— Co? Nie. De Chepe’a.
— De Chepe’a! Coś podobnego! — Po raz pierwszy Strange popatrzył prosto na swego nauczyciela. — Zawsze uważałem, że to trzeciorzędny uczony bez żadnej oryginalnej myśli w głowie.
— Nigdy nie był ulubieńcem osób, które mają inklinacje do bardziej spektakularnych efektów — powiedział pan Norrell nerwowo, niepewny, jak długo potrwa ta uprzejmość Strange’a. — Interesowały go labirynty, magiczne przejścia, zaklęcia, które można modyfikować za pomocą określonych kroków i obrotów, tego typu sprawy. We Wskazówkach Belasisa jest długi opis jego magii… — Umilkł. — Nigdy pan ich nie czytał. Jedyny egzemplarz znajduje się w tej bibliotece. — Wskazał palcem i uświadomił sobie, że półka jest pusta. — Może być na podłodze — dodał. — W tym stosiku.
— Zaraz zobaczę — zapewnił go Strange.
— Pański labirynt też robi wrażenie — dodał pan Norrell. — Przez pół nocy usiłowałem się wydostać.
— Och, zrobiłem to, co zwykle w takich okolicznościach — odparł Strange swobodnie. — Naśladowałem pana i dodałem kilka ulepszeń. Ile czasu minęło?
— Co takiego?
— Jak długo przebywam w ciemności?
— Od początku grudnia.
— A jaki mamy teraz miesiąc?
— Luty.
— Trzy miesiące! — krzyknął Strange. — Trzy miesiące! A ja myślałem, że minęły lata!
Pan Norrell wielokrotnie wyobrażał sobie tę rozmowę. Zawsze widział oczyma duszy rozzłoszczonego i żądnego zemsty Strange’a i samego siebie, jak wysuwa rozmaite ważkie argumenty na swoje usprawiedliwienie. Teraz gdy w końcu się spotkali, beztroska Strange’a wydawała się zadziwiająca. Ból, który Norrell od dawna czuł w swej małej, skurczonej duszy, znów się przebudził, wyciągnął pazury i wbił je w maga. Ręce pana Norrella zaczęły drżeć.
— Byłem pańskim wrogiem! — wybuchnął mag. — Zniszczyłem pańską książkę, zostawiłem tylko jeden egzemplarz dla siebie! Oczerniałem pana, spiskowałem przeciwko panu! Lascelles i Drawlight opowiadali wszystkim, że zamordował pan żonę! Pozwalałem, by ludzie w to wierzyli!
— Tak — powiedział Strange.
— Przecież to straszne występki! Dlaczego nie jest pan zły?
Strange chyba uznał pytanie za całkiem rozsądne. Rozważał przez chwilę odpowiedź.
— Pewnie dlatego, że od naszego ostatniego spotkania tyle się wydarzyło. Zmieniłem się w drzewa, rzeki, wzgórza i kamienie. Rozmawiałem z gwiazdami, ziemią i wiatrem. Nie można być kanałem, przez który płynie cała angielska magia, i pozostać sobą. Uważa pan, że powinienem się złościć?
Pan Norrell skinął głową. Strange uśmiechnął się ironicznie, jak dawniej.
— No to proszę się rozpogodzić! Wkrótce się rozzłoszczę. Niech pan cierpliwie czeka.
— Zrobił pan to wszystko po to, żeby mi popsuć szyki?
— Popsuć panu szyki? — powtórzył Strange ze zdziwieniem. — Ależ skąd! Zrobiłem to, by ocalić żonę!
Zapadła krótka cisza. Pan Norrell nie mógł spojrzeć uczniowi w oczy.
— Czego pan ode mnie chce? — spytał głucho.
— Tego, czego zawsze chciałem — pomocy.
— Żebym pomógł zdjąć zaklęcie?
— Tak.
Pan Norrell zastanawiał się przez chwilę.
— Setna rocznica rzucenia zaklęcia najlepiej wróży — powiedział. — Kilka rytuałów i procedur…
— Proszę wybaczyć — przerwał mu Strange z odrobiną dawnego sarkazmu w głosie — ale chyba miałem nadzieję na coś, co zadziała nieco szybciej.
