Выбрать главу

Do Anglii powróciła wiosna. Ptaki fruwały za pługami. Słońce ogrzewało kamienie. Deszcze i wiatry złagodniały, niosły teraz z sobą zapachy ziemi i nowego życia. W lasach pojawiły się barwy tak delikatne, tak subtelne, że właściwie trudno je było nazwać barwami. Było to raczej wyobrażenie barw, jakby to drzewa śniły zielone sny lub miały zielone myśli.Wiosna powróciła do Anglii, ale Strange i Norrell nie. Słup ciemności zakrywał opactwo Hurtfew, Norrell już z niego nie wyszedł. Ludzie spekulowali, że Strange zabił Norrella albo Norrell Strange’a, czy sobie na to zasłużyli i czy ktoś powinien tam wejść, by się o tym przekonać.

Zanim jednak ktokolwiek zdołał wyciągnąć jakieś wnioski, ciemność odeszła, zabierając z sobą opactwo Hurtfew. Dom, park, most i część rzeki zniknęły. Drogi wiodące niegdyś do Hurtfew prowadziły teraz do własnego początku lub nieciekawych zakątków pól i lasów odroślowych, których nikt nie chciał odwiedzać. Dom na Hanover Square i oba domy Strange’a — ten na Soho Square i w Clurr — spotkał taki sam los. W Londynie jedynym stworzeniem, które nadal potrafiło odnaleźć dom na Soho Square, był kot Jeremy’ego Johnsa, Gil. Gil nie zdawał sobie sprawy z tego, że domu nie ma, i wciąż chodził tam, kiedy mu się podobało. Po prostu wślizgiwał się między numer 30 i 32, a każdy, kto go widział, twierdził, że był to najdziwniejszych widok na świecie.

Lord Liverpool i pozostali ministrowie często publicznie wyrażali swój żal z powodu zniknięcia Strange’a i Norrella, ale tak naprawdę ulżyło im, że mają ten problem z głowy. Strange i Norrell okazali się mniej szacowni, niż się kiedyś wydawało.

Obaj eksperymentowali, jeśli nie z czarną magią, to z taką, która z pewnością miała zbyt ciemny odcień, by stać się pożądana i legalna. Ministrowie zwrócili uwagę na wielką liczbę nowych magów, którzy znienacka pojawili się w kraju. Magowie ci rzadko czarowali i zazwyczaj byli niewykształceni, lecz okazali się równie kłótliwi jak Strange i Norrell. Trzeba było szybko wypracować odpowiednie metody regulacji ich postępowania. Nagle plan pana Norrella dotyczący przywrócenia Ławy Pięciu Smoków (wcześniej lekceważony) okazał się niezwykle przydatny.

W drugim tygodniu marca w „York Chronicie” ukazała się notatka skierowana do dawnych członków Uczonego Towarzystwa Magów Yorku i do wszystkich, którzy chcieliby do niego wstąpić. Zapraszała tych panów do gospody Pod Odwieczną Gwiazdą na przyszłą środę (czyli w dzień, w którym tradycyjnie spotykali się magowie).

To dziwne ogłoszenie obraziło niemal wszystkich byłych członków towarzystwa. Zamieszczono je w gazecie, więc mógł je przeczytać każdy, kto dysponował jednym pensem. Co więcej, autor (nie wymieniony z nazwiska) uznał za stosowne zapraszać ludzi, by wstąpili do towarzystwa, do czego absolutnie nie miał prawa, niezależnie od tego, kim był.

Kiedy nadszedł ów ważny wieczór, dawni członkowie towarzystwa zjawili się w gospodzie, gdzie zastali mniej więcej pięćdziesięciu magów (albo pretendentów do tego tytułu) zgromadzonych w długiej sali. Najwygodniejsze miejsca były zajęte i dawni członkowie (między innymi pan Segundus, pan Honeyfoot i doktor Foxcastle) musieli usiąść na niewielkim podium, z dala od kominków. Miało to swoje dobre strony: mogli bez przeszkód obserwować nowych magów.

Widok ten nie rozradował ich serc. Tłum składał się z przypadkowych ludzi („Raczej nie ma wśród nich dżentelmenów”, zauważył doktor Foxcastle). Byli tu dwaj farmerzy i kilku sprzedawców. Wśród nich siedział blady młody człowiek o jasnych włosach i nerwowym usposobieniu, który opowiadał sąsiadom, że jest całkiem pewien, iż ogłoszenie zamieścił w gazecie sam Jonathan Strange i bez wątpienia pojawi się lada chwila we własnej osobie, by ich wszystkich nauczać magii! Był tam też (co ich nieco pocieszyło) duchowny, gładko ogolony, przyzwoicie wyglądający mężczyzna około pięćdziesiątki lub sześćdziesiątki, w czarnym stroju. Towarzyszył mu pies, szary i równie dystyngowany jak jego pan, oraz młoda urodziwa kobieta w sukni z czerwonego aksamitu, co już nie świadczyło najlepiej o mężczyźnie. Miała czarne włosy i zawzięty wyraz twarzy.

