— Tak, tak! — przerwał Strange niecierpliwie. — Wiem o tym! Ale John Uskglass to chyba jego prawdziwe nazwisko?
— Ależ skąd! Tak nazywał się młody arystokrata, który, jeśli się nie mylę, umarł latem 1097 roku. Król, czyli nasz John Uskglass, twierdził, że człowiek ten był jego ojcem, ale wielu ludzi uważało, że nie łączyło ich żadne pokrewieństwo. Nie sądzę, by ten chaos nazwisk i tytułów był przypadkowy. Król wiedział, że zawsze będzie przyciągał uwagę innych magów, i zabezpieczył się przed ich natarczywością, celowo czyniąc ich zaklęcia przyzywające bezużytecznymi.
— No to co mam robić? — Strange strzelił palcami. — Niech mi pan coś doradzi!
Pan Norrell zamrugał oczami. Nie był przyzwyczajony do tak szybkiego myślenia.
— Gdybyśmy użyli zwykłego angielskiego zaklęcia przywołania — a upierałbym się właśnie przy nim, nie da się go ulepszyć — powinniśmy sprawić, żeby jego część pomogła nam dokonać rozpoznania. Będziemy potrzebowali wysłannika, ścieżki i podarku. Jeśli wybierzemy narzędzia, które już znają króla, i to blisko, nie będzie miało znaczenia, czy nazwiemy go właściwie. I tak go znajdą i skłonią do przybycia, bez naszej pomocy. Rozumie pan? — Mimo przerażenia pan Norrell bardzo się ożywił perspektywą magii — nowej magii — odprawianej w towarzystwie pana Strange’a. — Ten dom powstał na ziemi króla, z kamieni z opactwa króla. Niespełna dwieście metrów od tego pomieszczenia biegnie rzeka. Często niosła na swych wodach króla w królewskiej barce. W ogródku warzywnym rosną grusza i jabłoń, pochodzące w prostej linii od roślin wyrosłych z pestek wyplutych przez króla pewnego letniego wieczoru w ogródku opata. Niechże kamienie z dawnego opactwa będą naszym wysłannikiem. Niech rzeka będzie naszą drogą. Niech przyszłoroczne jabłka i gruszki z tych drzew będą naszym podarkiem. Wtedy możemy nazwać go królem. Te kamienie, ta rzeka, te drzewa nie znają innego monarchy!
— Dobrze — powiedział Strange. — A jakie zaklęcie pan poleca? Czy jest coś u Belasisa?
— Tak, trzy zaklęcia.
— Warto je wypróbować?
— Raczej nie. — Pan Norrell otworzył szufladę i wyciągnął z niej kartkę. — To najlepsze zaklęcie, jakie znam. Nie mam w zwyczaju stosować zaklęcia przywołania, ale gdybym miał, użyłbym właśnie tego. — Podał je Strange’owi.
Kartka pokryta była drobnym, schludnym pismem pana Norrella. Na górze napisano: „Zaklęcie przywołania pana Strange’a”.
— Właśnie za pomocą tego zaklęcia wezwał pan Marię Absalom — wyjaśnił pan Norrell. — Wprowadziłem kilka poprawek. Ominąłem florilegium, które skopiował pan słowo po słowie z Ormskirka. Jak pan wie, w ogóle nie cenię sobie florilegiów, a to jest szczególnie nonsensowne. Dodałem ekstrakt Zabezpieczenia i Wyzwolenia, a także Poblask Pokory. Wątpię jednak, czy w tym wypadku to cokolwiek pomoże.
— Teraz to nasze wspólne dzieło — zauważył Strange. W jego głosie nie było zazdrości ani niechęci.
— Ależ skąd — zaprzeczył pan Norrell. — Cała konstrukcja jest pańskiego autorstwa. Ja zaledwie ją doszlifowałem.
— Znakomicie! Wobec tego jesteśmy gotowi?
— Zostało coś jeszcze.
— Co?
— Pewne środki ostrożności, niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa pani Strange — powiedział pan Norrell.
Spojrzenie, które rzucił mu Strange, miało chyba znaczyć, że Norrell trochę zbyt późno zaczyna się troszczyć o bezpieczeństwo Arabelli, ale pan Norrell pośpieszył do regału, zatopił się w lekturze grubej księgi i niczego nie zauważył.
