Выбрать главу

Dżentelmen był już na moście. Stephen podążał za nim i…

…i wszystko się zmieniło. Słońce wyszło zza chmury; świeciło przez nagie drzewa; wszędzie pojawiły się setki słonecznych plamek. Świat przeobraził się w układankę lub labirynt, w zabawę, w której nie wolno nadeptywać spojeń kamieni brukowych, przypominał osobliwe zaklęcie zwane kwadratami z Doncasteru, które wymawia się na planszy przypominającej szachownicę. Nagle wszystko nabrało znaczenia. Stephen bał się zrobić kolejny krok. Gdyby to uczynił, gdyby na przykład stanął na tym cieniu lub tamtej plamie światła, świat mógłby się odmienić na zawsze.

„Czekajcie — pomyślał z przerażeniem. — Nie jestem na to gotowy. Nie zastanowiłem się. Nie wiem, co robić”.

Było jednak za późno. Uniósł wzrok.

Nagie gałęzie na tle nieba były pismem i choć wcale nie chciał, mógł je odczytać. Widział, że drzewa zadaję mu pytanie.

— Tak — odparł.

Ich pradawna wiedza należała teraz do niego.

Za drzewami rozciągało się wysokie, pokryte śniegiem górskie pasmo niczym linia wyrysowana na niebie. Rzucało błękitny cień na zalegający poniżej śnieg. Uosabiało wszelkiego typu chłód i udrękę. Pozdrowiło Stephena jak wytęsknionego króla. Na rozkaz władcy było gotowe runąć i zmiażdżyć jego wrogów. Zadało Stephenowi pytanie.

— Tak — odparł.

Mógł sobie wziąć jego pogardę i siłę.

Czarny potok pod mostem wyśpiewał pytanie.

— Tak — odparł Stephen.

Ziemia powiedziała…

— Tak — rzekł.

Gawrony, sroki, droździki i zięby spytały…

— Tak — powiedział.

Kamienie spytały…

— Tak — odparł Stephen. — Tak, tak, tak.

Teraz miał całą Anglię w swej czarnej garści. Od niego zależało życie wszystkich Anglików. Teraz mógł pomścić każdą zniewagę. Nawet krzywda doznana przez jego biedną matkę mogła zostać pomszczona po tysiąckroć. Za chwilę cała Anglia mogła się zmienić w ugór. Mógł sprawić, że domy runą na głowy mieszkańców. Mógł kazać wzgórzom upaść, a dolinom się pozamykać. Mógł wezwać centaury, zdmuchnąć gwiazdy, skraść księżyc z nieba.

Teraz. Teraz. Teraz.

W bladym zimowym świetle z budynku wybiegli lady Pole i pan Segundus. Lady Pole patrzyła na dżentelmena oczyma płonącymi z nienawiści. Biedny pan Segundus zupełnie nie wiedział, jak postąpić.

Dżentelmen odwrócił się do Stephena i coś powiedział. Stephen go nie słyszał, wzgórza i drzewa przemawiały zbyt głośno.

— Tak — odpowiedział jednak.

Dżentelmen roześmiał się radośnie i uniósł ręce, by rzucić zaklęcie na lady Pole.

Stephen zamknął oczy. Powiedział słowo do kamieni tworzących most.

Tak, odparły kamienie. Most zadrżał jak oszalały koń i wrzucił dżentelmena do strumienia.

Stephen powiedział słowo do strumienia.

Tak, odparł strumień. Pochwycił dżentelmena w swój żelazny uścisk i szybko porwał go z sobą.

Stephen był świadom, że lady Pole coś do niego mówi, że usiłuje złapać go za ramię. Widział bladą, zdumioną twarz pana Segundusa, widział jego poruszające się wargi. Nie miał jednak czasu niczego wyjaśniać. Kto wiedział, kiedy świat wypowie mu posłuszeństwo?

Zeskoczył z mostu i pobiegł brzegiem strumienia.

Gdy tak biegł, drzewa zdawały się go witać; mówiły o dawnych przymierzach, przypominały mu minione czasy. Światło słońca nazwało go Królem i wyraziło radość ze spotkania. Nie miał czasu powiedzieć im wszystkim, że nie jest tym, za kogo go biorą.

Dotarł do głębokiej doliny na wrzosowisku, do miejsca, gdzie wydobywano młyńskie kamienie. Wokół doliny leżały porozrzucane okrągłe wylupane głazy, każdy z nich połowy wysokości mężczyzny.

Strumień wrzał i bulgotał tam, gdzie uwiązł dżentelmen. Stephen ukląkł na płaskim kamieniu i pochylił się nad wodą.

