Выбрать главу

— Na litość boską, stary durniu! Czemuś mi od razu tego nie powiedział? Przyniósłbym całą butelkę!

Pan Strange spojrzał na niego ze zdumieniem i powiedział łagodnie, że nie musi przynosić następnego kieliszka, skoro to taki problem.

Służący wrócił do kuchni (zastanawiając się po drodze, czy nie był nazbyt obcesowy), ale kilka minut później znów usłyszał dzwonek. Pan Strange siedział przy biurku z listem w dłoni, i spoglądał przez okno na czarną jak smoła deszczową noc.

— Po drugiej stronie wzgórza mieszka pewien człowiek — powiedział — i ten list, Jeremy, musi do niego trafić przed świtem.

Ach! — pomyślał nowy pokojowiec — jak gładko poszło! Pilna sprawa konieczna do przeprowadzenia pod osłoną nocy! Mogło to oznaczać jedno: pan już zaczął przedkładać jego usługi nad usługi innych. Zachwycony oznajmił więc gorliwie, że natychmiast wyruszy, i wziął list, na którym widniało jedno słowo: „Wyvern”. Spytał, czy dom nosi jakąś nazwę, żeby mógł go znaleźć po nocy, jeśli zgubi drogę.

Pan Strange zaczął tłumaczyć, że dom nie ma nazwy, lecz po chwili wybuchnął śmiechem.

— Pytaj o Wyverna albo gospodarstwo Złamane Serce — powiedział.

Wyjaśnił pokojowcowi, że musi zejść z głównej drogi przy wyłamanej furtce, naprzeciwko piwiarni Blackstocka. Za furtką znajdzie ścieżkę, która zaprowadzi go prosto do Złamanego Serca.

I tak nowy sługa zabrał konia, latarnię i wyjechał na główną drogę. Noc była bardzo posępna, głośno wył wiatr i zacinał ponury deszcz, przenikając na wskroś pokojowca, który wkrótce przemarzł do szpiku kości.

Ścieżka zaczynała się naprzeciwko piwiarni Blackstocka i wiła wokół wzgórza. Była straszliwie zarośnięta, właściwie nawet nie zasługiwała na miano ścieżki, a na środku rosły nawet młode drzewka. Silny wiatr zamieniał je w rózgi, które chłostały walczącego z zimnem służącego. Po przebyciu mniej więcej kilometra czuł się jak po walce z kilkoma krzepkimi przeciwnikami (a jako krewki osobnik często wdawał się w sprzeczki w miejscach publicznych i to uczucie było mu dobrze znane). Przeklinał Wyverna, niedbałego próżniaka, za to, że nawet nie potrafił zadbać o swój żywopłot. Gdy po godzinie dotarł do miejsca, które niegdyś pewnie było polem, a teraz dziczą pełną głogów i ciernistych krzewów, pożałował, że nie wziął z sobą toporka. Przywiązał konia do drzewa i postanowił pieszo przedrzeć się przez chaszcze. Kolce były duże, ostre i liczne. Kilka razy tak nadział się na krzaki (tu ręka, z tyłu wykręcona noga), że ogarnęły go wątpliwości, czy w ogóle się stąd wydostanie. Dziwne, że za tak wysokim murem cierni ktoś mieszkał. Nowy pokojowiec uznał, że nie będzie zdumiony, jeśli się okaże, że pan Wyvern śpi od stu lat. Cóż, to mi nie przeszkadza, pomyślał, bylebym tylko nie musiał go całować.

Kiedy nad wzgórzem wstał smutny, szary poranek, nowy pokojowiec dotarł do zrujnowanego domku, który chyba miał złamany kręgosłup, a nie serce. Ściana z kominem odchylała się na zewnątrz, a sam komin wyglądał tak, jakby lada moment miał runąć. Osypujące się kamienne dachówki pozostawiały otwory, przez które prześwitywały przypominające żebra belki. Dzikie bzy i cierniste krzewy zarosły wnętrze, z werwą wybiły okna i wypchnęły drzwi z framug.

Pokojowiec stał przez pewien czas w deszczu, kontemplując ten ponury widok. Gdy uniósł głowę, zauważył, że ze szczytu wzgórza zmierza ku niemu jakaś baśniowa postać w wielkim, dziwnym kapeluszu i z laską w dłoni. Po chwili okazał się jednak, że był to zwykły farmer trzymający zwinięty kawał płótna nad głową, by nie zmoknąć.

— Człowieku! Coś ty sobie zrobił? — powitał pokojowca. — Cały jesteś we krwi, a twój strój w strzępach.

Posłaniec popatrzył na siebie i przekonał się, że to wszystko prawda. Wyjaśnił, że ścieżka jest zarośnięta i pełna cierni. Farmer spoglądał na niego ze zdumieniem.