— Zaklęcie spisano w Liber Novus Chastona. O, jest! Musimy zbudować magiczną drogę i stworzyć drzwi, żeby pani Strange mogła bezpiecznie opuścić Faerie. Inaczej może utkwić tam na zawsze. Odnalezienie jej zajęłoby nam całe wieki.
— Och to! — mruknął Strange. — Już to zrobiłem. Nawet znalazłem kogoś, kto ją powita. Wszystko przygotowane.
Wziął do ręki ogarek, umieścił go w świeczniku i zapalił. Potem zaczął recytować zaklęcie. Wyznaczył kamienie opactwa na wysłannika, który miał znaleźć króla. Wyznaczył rzekę na drogę, którą miał przybyć król. Wyznaczył przyszłoroczne jabłka i gruszki z drzew pana Norrella na podarek dla króla. Wyznaczył chwilę zgaśnięcia płomienia na czas, w którym nadejdzie król.
Świeca się dopaliła i zgasła…
…w tej samej chwili…
W tej samej chwili pokój wypełniły kruki. Czarne skrzydła łopotały w powietrzu niczym wielkie dłonie. Skrzydła i szpony atakowały zewsząd Strange’a. Krakanie było ogłuszające. Kruki tłukły o ściany, okna, o Strange’a. Zakrył głowę rękami i osunął się na podłogę. Szum i łopot skrzydeł trwały jeszcze przez chwilę. Nagle, w mgnieniu oka, kruki zniknęły i w bibliotece znowu zapadła cisza. Wszystkie świece się dopaliły. Strange przetoczył się na plecy, ale przez chwilę nie mógł ruszyć ręką ani nogą, jedynie wpatrywał się w ciemność.
— Proszę pana? — odezwał się w końcu. Nikt mu nie odpowiedział.
Wstał. W bibliotece panowały egipskie ciemności. Udało mu się wymacać jedno z biurek i natrafić na przewróconą świeczkę. Wyjął z kieszeni pudełko na hubkę, po czym rozniecił ogień.
Uniósł świecę nad głowę i ujrzał niezwykły bałagan. Żadna książka nie pozostała na swoim miejscu. Biurka i schodki były przewrócone. Kilka pięknych krzeseł zamieniło się w drewno na podpałkę. Wszystko przykrywała gruba warstwa kruczych piór, przypominająca czarny śnieg.
Norrell na wpół leżał, na wpół siedział na podłodze, oparty plecami o biurko. Miał otwarte, lecz nieprzytomne oczy. Strange przysunął świecę do jego twarzy.
— Proszę pana? — powtórzył.
— Wydaje mi się, że zwróciliśmy na siebie jego uwagę — szeptem odparł oszołomiony pan Norrell.
— Chyba ma pan rację. Wie pan, co się stało?
— Księgi zmieniły się w kruki. — Pan Norrell wciąż szeptał. — Patrzyłem na Fontannę serca Hugh Pontifexa i widziałem, jak się zmienia. Często się posługiwał stadem czarnych ptaków. Czytałem o tym jeszcze w dzieciństwie. I udało mi się to zobaczyć, drogi panie! Że też udało mi się to zobaczyć! Ma to swoją nazwę w języku Sidhe, języku jego dzieciństwa, ale nazwa ta zaginęła. — Nagle chwycił Strange’a za rękę. — Czy księgi są bezpieczne?
Strange podniósł z podłogi jeden z woluminów. Strzepnął z niego pióra i zerknął na tytuł Siedmioro drzwi i czterdzieści dwa klucze Piersa Russinola. Otworzył księgę i zaczął czytać na chybił trafił: „…i tam znajdziesz osobliwą krainę, podobną do szachownicy, na której nagie skały występują naprzemiennie z sadami owocowymi, ugory i kolczasta roślinność z polami brodatego zboża, podmokłe łąki z pustyniami. W tym kraju bóg magów, wielki Hermes, wystawił strażnika przy każdej bramie i przy każdym moście: w jednym miejscu tryka, w innym węża…” Czy to brzmi tak, jak powinno? — spytał z powątpiewaniem.
Pan Norrell pokiwał głową. Wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł nią krew z twarzy.
Dwaj magowie usiedli na podłodze wśród ksiąg i piór i przez dłuższą chwilę nic nie mówili. Cały świat skurczył się do rozmiarów płomyka świeczki.
W końcu Strange powiedział:
— Jak blisko musi być, żeby odprawiać taką magię?