— Przepraszam — powiedział. — Wiem, że miał pan dobre intencje.

Włosy dżentelmena wiły się niczym srebrne węże w ciemnej wodzie. Jego twarz przedstawiała straszliwy widok. W furii i nienawiści zatracał podobieństwo do człowieka. Oczy wydawały się jeszcze szerzej rozstawione, na twarzy wyrosło futro, a wargi uniosły się w grymasie, odsłaniając zęby.

Jakiś głos w głowie Stephena powiedział: „Jeśli mnie zabijesz, nigdy nie poznasz swego imienia!”

— Jestem bezimiennym niewolnikiem — odparł Stephen. — Zawsze nim byłem, a dziś nie pragnę już być nikim więcej.

Przemówił do młyńskich kamieni. Wzniosły się w powietrze i runęły na dżentelmena.

Przemówił do głazów i skał, uczyniły to samo. Dżentelmen był stary jak świat i niesłychanie silny. Jeszcze długo po tym, jak jego kości i mięśnie zostały zgniecione na miazgę, Stephen czuł, że zwłoki usiłują zrekonstruować się mocą magii. Wobec tego przemówił do kamiennego obrzeża doliny i poprosił je o pomoc. Ziemia i skały runęły na młyńskie kamienie i głazy, tworząc wzniesienie o wysokości brzegów doliny.

Przez całe lata Stephen czuł się odgrodzony od rzeczywistości taflą brudnego szkła. W chwili gdy dżentelmen wydał z siebie ostatnie tchnienie, tafla się roztrzaskała. Stephen stał nieruchomo, walcząc o oddech.

Jego sojusznicy i służący nabrali jednak wątpliwości. W umysłach wzgórz i drzew pojawiło się pytanie. Powoli docierało do nich, że Stephen nie jest tym, za kogo go wzięły, że grzał się w blasku cudzej sławy.

Jeden po drugim się wycofywały. Gdy opuścił go ostatni sprzymierzeniec, Stephen padł, pusty i bez czucia, na ziemię.

W Padwie Greysteelowie już zjedli śniadanie i zebrali się w saloniku na pierwszym piętrze. Tego ranka humory im nie dopisywały z powodu niemiłej różnicy zdań. Doktor Greysteel miał zwyczaj popalać fajkę w domu, czemu bardzo sprzeciwiały się obie panie. Ciocia Greysteel usiłowała go przekonać, by zarzucił ten nałóg, doktor Greysteel okazał się jednak uparty. Palenie fajki było jego ulubioną rozrywką i uważał, że powinno mu się na nią pozwolić w ramach zadośćuczynienia za to, że nigdzie nie wychodzili. Ciocia Greysteel oznajmiła, że może sobie pykać z fajki na zewnątrz. Doktor Greysteel odparł, że to wykluczone, gdyż pada. Trudno palić fajkę na deszczu, tytoń moknie.

I tak kurzył, a ciocia Greysteel demonstracyjnie kaszlała. Flora, która winiła za tę sytuację siebie, zerkała na nich oboje z nieszczęśliwym wyrazem twarzy. Ciągnęło się to mniej więcej przez godzinę, kiedy nagle doktor Greysteel uniósł wzrok i wykrzyknął ze zdumieniem:

— Moja głowa jest czarna! Całkiem czarna!

— A czego oczekujesz, skoro palisz? — odparła jego siostra.

— Tato? — Zaniepokojona Flora odłożyła robótkę. — Co masz na myśli?

Doktor Greysteel wpatrywał się w lustro — to samo lustro, które zawisło w domu, gdy dzień zmienił się w noc, a Strange przybył do Padwy. Flora wstała i stanęła za krzesłem ojca, żeby zobaczyć to, co on widział. Jej pełen zdumienia krzyk natychmiast zwabił ciocię Greysteel.

Tam, gdzie powinna być w lustrze głowa doktora Greysteela, widniała ciemna plamka. Poruszała się, zmieniając kształt. Plamka rosła, aż w końcu zaczęła przypominać postać biegnącą ku nim po przepastnym korytarzu. Postać zbliżała się, widzieli, że to kobieta. Biegnąc, obejrzała się kilka razy, jakby z obawy przed kimś, kto mógłby ją ścigać.

— Co ją przestraszyło, że tak biegnie? — zadumała się ciocia Greysteel. — Lancelocie, czy ty coś widzisz? Czy ktoś ją goni? Biedna dama! Lancelocie, zrób coś!

Doktor Greysteel podszedł do lustra, położył na nim dłoń i popchnął, ale powierzchnia zwierciadła była twarda i gładka jak zawsze. Wahał się przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy wypróbować bardziej gwałtowne środki.