— Zatem nie pomoże mi pan? — spytał. — Nie sprowadzi pan tej młodej damy z krainy umarłych?
— Tego nie powiedziałem! — odparł dżentelmen tonem, który sugerował, że Norrell się myli. — Muszę przyznać, że przez stulecia nieco obrzydło mi towarzystwo rodziny i sług. Siostry i kuzynki mają mnóstwo zalet, lecz daleko im do ideału. Przykro mi to mówić, ale są chełpliwe, zarozumiałe i pyszne. Czy ta młoda dama — wskazał pannę Wintertowne — miała stosowne maniery i cnoty? Była elegancka? Błyskotliwa? Pełna życia? Kapryśna? Tańczyła jak promyk słońca? Jeździła konno jak burza? Śpiewała jak anioł? Wyszywała jak Penelopa? Władała francuskim, włoskim, niemieckim, bretońskim i walijskim? Oraz innymi językami?
Pan Norrell odparł, że zapewne. Sądził, że to typowe cechy współczesnych panien.
— Wobec tego będzie dla mnie doskonałą towarzyszką! — oświadczył dżentelmen o włosach jak puch ostu, klaszcząc w dłonie.
Pan Norrell nerwowo oblizał wargi.
— Co właściwie pan proponuje?
— Proszę o pół życia tej damy i umowa stoi.
— Pół życia? — powtórzył pan Norrell.
— Pół — przytaknął dżentelmen.
— Ale co jej przyjaciele powiedzą na taką wymianę?
— Och, nigdy się o tym nie dowiedzą. Proszę mi zaufać — odparł dżentelmen. — Poza tym teraz brak jej życia. Lepsze pół niż nic.
W rzeczy samej. Mając pół życia, panna Wintertowne wyszłaby za sir Waltera i ocaliła go przed bankructwem. Wtedy sir Walter mógłby utrzymać stanowisko i wesprzeć pana Norrella w jego planach odrestaurowania angielskiej magii. Pan Norrell jednak czytał wiele ksiąg, opisujących perypetie angielskich magów obcujących z przedstawicielami magicznej rasy, i wiedział, że elfy lubią zwodzić innych. Doszedł do wniosku, że przejrzał zamiary dżentelmena o włosach jak puch ostu.
— Ile trwa życie? — spytał.
Dżentelmen o włosach jak puch ostu rozłożył szeroko ręce.
— A ile ma trwać?
Pan Norrell rozważał to przez chwilę.
— Powiedzmy, że żyłaby do dziewięćdziesiątego czwartego roku życia. Dziewięćdziesiąt cztery lata to zacny wiek. Teraz ma dziewiętnaście lat. Czyli jeszcze siedemdziesiąt pięć. Gdyby podarował jej pan jeszcze siedemdziesiąt pięć lat, nie widzę powodu, dla którego nie miałby pan wziąć sobie połowy.
— A zatem siedemdziesiąt pięć lat — zgodził się dżentelmen o włosach jak puch ostu. — Dokładnie połowa z nich będzie należała do mnie.
Pan Norrell patrzył na niego w napięciu.
— Czy muszę coś zrobić? — zapytał. — Podpisać jakiś dokument?
— Nie, ale wezmę coś, co należy do tej damy, by zaznaczyć swoje prawo do niej.
— Może pierścień? — zasugerował pan Norrell. — Albo ten naszyjnik? Z pewnością zdołam wytłumaczyć brak klejnotów.
— Nie — odparł dżentelmen o włosach jak puch ostu. — To powinno być coś, co… Ach! Już wiem.
Drawlight i Lascelles siedzieli w salonie, gdzie pan Norrell i sir Walter Pole spotkali się po raz pierwszy. Było to doprawdy ponure miejsce. W kominku dogasał ogień, świece się dopalały. Nie zaciągnięto zasłon, nikt nie pozamykał okiennic. Deszcz melancholijnie stukał w parapety.
— Noc w sam raz na ożywianie umarłych — zauważył pan Lascelles. — Tło jest odpowiednie, deszcz i gałęzie uderzają o szyby, wiatr jęczy w kominie. Wciąż miewam dramatopisarskie ciągoty. Może dzisiejsze wydarzenia mnie zainspirują? Napiszę tragikomedię o tym, jak zubożały minister rozpaczliwie próbuje się dorobić, zaczynając od małżeństwa z rozsądku, a na czarach kończąc. Sztuka na pewno odniesie sukces. Chyba dam jej tytuł: Jaka szkoda, że to trup.
Lascelles umilkł, by jego towarzysz miał czas zaśmiać się z dowcipu, ale Drawlightowi nie było do śmiechu po tym, jak mag nie pozwolił mu obserwować czarów, więc powiedział jedynie:
— Jak sądzisz, dokąd się wszyscy udali?
