Panna Wintertowne natomiast wydawała się spokojna i opanowana niczym dama, która spędziła cichy, nudny wieczór w domu. Była w tej samej sukni, którą miała na sobie, gdy Drawlight i Lascelles widzieli ją po raz ostatni. Podniosła się z fotela i uśmiechnęła do Drawlighta.
— Prawie się nie znamy, mówiono mi jednak, ile panu zawdzięczam. Obawiam się, że to dług nie do spłacenia. To, że tu jestem, jest w dużej mierze pańską zasługą. Dziękuję panu. Bardzo.
Wyciągnęła do niego ręce, a on ujął je w swoje dłonie.
— Ależ pani! — wykrzyknął, cały w ukłonach i uśmiechach. — Był to, zapewniam panią, zasz… — Nagle urwał i przez chwilę milczał. — Pani? — powiedział w końcu i zaśmiał się z zakłopotaniem (co było dziwne samo w sobie, gdyż Drawlight rzadko się peszył).
Nie wypuścił jej dłoni, ale rozejrzał się po pokoju, jakby szukając kogoś, kto wybawi go z opresji. Potem uniósł jedną rękę panny Wintertowne i pokazał ją właścicielce. Nie wydawała się ani trochę zaniepokojona tym, co zobaczyła, niemniej ją to zdumiało. Uniosła nieco dłoń, by matka mogła ją lepiej widzieć.
Mały palec lewej ręki panny Wintertowne zniknął.
Rozdział dziewiąty
Lady Pole
październik 1807
Pewna dama (nieskończenie przewyższająca mądrością autorkę tych słów) zauważyła, że świat bardzo jest łaskawy dla młodych, którzy albo umierają, albo biorą ślub. Wyobraź sobie zatem, czytelniku, zainteresowanie towarzyszące pannie Wintertowne! Żadna młoda dama nie znalazła się w tak uprzywilejowanej sytuacji: umarła we wtorek, wskrzeszono ją w środę nad ranem, a za mąż wychodziła w czwartek. Zdaniem niektórych to aż za wiele wrażeń w jednym tygodniu.
Każdy pragnął ją zobaczyć. Większość słyszała, że lady Pole straciła palec podczas wędrówki na tamten świat bądź w czasie powrotu. Wszystkich najbardziej frapowało, czy zmieniła się pod innymi względami. Tego nikt nie wiedział. W środowy poranek (ten po jej szczęśliwym powrocie) wyglądało na to, że główni sprawcy całego zamieszania zawiązali spisek w celu pozbawienia Londynu informacji. Poranni goście na Brunswick Square dowiedzieli się zaledwie, że panna Wintertowne i jej matka odpoczywają. Na Hanover Square to samo — pan Norrell był niezwykle zmęczony i absolutnie nie mógł przyjmować gości. Co do sir Waltera Pole’a to nikt nie wiedział, gdzie go szukać (podejrzewano, że bawi u pani Wintertowne na Brunswick Square). Gdyby nie panowie Drawlight i Lascelles (życzliwe dusze!), miasto nie miałoby o niczym pojęcia. Obaj dżentelmeni przemierzali Londyn karetą, odwiedzając niezliczone salony i bawialnie, jadalnie i pokoje do gry. Nie sposób powiedzieć, ile zaproszeń na kolację otrzymał tego dnia Drawlight. Szczęśliwie nigdy nie grzeszył łakomstwem, gdyż okazji do dogodzenia żołądkowi miał tego dnia aż nadto. Pięćdziesiąt bądź więcej razy zmuszony był opisywać, jak po powrocie panny Wintertowne obie damy, matka i córka, szlochały, jak z sir Walterem Pole’em ściskali sobie dłonie, jak wylewnie mu dziękowano i jak błagał, by sir Walter zapomniał już o sprawie. I na koniec jak panna Wintertowne nalegała, by pan Drawlight oraz pan Lascelles powrócili do domu jej karetą.
Sir Walter Pole opuścił dom pani Wintertowne koło siódmej rano i udał się do siebie na kilkugodzinną drzemkę. W południe wrócił jednak na Brunswick Square, tak jak podejrzewano na mieście (sąsiedzi wiedzą o nas wszystko!). O tej porze dla pani Wintertowne było już jasne, że córka zyskała dziwną sławę. Można by powiedzieć, że z dnia na dzień zdobyła rozgłos. Niektórzy zostawiali wizytówki przy drzwiach, inni, o których młoda dama nigdy nie słyszała, nadsyłali listy i gratulacje. „Zaklinam panią”, napisał jeden z natrętów, „by uwolniła się pani od ciężaru cienistej doliny, którą pani objawiono”.
