Выбрать главу

— Ostrożnie, tato! — krzyknęła Flora z niepokojem. — Nie wolno ci go zbić!

Kobieta w lustrze zbliżała się. Przez chwilę wydawało się, że stoi tuż za szklaną taflą, widzieli kunsztowne hafty i paciorki u jej sukni. Potem weszła na ramę. Powierzchnia lustra zmiękła; przypominała teraz gęstą chmurę albo mgłę. Flora pośpiesznie przystawiła krzesło do ściany, żeby dama mogła bez trudu zejść. Wyciągnęły się ku niej trzy pary rąk, pragnąc pomóc jej uciec od tego, co tak ją przerażało.

Miała około trzydziestu, może trzydziestu dwóch lat. Ubrana była w suknię koloru jesieni. Brakowało jej tchu po długim biegu. Rozejrzała się po nie znanym sobie pokoju, nie znanych twarzach, nie znanym otoczeniu.

— Czy to Faerie? — spytała.

— Nie, proszę pani — odparła Flora.

— Czy to Anglia?

— Nie, proszę pani. — Po twarzy Flory zaczęły płynąć łzy. Położyła dłoń na piersi, żeby się uspokoić. — To Padwa. We Włoszech. Nazywam się Flora Greysteel. To nazwisko nic pani nie mówi, ale czekałam tu na panią na prośbę pani męża. Obiecałam mu, że panią powitam.

— Czy Jonathan tu jest?

— Nie, proszę pani.

— Pani jest Arabellą Strange — oznajmił doktor Greysteel ze zdumieniem.

— Tak.

— O mój Boże! — wykrzyknęła ciocia Greysteel. Jedną ręką zakryła usta, drugą przycisnęła do piersi. — O mój Boże! — Potem obiema dłońmi pogłaskała twarz i ramiona Arabelli. — O mój Boże! — wykrzyknęła po raz trzeci, wybuchnęła płaczem i objęła Arabellę.

Stephen się przebudził. Leżał na zamarzniętej ziemi w wąskiej dolince. Słońce zniknęło, było szaro i zimno. Dolina była zawalona młyńskimi kamieniami, głazami i ziemią, które tworzyły osobliwy kurhan. Ściana zwaliska zablokowała strumień, lecz woda sączyła się przez tamę i rozpływała po ziemi. Korona, berło i jabłko Stephena leżały nieopodal w kałużach. Wstał z trudem.

— Stephenie! Stephenie! — usłyszał z oddali. Pomyślał, że to lady Pole.

— Uwolniłem się od imienia mej niewoli — powiedział. — Już go nie ma.

Podniósł koronę, berło i jabłko i ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Zabił dżentelmena, a wcześniej pozwolił mu zabić Vinculusa. Nie mógł już wrócić do domu — jeśli w ogóle kiedykolwiek miał dom. Co powiedziałby angielski sędzia i sąd czarnemu człowiekowi, który był podwójnym mordercą? Stephen zakończył swoje sprawy z Anglią, a Anglia zakończyła swoje sprawy z nim. Ruszył przed siebie.

Po pewnym czasie odniósł wrażenie, że krajobraz się zmienił. Drzewa, które go teraz otaczały, wydawały się ogromne i wiekowe, ich konary były dwukrotnie grubsze od ciała dorosłego człowieka i skręcały się w niesamowite, fantastyczne kształty. Choć zimą krzewy szypszyny były nagie, rosło na nich kilka krwistoczerwonych i śnieżnobiałych różyczek.

Anglia pozostała w tyle. Nie tęsknił za nią. Szedł przed siebie.

Dotarł do długiego, niskiego wzgórza. Do jego wnętrza prowadziło wejście. Nie były to raczej drzwi, lecz wlot jamy, ale nie wyglądał złowieszczo. Ktoś tam stał, w wejściu, i czekał na niego. „Znam to miejsce — pomyślał Stephen. — To Utracona Nadzieja! Jak to możliwe?”

Nie chodziło tylko o to, że dom zamienił się we wzgórze, wszystko inne też się przeobraziło. Las nagle tchnął świeżością, niewinnością. Drzewa już nie straszyły podróżnych. Między gałęziami przeświecało pogodne zimowe niebo chłodnej, niebieskiej barwy. Od czasu do czasu błysnęła gwiazda. Stephen nie pamiętał już, czy to świecą gwiazdy poranka, czy wieczoru. Rozejrzał się w poszukiwaniu starych kości i zardzewiałych zbroi, ponurych dowodów krwiożerczych zapędów dżentelmena. Ku swojemu zdumieniu odkrył, że są wszędzie, pod jego stopami, wśród korzeni drzew, w szypszynie i ciernistych krzewach. Były jednak o wiele starsze, niż zapamiętał, porośnięte mchem, przeżarte rdzą, rozpadały się w pył. Lada chwila miały zniknąć.