— Panie Taylor — powiedział doktor Foxcastle swemu akolicie — jeśli łaska, niech pan zasugeruje temu dżentelmenowi, że na spotkania nie przyprowadzamy członków rodziny.

Pan Taylor rzucił się do duchownego.

Z miejsca, w którym siedzieli, dawni członkowie towarzystwa magów uświadomili sobie, że gładko ogolony dżentelmen jest bardziej nieugięty, niż to sugerowało jego łagodne oblicze. Odpowiedział panu Taylorowi w ostry sposób.

Pan Taylor powrócił z następującą informacją:

— Pan Redruth prosi towarzystwo o wybaczenie, ale nie jest magiem. Bardzo go interesuje magia, lecz to nie on dysponuje magicznymi umiejętnościami, ale jego córka. Pan Redruth ma syna i trzy córki, twierdzi, że wszyscy są magami. Reszta jednak nie chciała przyjść na spotkanie. Pan Redruth mówi, że nie mają ochoty zadawać się z innymi magami, wolą bez przeszkód samotnie kontynuować naukę.

Zapadła cisza, podczas której byli członkowie towarzystwa usiłowali (bez powodzenia) cokolwiek z tego zrozumieć.

— Może i jego pies jest magiem — oznajmił doktor Foxcastle, a pozostali panowie wybuchnęli śmiechem.

Wkrótce stało się jasne, że nowo przybyli podzielili się na dwie grupy. Panna Redruth, młoda dama w aksamitnej sukni, przemówiła na początku. Miała niski głos i wypowiadała się dość nerwowo. Nie przywykła do publicznych wystąpień i nie wszyscy magowie ją słyszeli, jej przemowę zdominowały emocje. Zdaje się, że zamierzała udowodnić, iż Jonathan Strange był wszystkim! Gilbert Norrell niczym! Strange wkrótce zostanie zrehabilitowany, Norrell powszechnie skrytykowany! Magia uwolni się z oków, w które zakuł ją Gilbert Norrell! Te uwagi, razem z rozmaitymi odniesieniami do zaginionego arcydzieła Strange’a Historia i zastosowanie angielskiej magii, sprowokowały pełne złości wypowiedzi kilku innych magów. Twierdzili oni, że księga Strange’a pełna była niegodziwej magii, a sam Strange okazał się mordercą. Na pewno zabił swoją żonę i najprawdopodobniej również Norrella.

Dyskusja była coraz bardziej ożywiona, przerwało ją dopiero nadejście dwóch mężczyzn. Żaden z nich nie wyglądał ani trochę szacownie. Obaj mieli długie potargane włosy i stare płaszcze. Jeden był zwykłym obszarpańcem, drugi wydawał się człowiekiem odpowiedzialnym, nawet nie pozbawionym autorytetu.

Włóczęga nie zadał sobie trudu, by przyjrzeć się magom. Po prostu usiadł na podłodze i zażądał ginu oraz wrzątku. Drugi nieznajomy stanął na środku sali i patrzył na zebranych z drwiącym uśmiechem. Skłonił się pannie Redruth i zwrócił do magów następującymi słowy:

— Panowie! Pani! Być może niektórzy z was mnie pamiętają. Byłem z wami dziesięć lat temu, gdy pan Norrell prezentował magię w katedrze w Yorku. Nazywam się John Childermass. Jeszcze miesiąc temu pozostawałem na służbie u Gilberta Norrella. A to — wskazał mężczyznę na podłodze — to Vinculus, niegdyś uliczny sztukmistrz z Londynu.

Childermass nie zdołał powiedzieć nic więcej. Wszyscy zaczęli jednocześnie krzyczeć. Dawni członkowie Towarzystwa Magów Yorku skonstatowali, że nie po to opuścili swoje przytulne domostwa, by przyjść tu i słuchać pouczeń służącego. Lecz choć dżentelmeni dawali wyraz swemu oburzeniu, większość nowo przybyłych inaczej zareagowała na Childermassa. Byli albo strandżystami, albo norelitami. Ani jeden z nich nie widział swego mentora, więc bliskość osoby, która go znała i z nim rozmawiała, budziła ich niesłychany entuzjazm.

Childermassa nie peszyło to w najmniejszym stopniu. Poczekał, aż zgromadzeni się uciszą, po czym przemówił: