— John Uskglass? Podobno może ją odprawiać nawet sto światów stąd. Nawet w samym sercu Piekła.
— Chyba jednak warto to sprawdzić, prawda?
— Czyżby?
— Cóż, gdyby na przykład był w pobliżu, moglibyśmy… — Strange zastanawiał się przez moment. — Moglibyśmy iść do niego.
Pierwszym i w zasadzie jedynym warunkiem rzucania zaklęcia lokalizacji jest posiadanie srebrnego naczynia z wodą. W opactwie Hurtfew misa stała na biurku w kącie biblioteki, jednak kruki zniszczyły biurka i magowie nigdzie nie mogli znaleźć naczynia. W końcu natknęli się na misę w kominku, pod stertą kruczych piór i wilgotnymi, podartymi stronicami ksiąg.
— Potrzeba nam wody — oświadczył Norrell. — Zawsze wysyłałem po nią Lucasa nad rzekę. Woda, która szybko podróżuje, jest najlepsza do magii lokalizacyjnej, a rzeka w Hurtfew pędzi wartko nawet latem. Ja przyniosę wodę.
Pan Norrell jednak nie przywykł do dbania o siebie i minęło trochę czasu, nim opuścił dom. Stanął na trawniku i zapatrzył się w gwiazdy, których nigdy wcześniej nie widział. Nie czuł się tak, jakby przebywał w słupie ciemności w samym środku hrabstwa York. Odniósł raczej wrażenie, że reszta świata się zapadła, a on i Strange zostali na samotnej wyspie albo cyplu. Ta myśl przygnębiała go dużo mniej, niż można by przypuszczać. Nigdy nie zależało mu na świecie i zniósł jego utratę z filozoficznym spokojem.
Na brzegu rzeki uklęknął wśród ściętej mrozem trawy, by napełnić misę. Nieznane gwiazdy zaświeciły do niego z wody. Znów wstał (kręciło mu się w głowie od nieoczekiwanego wysiłku) i natychmiast poczuł, że otacza go magia o wiele silniejsza niż do tej pory. Gdyby ktoś kazał mu opisać, co się dzieje, powiedziałby, że całe hrabstwo obraca się na drugą stronę. Przez chwilę nie potrafił powiedzieć, gdzie stoi dom. Odwrócił się, potknął i wpadł prosto na pana Strange’a, który z jakiegoś powodu wyrósł tuż przed nim.
— Myślałem, że zostanie pan w bibliotece! — powiedział pan Norrell ze zdumieniem.
Strange rzucił mu ponure spojrzenie.
— Zostałem w bibliotece! W jednej chwili czytałem Stróża apolińskiego Gouberta, a w następnej byłem już tutaj.
— Nie szedł pan za mną?
— Oczywiście, że nie! Co się dzieje? I dlaczego, na litość boską, tyle to trwa?
— Nie mogłem znaleźć płaszcza — odparł pan Norrell z pokorą. — Nie wiedziałem, gdzie Lucas go położył.
Strange uniósł brew, westchnął i rzekł:
— Zakładam, że doświadczył pan tego samego co ja. Zanim mnie tu przyniosło, poczułem się tak, jakby wiatry, wody i płomienie przemieszały się z sobą.
— Tak — odparł Norrell.
— I czuł pan słaby zapach jakby dzikich ziół i górskich stoków?
— Tak — przytaknął Norrell.
— Czy to magia elfów?
— Och, bez wątpienia! To część tego samego zaklęcia, które trzyma pana w tej wiecznej ciemności. — Rozejrzał się wokół. — Jak jest duża?
— Co?
— Ciemność.
— Trudno mi powiedzieć, gdyż porusza się wraz ze mną. Inni jednak twierdzą, że zajmuje obszar parafii w Wenecji, w której mieszkałem. Może ćwierć hektara?
— Ćwierć hektara! Proszę tu pozostać.
Pan Norrell postawił misę na zamarzniętej ziemi i poszedł w kierunku mostu. Wkrótce widać było jedynie jego szarą perukę. W świetle gwiazd przypominał małego żółwia, gramolącego się przed siebie.
Świat znowu zawirował i nagle obaj magowie stali razem na moście na rzece Hurtfew.
— Co, u licha…? — zaczął Strange.
— Widzi pan? — powiedział Norrell ponuro. — Zaklęcie nie pozwala nam oddalić się zbytnio od siebie. Mnie też pochwyciło. Śmiem twierdzić, że w magii tego elfa zabrakło niezbędnej precyzji. Był niechlujny. Zapewne nazwał pana angielskim magiem albo równie ogólnikowo. Tym samym jego zaklęcie, wymierzone w pana, pochwyci każdego angielskiego maga, który się tu zbliży.