— Przecież jest i dobra droga! — wykrzyknął. — Niespełna pół kilometra stąd, na zachód, doszedłbyś dwa razy szybciej! Kto, u licha, kazał ci wędrować tą ścieżką?

Pokojowiec nie odpowiedział, ale spytał, czy farmer zna pana Wyverna z gospodarstwa Złamane Serce.

— To dom Wyverna, ale on nie żyje od pięciu lat. Gospodarstwo Złamane Serce, mówisz? Kto ci powiedział, że tak się nazywa? Ktoś spłatał ci figla. Stara ścieżka, gospodarstwo Złamane Serce, coś takiego! Chociaż nazwa całkiem pasuje. Wyyernowi rzeczywiście pękło tu serce. Miał biedak pecha, był właścicielem ziemi, która spodobała się pewnemu dżentelmenowi z doliny. Kiedy Wyvern nie chciał jej sprzedać, dżentelmen przysłał nocą oprychów, by wykopali całą fasolę, marchew i kapustę zasadzoną przez Wyverna, a kiedy i to nie pomogło, wytoczył mu proces. Biedny Wyvern nie miał pojęcia o prawie i w żaden sposób nie potrafił sobie poradzić z jego zawiłościami.

Nowy pokojowiec podumał nad tym przez chwilę.

— Wydaje mi się, że znam nazwisko tego dżentelmena.

— Och — prychnął farmer. — Każdy je zna. — Popatrzył uważniej na posłańca. — Człowieku, jesteś biały jak mleczny pudding i drżysz tak, jakbyś miał się rozpaść na kawałki!

— Zimno mi — przyznał pokojowiec.

Wtedy farmer (przedstawił się jako Bullbridge) zaczął nalegać, by rozmówca wrócił z nim do domu i posiedział przy kominku. Rozgrzałby się, zjadł coś i wypił, a może i chwilę poleżał. Służący podziękował jednak i powiedział, że po prostu mu zimno, to nic takiego.

Bullbridge wyprowadził więc nowego pokojowca na główną drogę (nie przez ciernie), którą ten wrócił do domu pana Strange’a.

Posępne białe słońce na ponurym białym niebie wyglądało jak alegoryczny obraz rozpaczy. W drodze do domu nowy pokojowiec wyobraził sobie, że słońce to biedny Wyvern, a niebo to piekielne czeluście i że to pan Strange wrzucił tam Wyverna, by ten cierpiał na wieki.

Gdy posłaniec wrócił w końcu do domu, inni służący otoczyli go kołem.

— Och, młody człowieku! — wykrzyknął kamerdyner z troską w głosie. — Jak ty wyglądasz?! Czy to przez sherry, Jeremy? Rozgniewał się przez sherry?

Pokojowiec osunął się z konia na ziemię, złapał kamerdynera za frak i zaczął błagać o wędkę, tłumacząc, że musi natychmiast wyłowić biednego Wyverna z piekła.

Po kilku innych równie logicznych wywodach służący szybko zrozumieli, że nowy pokojowiec zaziębił się i majaczy. Położyli go więc do łóżka i posłali po lekarza. Gdy dowiedział się o tym Laurence Strange, wysłał drugiego posłańca, by przekazał lekarzowi, że nie będzie potrzebny. Następnie Strange oświadczył, że ma ochotę na kleik, i nakazał kamerdynerowi przysłać nowego pokojowca. Kamerdyner natychmiast udał się na poszukiwania pana Jonathana Strange’a, żeby błagać go o ratunek, ale na nieszczęście młodszy pan Strange wstał wcześnie i pojechał do Shrewsbury. Spodziewano się go dopiero na następny dzień. Wobec tego służący musieli wywlec nowego sługę z łóżka, ubrać go, włożyć mu w drżącą dłoń tacę z kleikiem i przepchnąć go przez próg. Przez cały dzień pan Strange żądał rozmaitych drobiazgów, których dostarczycielem (co bardzo wyraźnie zaznaczył) miał być nowy pokojowiec.

O zmroku służący był rozpalony jak żeliwny kocioł i bredził o beczkach z ostrygami. Pan Strange oświadczył jednak, że zamierza czuwać drugą noc z rzędu i że nowy pokojowiec ma mu towarzyszyć. Dzielny kamerdyner poprosił pana Strange’a, by ten pozwolił mu go zastąpić. — Ach! Nie masz pojęcia, jak polubiłem tego człowieka — odrzekł pan Strange, a w jego oczach błysnęła odraza. — Życzę sobie, by zawsze był blisko mnie. Twoim zdaniem marnie wygląda? Według mnie brak mu świeżego powietrza.