Wiatr ucichł. Dzwon nad stajnią przestał bić.
Pan Norrell westchnął z ulgą, że już po wszystkim. Strange stał ze skrzyżowanymi na piersi rękami, zatopiony w myślach, i wpatrywał się w podłogę.
— Co pan o tym myśli? — spytał pan Norrell. — Ostatnia była najgorsza. Przez chwilę myślałem, że to oko.
— To było oko — odparł Strange.
— Ale do kogo mogło należeć? Jakiegoś potwora, jak sądzę! Bardzo niepokojące!
— Było przerażające, ale nie tak jak pan myśli. To oko kruka.
— Oko kruka?! Przecież wypełniło całe okno!
— Tak. Albo kruk był niesłychanie wielki, albo…
— Albo? — powtórzył pan Norrell drżącym głosem. Strange parsknął krótkim, niewesołym śmiechem.
— Albo my byliśmy niesłychanie mali! Niemiło zobaczyć siebie takim, jakim widzą nas inni, prawda? Powiedziałem, że chcę, by John Uskglass na mnie spojrzał, i myślę, że to zrobił. Albo on, albo jeden z jego zastępców. W tamtej chwili byliśmy mniejsi niż oko kruka i jak sądzę, równie nieistotni. A skoro o Johnie Uskglassie mowa, zapewne nie wiemy, gdzie teraz jest.
Pan Norrell usiadł nad srebrnym naczyniem i zabrał się do roboty. Mniej więcej po pięciu minutach cierpliwej pracy odezwał się:
— Drogi panie! Nigdzie nie ma śladu Johna Uskglassa — nigdzie. Ale szukałem lady Pole i pani Strange. Lady Pole jest w hrabstwie York, a pani Strange we Włoszech. Nie ma po nich śladu w Faerie! Obie zostały odczarowane.
Zapadła cisza. Strange gwałtownie się odwrócił.
— To niesłychanie dziwne — ciągnął pan Norrell zdumionym tonem. — Zrobiliśmy wszystko, co należało, ale nie mam pojęcia jak. Mogę jedynie przypuszczać, że John Uskglass ujrzał, iż błądzimy, i wyciągnął rękę, by nam pomóc. Niestety, jego uczynność nie zdołała uwolnić nas z ciemności. Ta pozostała.
Pan Norrell urwał. To było jego przeznaczenie — pełne strachu, koszmaru i osamotnienia! Siedział cierpliwie przez chwilę, czekając, aż owładną nim straszliwie emocje, ale w końcu musiał przyznać, że wcale ich nie czuje. Teraz myślał tylko o długich latach, które spędził w Londynie z dala od swej biblioteki, cały czas będąc na zawołanie ministrów i admirałów. Zastanawiał się, jak zdołał to znieść.
— Cieszę się, że nie rozpoznałem tego oka kruka — oznajmił radośnie. — Pewnie mocno bym się przestraszył.
— Rzeczywiście — powiedział Strange zachrypniętym głosem. — Miał pan szczęście. Tak czy inaczej, wyleczyłem się z próżności. Od dziś John Uskglass może mnie ignorować.
— W rzeczy samej! — zgodził się pan Norrell. — Drogi panie, naprawdę powinien się pan pozbyć zwyczaju życzenia sobie rozmaitych rzeczy. To bardzo niebezpieczna cecha u maga! — I rozpoczął długi i niezbyt interesujący wywód o czternastowiecznym magu z Lancashire, który często miewał bezsensowne życzenia, i powodował niesłychane kłopoty w rodzinnej wiosce, przypadkowo zamieniając krowy w chmury, a garnki w statki, sprawiając, że wieśniacy przemawiali kolorami, nie słowami, oraz ogólnie wywoływał magiczny chaos.
Z początku Strange ledwie mu odpowiadał, do tego rzadko i nielogicznie. W końcu zaczął słuchać z większą uwagą i rozmawiać jak zawsze.
Pan Norrell miał wiele talentów, ale nie potrafił przenikać serc kobiet i mężczyzn. Strange ani słowem nie wspomniał o uratowaniu żony, więc pan Norrell doszedł do wniosku, że najwyraźniej nie wywarło to na nim wielkiego wrażenia.