— Śmierć tego, kto rzucił zaklęcie, rozwiązuje takie umowy, ale…
— Tak! Otóż to! — wykrzyknął Strange z ożywieniem. — Śmierć tego, kto rzucił zaklęcie! Często o tym myślałem w Wenecji. Mając do dyspozycji całą angielską magię, wielokrotnie mogłem go zabić. Strącić z wielkiej wysokości. Spopielić błyskawicą. Wznieść góry i przygnieść go nimi. Gdyby stawką była moja wolność, z pewnością bym zaryzykował. Chodziło jednak o wolność Arabelli, a gdybym spróbował i poniósł klęskę, gdybym zginął, jej los byłby przesądzony. Wobec tego zacząłem szukać innych rozwiązań. Uznałem, że na świecie, na wszystkich światach tylko jeden człowiek wie, jak pokonać mojego wroga. Tylko jeden człowiek mógłby mi doradzić, co zrobić. Uświadomiłem sobie, że nadszedł czas, bym z nim porozmawiał.
Pan Norrell wydawał się bardziej zaniepokojony niż zwykle.
— Och! Muszę jednak panu wyznać, że już nie uważam się za lepszego od pana. Może i dużo więcej czytałem, prawda, i służę pomocą, ale wcale nie mam pewności, że odniosę sukces.
— Co? — Strange zmarszczył brwi. — O czym pan mówi? Nie mam na myśli pana! Chodzi mi o Johna Uskglassa. Chcę, by mi pan pomógł sprowadzić Johna Uskglassa.
Pan Norrell oddychał ciężko. Powietrze zdawało się drżeć jak od niskich dźwięków. Pan Norrell był boleśnie świadom ciemności wokół siebie, nowych gwiazd i ciszy zatrzymanych zegarów. Ta wielka ponura chwila zdawała się trwać wiecznie, naciskać na niego, dławić go. Właśnie teraz łatwo było uwierzyć, że John Uskglass jest blisko, oddalony zaledwie o jedno zaklęcie; w głębokich cieniach kątów pokoju kryły się fałdy jego szaty, dym z dopalających się świec był krukiem wieńczącym jego hełm.
Strange’a jednak najwyraźniej nie imały się takie ontologiczne lęki. Pochylił się nieco.
— Bardzo proszę — wyszeptał z półuśmieszkiem na ustach. — Praca dla lorda Liverpoola jest strasznie nudna. Na pewno pan tak uważa. Niech inni magowie rzucają sobie zaklęcia chroniące klify i plaże. Niedługo będzie tych magów całkiem sporo! Pan i ja możemy dokonać czegoś nadzwyczajnego!
Znowu zapadła cisza.
— Boi się pan — powiedział Strange i odsunął się z niesmakiem.
— Boję się?! — wybuchnął pan Norrell. — Naturalnie, że się boję! Brak strachu byłby szaleństwem, absolutnym szaleństwem! Ale nie to budzi mój sprzeciw. Nic z tego nie wyjdzie. Cokolwiek pan pragnie dzięki temu zyskać, zawiedzie się pan. Nawet jeśli zdołamy go sprowadzić, Uskglass nie pomoże nam tak, jak sobie pan wyobraża. Królowie nie zaspokajają próżnej ciekawości, zwłaszcza ten król tego nie zrobi.
— Nazywa to pan próżną ciekawością? — spytał Strange.
— Nie, nie! — pośpieszył Norrell z wyjaśnieniami. — Wcale nie. Chciałem jedynie pokazać panu, co on pomyśli. Cóż go obchodzą dwie zaginione kobiety? Traktuje pan Johna Uskglassa jak zwykłego człowieka. To znaczy człowieka pańskiego lub mojego pokroju. On wychował się i uczył w Faerie. Zasady obowiązujące w brugh są dla niego czymś naturalnym. W większości brugh mieszkali pojmani chrześcijanie, choćby on sam. Dla niego nie będzie to nic niezwykłego. Nie zrozumie.
— Zatem mu to wyjaśnię. Drogi panie, żeby ocalić żonę, zmieniłem Anglię. Zmieniłem świat. Nie zrezygnuję z wezwania jednego człowieka, choćby był nie wiem jak potężny. Drogi panie! Nie ma sensu się o to sprzeczać. Najpierw należy go sprowadzić. Od czego zaczniemy?
Pan Norrell westchnął.
— To nie jest wzywanie byle kogo. Istnieją trudności ściśle powiązane z magią dotyczącą Johna Uskglassa.
— Czyli?
— Nie wiemy na przykład, jak go nazwać. Zaklęcia przywołania wymagają bardzo rozważnego użycia nazwiska. Jedne z tych, którymi nazywaliśmy Johna Uskglassa, nigdy nie było jego prawdziwym. Podobno został porwany do Faerie, zanim go ochrzczono, i tak stał się dzieckiem bez imienia w brugh. „Bezimienny niewolnik”, między innymi tak właśnie nazywał sam siebie. Rzecz jasna, elfy nadały mu imię, ale odrzucił je po powrocie do Anglii. I choć miał tyle imion — Król Kruków, Czarny Król, Król Północy — on sam tak siebie nie nazywał.