— Nie wiem.
— Cóż, zważywszy na to, co obaj dla nich robimy, sądzę, że zasłużyliśmy na lepsze traktowanie. Jeszcze pół godziny temu byli nam niezwykle wdzięczni. Bardzo nieładnie, że całkiem o tym zapomnieli! I nawet nie poczęstowano nas ciastem. Jest wprawdzie za późno na kolację, ale umieram z głodu. I ogień dogasa — dodał.
— To dorzuć drew — poradził Lascelles.
— Co takiego? Mam się ubrudzić?
Świece dawno już zgasły i mrok spowijał pokój. Wielkie obrazy stały się jedynie kwadratami najgłębszej czerni zawieszonymi na nieco mniej czarnych ścianach.
— Zegar wybił wpół do drugiej — odezwał się nagle Drawlight. — Jaki to niesamowity dźwięk! Uch! Wszystkie okropieństwa w powieściach przydarzają się zawsze podczas bicia dzwonów albo gdy zegar wybija godzinę w pogrążonym w mrokach domostwie!
— Jakoś nie przypominam sobie żadnego okropieństwa, które wydarzyło się o wpół do drugiej — mruknął Lascelles.
W tym momencie usłyszeli kroki na schodach, a po chwili na korytarzu. Drzwi do salonu otwarły się gwałtownie. Stał w nich ktoś ze świecą w ręku.
Drawlight chwycił pogrzebacz, ale okazało się, że przyszedł pan Norrell.
— Proszę się nie bać, drogi panie. Nie ma czego.
Ale gdy pan Norrell uniósł świecę i panowie zobaczyli wyraz jego twarzy, zrozumieli, że wręcz przeciwnie — należy się bać, i to bardzo. Mag był blady, a w jego szeroko otwartych oczach czaiły się resztki strachu.
— Gdzie sir Walter? — zapytał. — Gdzie inni? Panna Wintertowne pragnie widzieć mamę.
Pan Norrell musiał powtórzyć ostatnie zdanie dwukrotnie, nim obaj dżentelmeni zdołali je zrozumieć.
Lascelles zamrugał dwa lub trzy razy i otworzył usta w zdumieniu. Potem, odzyskując panowanie nad sobą, zamknął usta, a jego oblicze przybrało wyniosły wyraz. Ta mina towarzyszyła mu od poranka, zupełnie jakby Lascelles regularnie wizytował domy, w których wskrzesza się młode damy i uważał ten konkretny przypadek za mało efektowny. Drawlight tymczasem miał do powiedzenia tysiąc rzeczy naraz i zapewne powiedział je wszystkie, ale nikt nie okazał mu ani odrobiny zainteresowania.
Gdy w końcu posłano po sir Waltera, a ten przyprowadził panią Wintertowne, pan Norrell powiódł starszą damę, roztrzęsioną i we łzach, do pokoju córki. Wiadomość o powrocie panny Wintertowne z zaświatów już obiegła dom.
Służba była uszczęśliwiona i wdzięczna panu Norrellowi, panu Drawlightowi i panu Lascellesowi. Kamerdyner i dwaj pokojowcy poprosili o wybaczenie i zasugerowali, żeby panowie Drawlight i Lascelles dali im znać, jeśli zapragną dowolnej drobnej przysługi, leżącej w zasięgu możliwości kamerdynera lub pokojowców. Pan Lascelles wyszeptał do przyjaciela, że nie przypuszczał, iż takie uczynki prowadzą do familiaryzowania się z ludźmi niskiego stanu. Było to bardzo niemiłe i w przyszłości zamierzał tego unikać. Szczęśliwie kamerdynera i pokojowców przepełniała taka radość, że w ogóle się nie zorientowali, jak straszliwie go obrazili.
Wkrótce ogłoszono, że panna Wintertowne wstała z łóżka i wsparta na ramieniu pana Norrella przeszła do własnej bawialni. Tam usadzono ją w fotelu przy kominku, a po chwili zażądała herbaty. Drawlight i Lascelles zostali poproszeni na górę do uroczego pokoiku, gdzie zastali pannę Wintertowne, jej matkę, sir Waltera, pana Norrella i kilku służących.
Z min zebranych można było wywnioskować, że to pani Wintertowne oraz sir Walter podróżowali tej nocy po nieziemskich krainach, ich oblicza były bowiem poszarzałe i ściągnięte. Pani Wintertowne szlochała, a sir Walter od czasu do czasu ocierał blade czoło jak ktoś, kto był świadkiem okropności.