniej żarliwie przekonywał dżentelmena, by ten nie zabijał Strange’a, ale cóż go obchodziło, co się stanie z jakimś Anglikiem? Cóż go obchodziło, co się stanie z całym tym zimnym, bezdusznym narodem?

Wzdychając, odsunął od siebie te myśli i zorientował się, że dżentelmen wciąż mówi.

— …to bardzo budująca historia i ukazuje moje atuty, a mianowicie poświęcenie dla innych, wierną przyjaźń, szlachetność celu, bystrość, pomysłowość i odwagę.

— Słucham, panie?

— Opowiem ci historię odnalezienia twego imienia, Stephenie! Wiedz zatem, że twa matka zmarła w ładowni statku „Penlaw”, który płynął z Jamajki do Liverpoolu. Następnie angielscy marynarze rozebrali ją do naga i cisnęli do morza — dodał dżentelmen rzeczowo.

— Ach! — jęknął Stephen.

— Jak się zapewne domyślasz, to znacznie utrudniło poszukiwanie twego imienia. Po prawie czterdziestu latach po twej matce pozostały cztery rzeczy: jej krzyki w trakcie porodu, które wtopiły się w deski statku, i jej kości, gdyż ciało i miękkie części zostały pożarte przez ryby…

— Ach! — ponownie jęknął Stephen.

— …jej uszyta z różowej bawełny suknia, która przeszła na własność marynarza, oraz pocałunek, który dwa dni wcześniej skradł jej kapitan statku. A teraz — dodał dżentelmen (który najwyraźniej znakomicie się bawił) — będziesz mógł wysłuchać, z jaką bystrością i finezją prześledziłem drogę każdej z tych rzeczy, by je odzyskać i odgadnąć twe znamienite imię! „Penlaw” przypłynął do Liverpoolu, gdzie niegodziwy dziadek niegodziwego męża lady Pole wysiadł wraz ze swym sługą, który niósł ciebie, niemowlę, w ramionach. Podczas następnej podróży do Leith w Szkocji „Penlaw” trafił na sztorm i się rozbił. Fale wyrzuciły na skaliste wybrzeże drzewce masztu i fragmenty roztrzaskanego kadłuba, a wśród nich znalazły się deski pełne krzyków twojej matki. Zebrał je pewien biedak, by zrobić z nich dach i ściany swego domu. Bez trudu odnalazłem ten budynek. Stał na wietrznym cyplu, skąd rozciągał się widok na wzburzone morze. W domu, w skrajnej nędzy i poniżeniu, mieszkało kilka pokoleń rodziny tego biedaka. Musisz wiedzieć, Stephenie, że drewno jest uparte i dumne z natury, niechętnie zdradza informacje nawet przyjaciołom. Zawsze lepiej dogadywać się z popiołami niż z samym drewnem. No to spaliłem dom tego biedaka, popioły zebrałem do butelki i wyruszyłem w dalszą drogę.

— Spalił pan?! Mam nadzieję, że nikt nie ucierpiał…

— No cóż, niektórzy ucierpieli. Młodzi, silni mężczyźni uciekli, ale starsi i niedołężni członkowie rodziny oraz kobiety i niemowlęta poszli z dymem.

— Och!

— Potem prześledziłem historię kości. Chyba wspominałem już, że twoja matka trafiła do oceanu, gdzie z powodu prądów morskich i żarłoczności ryb z ciała zostały kości, z kości proch. Wkrótce ławica ostryg zmieniła proch w kilka garści wyjątkowo pięknych pereł. Perły te zebrano i sprzedano paryskiemu jubilerowi, a on stworzył naszyjnik z pięciu idealnych sznurów. Naszyjnik trafił do pięknej francuskiej hrabiny. Siedem lat później hrabinę ścięto, a jej klejnoty, suknie i rzeczy osobiste przeszły na własność jednego z przywódców rewolucji. Ten niegodziwiec był do niedawna burmistrzem pewnego miasteczka w dolinie Loary. Późną nocą czekał, aż jego służba uda się na spoczynek, potem wkładał klejnoty i suknie hrabiny, a następnie paradował w nich przed wielkim lustrem. Właśnie w takich okolicznościach natknąłem się nań pewnej nocy; wyglądał idiotycznie. Od razu go udusiłem naszyjnikiem z pereł.

— Och!

— Zabrałem perły, zostawiłem nieszczęsnego trupa na ziemi i odszedłem. Potem zająłem się ładną różową suknią twej matki. Marynarz, który ją zabrał, trzymał ją wśród swych rzeczy przez rok czy dwa, aż trafił do zimnej, nieszczęsnej wioski na wschodnim wybrzeżu Ameryki. Wioska zwała się Piper’s Grave. Tam poznał szczupłą, wysoką kobietę i chcąc zrobić na niej wrażenie, podarował jej tę suknię w prezencie. Suknia na nią nie pasowała (twoja matka, Stephenie, miała uroczo zaokrągloną kobiecą figurę), ale spodobał się jej kolor, więc pocięła ją, zszyła kawałki z innymi tanimi materiałami i zrobiła z nich narzutę. Dalsza historia tej kobiety nie jest zbyt ciekawa — poślubiła kilku mężczyzn i wszystkich pochowała. Gdy ją odnalazłem, była stara i pomarszczona. Zabrałem jej narzutę, kiedy spała. — Ale nie zabił pan tej kobiety, prawda? — spytał Stephen z niepokojem.

— Nie, Stephenie. Po co? Naturalnie noc była zimna, spadł ponad metr śniegu i szalał wiatr. Być może zmarła z zimna, kto wie. Ale dochodzimy w końcu do pocałunku i kapitana, który skradł go twojej matce.

— Zabił go pan?

— Nie, Stephenie, choć z pewnością bym to zrobił za obrazę twej szacownej matki, jednak kapitana powieszono w Yaletcie dwadzieścia dziewięć lat temu. Na szczęście całował mnóstwo innych młodych kobiet przed śmiercią, więc czystość i siła pocałunku twojej matki wniknęła w ich ciała. Musiałem je tylko odnaleźć i wyekstrahować to, co z niego pozostało.

— Jak pan to zrobił? — spytał Stephen, choć obawiał się, że aż nazbyt dobrze zna odpowiedź.

— Och, to łatwe, jeśli zgładzi się kobiety.

— Tyle osób zginęło tylko po to, by odnalazło się moje imię — westchnął Stephen.

— Z radością zabiłbym i dwa razy tyle — nie, sto razy tyle, nawet więcej — tak wielką miłością cię darzę, Stephenie. Z prochów, które były jej krzykiem, pereł, które były jej kośćmi, narzuty, która była jej suknią, i magicznej esencji jej pocałunku mogłem odkryć twe imię. Teraz, jako twój najlepszy przyjaciel i najszlachetniejszy dobroczyńca, wypow… Och, idzie nasz wróg! Gdy tylko go zabijemy, zdradzę ci twe imię. Uważaj, Stephenie, lada moment rozpocznie się magiczna bitwa! Zapewne będę musiał przybrać różne formy — bazyliszków, ściętej głowy i krwawych kości, ognistych deszczów i tak dalej, i tak dalej. Może lepiej się cofnij.

Nadciągał nieznajomy — cienki jak suchy patyk, o nieco jastrzębiej, pooranej zmarszczkami twarzy. Jego ubranie było w strzępach, buty podarte i pełne dziur.

— No cóż — odezwał się dżentelmen po chwili. — Jestem doprawdy zdumiony! Czy kiedykolwiek widziałeś tego człowieka, Stephenie?