Выбрать главу

Najcenniejsza księga ze wszystkich, naga i martwa, leżała na śniegu.

— A więc spadło to na mnie, tak? „Największa chwała i największe brzemię, jakie spoczęło na ludzkich barkach w obecnych czasach”.

Chwilowo brzemię wydawało się większe niż chwała. Księga miała wyjątkowo niewygodną formę. Childermass nie wiedział, od jak dawna Vinculus nie żyje i kiedy zacznie gnić. Co miał robić? Mógł zaryzykować i przerzucić ciało przez grzbiet Piwowara, trudno by mu było jednak wytłumaczyć napotkanym po drodze podróżnym, skąd wziął wisielca. Mógł też ukryć ciało i sprowadzić tu wóz z koniem. Tylko jak długo by to potrwało? A gdyby ktoś pod jego nieobecność znalazł zwłoki i je zabrał? W Yorku nie brakowało lekarzy, którzy płacili za trupy i nie zadawali żadnych pytań.

„Mógłbym rzucić zaklęcie ukrycia” — pomyślał.

Zaklęcie ukrycia z pewnością zamaskowałoby trupa przed ludźmi, ale musiał wziąć pod uwagę psy, lisy i wrony. Ich nie zwiodłaby znana Childermassowi magia. Księga już raz została pożarta. Nie miał zamiaru ryzykować i dopuścić do tego, by historia się powtórzyła.Należałoby sporządzić kopię, ale jego dziennik, pióro i atrament zostały w salonie w pogrążonym w ciemności opactwie Hurtfew. Co teraz? Mógł odrysować wzory patykiem w zamarzniętej ziemi, ale to byłoby mnie więcej tyle warte, ile tekst na ciele trupa. Gdyby tylko rosły tu drzewa, obdarłby je z kory, spalił trochę drewna i popiołami spisał tekst na korze. Nie było tu jednak nic poza powyginanym głogiem.

Popatrzył na nożyk. Przyszło mu do głowy, że powinien skopiować księgę na własnym ciele. Wiele przemawiało za tym planem. Po pierwsze, może rozmieszczenie tekstu na ciele Vinculusa miało jakieś znaczenie? Im bliżej głowy, tym ważniejszy tekst? Całkiem prawdopodobne. Po drugie, dzięki temu księga byłaby bezpieczna i ukryta przed wzrokiem ciekawskich. Nie musiałby się martwić, że ktoś ją skradnie. Jeszcze nie wiedział, czy pokaże księgę Strange’owi albo Norrellowi.

Ale pismo na ciele Vinculusa było gęste i misterne. Nawet gdyby zdołał nożem odwzorować te delikatne kropki, kółka i zawijasy (w co wątpił), musiałby ciąć głęboko, by rany się nie zagoiły.

Zdjął płaszcz i frak. Rozpiął guziki i podwinął rękawy koszuli. W ramach eksperymentu wyciął jeden z symboli widniejących po wewnętrznej stronie ręki Vinculusa w tym samym miejscu na własnej ręce. Rezultat nie był zadowalający. Krew zalewała wzór, a Childermass nieomal zemdlał z bólu.

— Mogę stracić trochę krwi, ale tu jest tyle pisania, że to by mnie z pewnością zabiło. Poza tym jak skopiować to, co ma na plecach? Przerzucę go przez konia, a gdyby ktoś mnie zaczepił… No cóż, zastrzelę go, jeśli będę musiał. To jakiś plan. Niezbyt dobry, ale lepsze to niż nic.

Piwowar oddalił się nieco i skubał suchą trawę, z której wiatr strząsnął śnieg.

Childermass podszedł do niego. Z walizki wyjął długi mocny sznur i pudełko z pistoletami.

Do obu wepchnął po kuli i podsypał prochu.

Odwrócił się, żeby sprawdzić, czy z ciałem nic się nie dzieje; ujrzał, że pochyla się nad nim jakiś człowiek. Childermass wsunął pistolety do kieszeni płaszcza i krzycząc, puścił się pędem w tamtym kierunku.

Nieznajomy miał na sobie czarne buty i czarną pelerynę. Przyklęknął nad Vinculusem. Przez chwilę Childermass myślał, że to Strange, ale ten człowiek był nieco niższy i szczuplejszy od maga. Jego ciemny strój z pewnością niemało kosztował, jednakże proste czarne włosy były zbyt długie jak na modnisia. Przez nie obcy przypominał nieco duchownego z kościoła metodystów albo romantycznego poetę. „Znam go — pomyślał Childermass. — To mag. Dobrze go znam. Czemu zatem nie wiem, jak się nazywa?”