Rozdział dwudziesty piąty
Strandżyści i norelici
luty–wiosna 1817
Childermass jechał konno, Vinculus wędrował u jego boku. Dookoła nich rozciągały się pokryte śniegiem wrzosowiska, przypominające wielki, wypchany pierzem materac. Chyba podobne skojarzenie nasunęło się Vinculusowi, gdyż szczegółowo opisał miękkie, pełne poduszek łoże, w którym zamierzał spać tej nocy, i bardzo sutą kolację, którą spożyje przed snem. Bez wątpienia oczekiwał, że Childermass zapłaci za te luksusy, i nikogo by nie zdziwiło, gdyby Childermass zaprotestował, ten jednak milczał. Cały czas łamał sobie głowę, czy powinien pokazać Vinculusa Strange’owi i Norrellowi. Z pewnością w Anglii nikt nie był bardziej od nich kompetentny. Childermass jednakże nie potrafił przewidzieć, jak zareagują magowie, stając twarzą w twarz z człowiekiem-księgą. Podrapał się po policzku. Widniała na nim cienka, ładnie zagojona blizna — zaledwie srebrzysta linia na skórze.
Vinculus przestał gadać, przystanął na środku drogi. Derka opadła mu z ramion, teraz energicznie podwijał rękawy fraka.
— Co się stało? — spytał Childermass. — O co chodzi?
— Zmieniłem się — odparł Vinculus. — Patrz! — Zdjął frak i rozpiął koszule. — Słowa są inne! Na ramionach! Na torsie! Wszędzie! Wcześniej głosiłem coś innego! — Mimo chłodu zaczął się rozbierać. Potem, kiedy był już całkiem nagi, uczcił swoją transformację, przytupując radośnie niczym niebieskoskóry diabeł.
Childermass zsiadł z konia, przestraszony i zrozpaczony. Udało mu się ocalić księgę Johna Uskglassa od zniszczenia i śmierci, a kiedy już wydawała się bezpieczna, pokonała go, zmieniając się.
— Musimy jak najszybciej dotrzeć do gospody! — wykrzyknął. — Musimy zdobyć papier i atrament i spisać dokładnie to, co zapisano na tobie wcześniej. Koniecznie wytęż pamięć.
— Po co? — spytał.
— Bo to magia Johna Uskglassa! Myśli Johna Uskglassa! Jedyny istniejący zapis. Musimy zachować wszystko, co się da.
Vinculus nadal nie rozumiał.
— Po co? — powtórzył. — John Uskglass nie uważał, żeby to było warte zachowania.
— Ale dlaczego się nagle zmieniłeś? I to tak ni stąd, ni zowąd?
— Ależ jak najbardziej stąd i zowąd — odparł Vinculus. — Wcześniej byłem przepowiednią, jednakże rzeczy, które przepowiedziałem, już się wydarzyły. No i dlatego się zmieniłem — inaczej stałbym się historią! Nudną jak flaki z olejem!
— A czym jesteś teraz?
Vinculus wzruszył ramionami.
— Może książką kucharską! Może powieścią! Może zbiorem kazań!
Bardzo go to rozśmieszyło, zaczął zatem rechotać i jeszcze trochę poskakał.
— Mam nadzieję, że nadal jesteś tym, czym byłeś — księgą magii. Ale co ty mówisz? Vinculusie, czy to znaczy, że nigdy nie nauczyłeś się tego alfabetu?
— Jestem księgą — Vinculus znieruchomiał. — Najważniejszą księgą. Zadaniem księgi jest skrywać słowa. To właśnie robię. To czytelnik musi znać ich znaczenie.
— Ale ostatni czytelnik zmarł!
Vinculus wzruszył ramionami, jakby to nie było jego zmartwienie.
— Musisz coś wiedzieć! — Childermass szalał ze złości. Złapał Vmculusa za ramię. — A to? Ten znak rogatego koła przeciętego linią? Ciągle się na tobie pojawia, co oznacza?
Vinculus wyrwał mu ramię.
— Oznacza zeszły wtorek — odparł. — Oznacza trzy świnki, jedną w słomkowym kapeluszu! Oznacza, że Sally poszła pląsać w świetle księżyca i zgubiła różaną torebeczkę. — Uśmiechnął się i pogroził Childermassowi palcem. — Wiem, co robisz! Chcesz zostać następnym czytelnikiem!
— Być może — odparł Childermass. — Choć za nic nie potrafię powiedzieć, od czego miałbym zacząć. Ale nie widzę wokół nikogo, kto miałby większe prawo do zostania nim. Cokolwiek się jednak zdarzy, nie spuszczę cię już z oczu. Tak, Vinculusie, będziemy teraz nierozłączni.
Vinculus natychmiast stracił dobry humor i ubrał się w ponurym milczeniu.