— Och! — wykrzyknął Strange i zamilkł. Nie bardzo wiedział, co jeszcze dodać.
Pan Norrell odwrócił się ku domowi.
— A tak na marginesie, drogi panie, to doskonały przykład tego, jak niezbędna jest precyzja w doborze nazw przy rzucaniu zaklęć.
Strange uniósł wzrok ku niebu.
W bibliotece postawili przed sobą srebrną misę.
Było to bardzo dziwne, ale odkrycie, że uwiązł wraz ze Strange’em w wiecznej ciemności, nawet ucieszyło pana Norrella. Beztrosko przypomniał Strange’owi, że jeśli nie znajdą sposobu na znalezienie imienia Johna Uskglassa, z pewnością będą mieli wielkie kłopoty z odszukaniem go czy to za pomocą magii, czy innymi sposobami.
Strange, z głową opartą na dłoniach, wpatrywał się w niego ponuro.
— Niech pan nazwie go Johnem Uskglassem — powiedział.
I tak pan Norrell zaczął czarować, wymieniając Johna Uskglassa jako osobę, której poszukują. Liniami migotliwego światła podzielił powierzchnię wody na ćwiartki. Każdej ćwiartce nadał nazwę: Niebo, Piekło, Ziemia i Faerie. Tam, gdzie była Ziemia, natychmiast zalśniła błękitnawa iskierka.
— No i proszę! — Strange zerwał się na równe nogi. — Nie zawsze wszystko jest tak trudne, jak pan podejrzewa.
Norrell postukał w taflę, podziały zniknęły. Zaznaczył ćwiartki na nowo, nazwał je Anglią, Szkocją, Irlandią i innym miejscem. Światełko ukazało się w Anglii. Postukał w ćwiartkę, znów przemianował podziały i przyjrzał się rezultatom. I tak kontynuował tę magię, uzyskując coraz precyzyjniejsze wyniki. Światełko nadal płonęło. Nagle cicho krzyknął.
— Co się stało? — spytał Strange.
— Chyba się nam jednak udało — oświadczył Norrell zdumionym tonem. — Podobno jest tutaj. W hrabstwie York!
Rozdział dwudziesty trzeci
Głóg
luty 1817
Childermass przemierzał ponure wrzosowisko. W pewnej chwili zauważył skręcony głóg. Z gałęzi zwisał człowiek. Zdarto z niego frak i koszulę, odsłaniając po śmierci to, co bez wątpienia krył przez całe życie: dziwaczne znamiona na skórze. Piersi, plecy, ramiona i stopy trupa pokryte były kunsztownymi niebieskimi znakami tak gęsto, że człowiek ten wydawał się bardziej niebieski niż biały.
Podjeżdżając do drzewa, Childermass zastanawiał się, czy morderca zabazgrał ciało w ramach żartu. Gdy był marynarzem, słyszał opowieści o krajach, w których zeznania skazanych na śmierć kryminalistów spisywano na ich ciałach na rozmaite przerażające sposoby. Z daleka ślady wyglądały jak pismo, kiedy jednak podjechał bliżej, przekonał się, że znajdują się pod skórą.
Zsiadł i okręcił ciało, by spojrzeć na twarz nieboszczyka. Była fioletowa i spuchnięta, przekrwione oczy wychodziły z orbit. Childermass przyglądał się trupowi, aż w wykrzywionych rysach rozpoznał znane sobie oblicze.
— Vinculus — powiedział.
Wyjął nożyk i odciął zwłoki. Potem ściągnął spodnie Vinculusa i przyjrzał się ciału: kojarzyło się z trupem dzikiego zwierzęcia na pustym, nagim wrzosowisku. Dziwne znaki pokrywały każdy centymetr skóry, z wyjątkiem twarzy, rąk, części intymnych i podeszew stóp. Trup wyglądał jak niebieski człowiek w białych rękawiczkach i masce. Im dłużej Childermass na niego patrzył, tym bardziej nabierał przekonania, że ta bazgranina coś oznacza.
— To królewski alfabet — powiedział w końcu. — To księga Roberta Findhelma.
Właśnie wtedy zaczął sypać śnieg. Z nieba spadały ostre, lodowate płatki, wiatr się wzmógł.
Childermass pomyślał o oddalonych o trzydzieści kilometrów Strangeu i Norrellu i wybuchnął głośnym śmiechem. Jakie miało znaczenie, kto czyta księgi w Hurtfew?