— Ciało należy do mnie, proszę pana! — powiedział głośno. — Proszę je zostawić.

Mężczyzna podniósł wzrok.

— Do ciebie, Johnie Childermassie? — zapytał z lekką ironią. — A ja myślałem, że do mnie.

O dziwo, mimo stroju i otaczającej go aury wyższości mówił jak człowiek z nizin — nawet zdaniem Childermassa. Bez wątpienia miał północny akcent, lecz Childermass go nie rozpoznawał. Być może był to akcent northumbryjski, lecz skażony mową z zimnych krain nad Morzem Północnym i, co było jeszcze bardziej zdumiewające, lekkim akcentem francuskim.

— Cóż, myli się pan. — Childermass uniósł pistolety. — Zastrzelę pana, jeśli będę musiał. Wolałbym tego uniknąć. Proszę zostawić ciało i iść swoją drogą.

Mężczyzna nie odpowiedział. Przyglądał się przez chwilę Childermassowi, a potem jakby się nim znudził, znów skupił uwagę na trupie.

Childermass rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu konia lub powozu, którym niewątpliwie musiał tu przybyć nieznajomy. Nic nie zobaczył. Na całym wrzosowisku znajdowali się tylko dwaj mężczyźni, koń, trup i głóg.

„Przecież gdzieś musi być powóz — pomyślał Childermass. — Na pelerynie ani na butach nie ma nawet plamki błota. Wygląda tak, jakby właśnie rozstał się z pokojowcem. Gdzie jego sługi?”

Była to niepokojąca myśl. Childermass nie wątpił, że bez trudu pokonałby tego bladego, szczupłego człowieka o aparycji poety, ale stangret i dwóch lub trzech krzepkich lokajów to całkiem inna sprawa.

— Czy ta ziemia należy do pana? — zapytał.

— Tak.

— A gdzie pański koń? Pański powóz? Gdzie pańskie sługi?

— Nie mam konia, Johnie Childermassie. Nie mam powozu. I jest tu tylko jeden mój sługa.

— Gdzie?

Nawet nie zadając sobie trudu, by unieść wzrok, mężczyzna wyciągnął cienki blady palec.

Childermass ze zdumieniem obejrzał się za siebie. Nikogo tam nie było, tylko wiatr hulał wśród wyschniętej trawy. Co nieznajomy miał na myśli? Wiatr czy śnieg? Słyszał o średniowiecznych magach, którzy uważali te i inne siły natury za swe sługi. Nagle pojął.

——Co? O nie, jest pan w błędzie! Nie jestem pańskim sługą!

— Przechwalałeś się tym niespełna trzy dni temu — zauważył nieznajomy.

Tylko jedna osoba rościła sobie prawa do bycia zwierzchnikiem Childermassa. Zastanawiał się, czy ma do czynienia z magicznie odmienionym Norrellem? Wcieleniem Norrella? W przeszłości magowie czasem przybierali inne postaci, w zależności od cech charakteru. Childermass usiłował się domyślić, jakaż to cecha charakteru Gilberta Norrella mogłaby nagle przybrać postać bladego, przystojnego mężczyzny o dziwnym akcencie i otoczonego aurą dostojeństwa. Doszedł do wniosku, że ostatnio działy się dziwne rzeczy, ale to byłaby już przesada.

— Ostrzegałem pana! — krzyknął — Niech pan zostawi ciało!

Mężczyzna pochylił się nad trupem. Wyjął ze swoich ust maleńką kulkę światła, które było lekko zabarwione na różowy i srebrzysty kolor. Włożył kulkę do ust Vinculusa. Trup zadrżał, nie jak człowiek chory i nie jak zdrowy, lecz niczym naga brzózka, gdy wiosna owionie ją swym oddechem.

— Proszę się odsunąć od zwłok! — krzyknął znowu Childermass. — Mówię to po raz ostatni!

Mężczyzna nawet nie uniósł wzroku. Przejechał czubkiem palca po ciele, jakby po nim pisał.

Childermass wycelował pistolet, który trzymał w prawej ręce, w przestrzeń obok lewego ramienia nieznajomego. Pragnąc go przestraszyć, pociągnął za spust. Broń wypaliła, z panewki uniósł się kłąb dymu i zapach prochu, z lufy poleciały iskry, lecz ołów odmówił posłuszeństwa. Zawisł w powietrzu, wyginał się, puchł i zmieniał kształt. Nagle rozłożył skrzydła, zmienił się w czajkę i odleciał. W tej samej chwili umysł Childermassa uspokoił się i zamarł jak kamień.