Postać w wejściu była znajoma. Osoba ta często bywała na balach i innych uroczystościach w Utraconej Nadziei, ale teraz była odmieniona. Jej rysy bardziej przypominały rysy elfa, oczy lśniły, brwi miały ekstrawagancki kształt, włosy zwinęły się ciasno niczym runo jagnięcia lub gałązki młodej paproci wiosną. Na twarzy widać było jasny zaczątek futra. Mężczyzna wyglądał starzej, choć zarazem bardziej niewinnie.

— Witaj! — wykrzyknął.

— Czy to naprawdę Utracona Nadzieja? — zapytała osoba, która niegdyś była Stephenem Blackiem.

— Tak, dziadku.

— Nie rozumiem. Utracona Nadzieja była olbrzymią posiadłością. A to… — osoba, która niegdyś była Stephenem Blackiem, umilkła. — Nie znajduję słów.

— To brugh, dziadku! Świat pod wzgórzem. Utracona Nadzieja się zmienia. Dawny król nie żyje. Nadchodzi nowy król, a wtedy świat porzuca smutek. Grzechy starego króla rozwiewają się niczym poranna mgła! Świat kształtuje się na podobieństwo nowego władcy, jego cnoty wypełnią las i świat.

— Nowy król? — Osoba, która niegdyś była śtephenem Blackiem, popatrzyła na swoje ręce. W jednej trzymała berło, w drugiej jabłko.

Elf uśmiechnął się do niego, jakby nie mógł zrozumieć, czemu tu się dziwić.

— Zmiany, jakie tu wniosłeś, przewyższają wszystkie twoje dokonania w Anglii.

Weszli do wielkiej sali. Nowy król usiadł na wiekowym tronie. Wokół niego zebrał się tłum ludzi. Niektóre oblicza rozpoznawał, inne były mu nie znane, ale podejrzewał, że po prostu nigdy nie widział ich takimi, jakimi były naprawdę. Przez długi czas milczał.

— Ten dom jest nieporządny i brudny — powiedział w końcu. — Jego mieszkańcy próżnowali, spędzając czas na bezsensownych rozrywkach i celebrowaniu dawnych okrucieństw, których w ogóle nie powinno się pamiętać, a co dopiero czcić. Często byłem tego świadkiem, często tego żałowałem. Wszystko to naprawię z czasem.

W chwili gdy zaklęcie zaczęło działać, w Hurtfew zerwał się silny wiatr. Drzwi łomotały w ciemności, czarne zasłony wydymały się w czarnych pokojach, czarne dokumenty zerwały z czarnych biurek i rzuciły w tany. Dzwon zabrany z dawnego opactwa wiele lat temu i zapomniany, bił gorączkowo w małej wieżyczce nad stajniami.

W bibliotecznych lustrach i na tarczach zegarów ukazały się wizje. Wiatr odsunął zasłony: wizje były również na szybach. Następowały jedna po drugiej, niemal zbyt szybko, by je śledzić. Pan Norrell widział kilka, które wydawały się znajome: stłuczoną gałąź ostrokrzewu w bibliotece na Hanover Square; kruka lecącego przed katedrą Świętego Pawła i wyglądającego przez chwilę jak ucieleśnienie Kruka w Locie; wielkie czarne łoże w gospodzie w Wansfordzie. Inne jednak były mu całkiem obce: głóg, człowiek ukrzyżowany w gąszczu drzew, kamienie w wąskiej dolince, otwarta butelka unoszona przez fale.

Nagle niemal wszystkie wizje zniknęły, a pozostała tylko jedna. Wypełniła wysokie biblioteczne okno, ale pan Norrell nie miał pojęcia, co przedstawia. Przypominała wielki, idealnie okrągły czarny kamień o niemal niewiarygodnym połysku i gładkości, osadzony w cienkim pierścieniu z nie oszlifowanego kamienia i umieszczony na czarnym zboczu wzgórza. Pan Norrell uznał, że to zbocze, gdyż było nieco podobne do wypalonego i zwęglonego wrzosowiska, choć tutaj czerń nie kojarzyła się ze spalenizną, tylko raczej z wilgotnym jedwabiem lub wypastowaną skórą. Nagle kamień poruszył się lub obrócił. Ruch był niemal zbyt szybki, by go zarejestrować, ale pan Norrell odniósł nieprzyjemne wrażenie, że kamień mrugnął.