To, że nie znane jej persony uważają się za uprawnione do komentowania tak osobistych spraw, jak śmierć i zmartwychwstanie, i dają upust ciekawości w listach do córki, budziło wielkie niezadowolenie pani Wintertowne. Nie szczędziła tym wulgarnym, źle wychowanym osobom słów potępienia i po przybyciu na Brunswick Square sir Walter zmuszony był ich wysłuchać.
— Droga pani, radzę dłużej o tym nie myśleć. My, politycy, dobrze wiemy, że godność i milczenie to najlepsza obrona przed impertynencją.
— Och! Sir Walterze! — wykrzyknęła przyszła teściowa. — Bardzo mnie cieszy, że często podziela pan moje opinie. Godność i milczenie. Otóż to. W kwestii przejść biednej Emmy należy zachować absolutną dyskrecję. Po jutrzejszym dniu w ogóle nie zamierzam do tego powracać.
— Nie posuwałbym się tak daleko — powiedział sir Walter. — Należy mieć na względzie pana Norrella. — Zawsze będzie nam przypominał o wczorajszych zajściach. Obawiam się, że jesteśmy skazani na jego towarzystwo. Nie sposób się odwdzięczyć za taką przysługę. — Umilkł, a po chwili dodał: — Na szczęście pan Norrell sam był łaskaw wskazać, jak mogę spłacić dług wdzięczności.
Była to aluzja do wcześniejszej rozmowy obu dżentelmenów. O czwartej nad ranem pan Norrell zasadził się na sir Waltera na schodach i wyłuszczył mu bardzo szczegółowo swoje plany pokonania Francuzów magią.
Pani Wintertowne powiedziała, że z przyjemnością okaże panu Norrellowi szacunek i swoje względy. Przed nikim nie zamierza kryć, jak bardzo go ceni. Nie tylko dysponuje on niezwykłymi umiejętnościami magicznymi — o których, jej zdaniem, nie ma potrzeby wspominać podczas jego wizyt — ale do tego jest zacnym starszym dżentelmenem.
— Istotnie — przytaknął sir Walter. — Najważniejsze, by panna Wintertowne nie brała na swe barki więcej, niż jest w stanie udźwignąć. Właśnie to przede wszystkim pragnąłem z panią omówić. Nie wiem, czy zgodzi się pani ze mną, ale należałoby przełożyć ślub o tydzień lub dwa.
Pani Wintertowne nie zachwycił ten plan. Poczyniono wszystkie niezbędne przygotowania. Większość potraw — zupa, galarety, gotowane mięsa, marynowany jesiotr — już czekała. Po cóż marnotrawić tyle dóbr, skoro trzeba by je przygotowywać od nowa za tydzień bądź dwa? Sir Walterowi nie wypadało polemizować z argumentami oszczędnego gospodarowania. Zaproponował zatem, by spytać pannę Wintertowne, czy czuje się na siłach wziąć udział w uroczystości.
Podnieśli się z foteli i poszli do bawialni panny Wintertowne na drugim piętrze.
— Och! — odparła panna Wintertowne na pytanie o swoje samopoczucie. — Nigdy nie czułam się lepiej. Jestem bardzo silna i zdrowa, dziękuję. Dziś wybrałam się na przechadzkę. Rzadko spaceruję i równie rzadko mam ochotę zażywać ruchu, ale tego ranka czułam się w domu jak w więzieniu. Zapragnęłam wyjść.
Sir Walter przejął się słowami narzeczonej.
— Czy to rozsądne? — Popatrzył na panią Wintertowne.
Matka otworzyła usta, chcąc zaprotestować, lecz młoda dama zaśmiała się tylko i wykrzyknęła:
— Och! Mama nie miała o niczym pojęcia, zapewniam pana. Wyszłam, gdy spała. Towarzyszyła mi Barnard. Okrążyłam Brunswick Square dwadzieścia razy. Dwadzieścia! Przedziwne, prawda? Nabrałam nieokiełznanej ochoty na przechadzkę. Najchętniej puściłabym się pędem, gdyby to było możliwe, ale wiadomo, w Londynie… — Znów wybuchnęła śmiechem. — Chciałam iść dalej, ale Barnard nie wyraziła na to zgody. Była strasznie zaniepokojona i przejęta, że lada moment zemdleję. Nie pozwoliła, by dom zniknął nam z pola widzenia.
Nie mogli oderwać od niej wzroku. Była to chyba najdłuższa przemowa, jaką sir Walter miał okazję słyszeć z jej ust. Panna Wintertowne siedziała wyprostowana, z błyszczącymi oczyma i rumieńcem na twarzy. Wyglądała jak okaz zdrowia i urody. Mówiła szybko i z pasją, była radosna i niezwykle ożywiona, całkiem jakby pan Norrell nie tylko przywrócił ją do życia, ale w dodatku ofiarował jej go dwakroć lub trzykroć więcej. Zadziwiające.