Выбрать главу

I otworzył okno nad biurkiem. Natychmiast w pokoju zapanował lodowaty chłód, do środka wleciało kilka śnieżnych płatków. Kamerdyner westchnął, oparł pokojowca (który znów się słaniał) o ścianę i dyskretnie wsunął mu do kieszeni rękawiczki.

O północy pokojówka zaniosła panu Strange’owi nieco kleiku. Po powrocie do kuchni oznajmiła, że Strange znalazł rękawiczki, wyjął je i położył na biurku. Służący ze smutkiem udali się na spoczynek, przekonani, że do rana nowy sługa wyciągnie kopyta.

Nadszedł ranek. Drzwi do gabinetu pana Strange’a były zamknięte. Minęła siódma, a nikt nie zadzwonił na służbę, nikt nie wyszedł. Potem ósma. Potem dziewiąta. Dziesiąta. Służący w rozpaczy załamywali ręce.

Zapomnieli jednak, podobnie jak sam Laurence Strange, że nowy pokojowiec to młody, krzepki mężczyzna, tymczasem Strange miał już swoje lata, a zmuszony był przecież dzielić z nim niektóre katusze dzisiejszej nocy. Siedem po dziesiątej kamerdyner i woźnica weszli razem do gabinetu i znaleźli służącego na podłodze, pogrążonego we śnie. Gorączka minęła. W głębi pokoju przy biurku siedział zamarznięty Laurence Strange.

Kiedy wieści o tych wydarzeniach obiegły okolicę, każdy chciał zobaczyć nowego pokojowca, tak jak każdy chciałby zobaczyć pogromcę smoków albo człowieka, który pokonał olbrzyma. Rzecz jasna, służący cieszył się z uznania. Przy którejś z kolei opowieści o swoich wyczynach odkrył, że to, co naprawdę powiedział panu Strange’owi, gdy ten zażądał trzeciego kieliszka sherry, brzmiało: „Och, niegodziwy stary grzeszniku! Możesz sobie dręczyć porządnych ludzi i wpędzać ich do grobu, ale wkrótce odpowiesz za każde westchnienie, które przez ciebie wyrwało się z piersi uczciwego człowieka, za każdą łzę, którą wycisnąłeś z oka wdowy!” Niebawem okolica dowiedziała się, że kiedy życzliwy pan Strange otworzył okno z zamiarem wyziębienia nowego sługi na śmierć, ten wykrzyknął: „Pierwej będziesz drżał, Laurensie Strange’u, na koniec będziesz się smażył! Pierwej będziesz drżał, na koniec będziesz się smażył!” — iście prorocza aluzja do obecnej sytuacji pana Strange’a.

Rozdział piętnasty

Jak się miewa lady Pole?

styczeń 1808

Jak się miewa lady Pole?

To pytanie było na ustach wszystkich obywateli. Na Covent Garden o świcie przekupnie pytali kwiaciarki: „Jak się miewa lady Pole?” U Ackermanna na Strandzie sam pan Ackermann rozpytywał klientów (arystokratów i wybitne osoby), czy mają nowe informacje o lady Pole. W Izbie Gmin podczas nudnych mów członkowie parlamentu szeptem pytali o to sąsiadów (obserwując kątem oka sir Waltera). W garderobach na Mayfair o brzasku pokojówki; błagając swe panie o wybaczenie, pytały: „…lecz czy lady Pole była wieczorem na balu? Jakże się miewa?”

I tak krążyły te pytania. „Och, lady Pole miewa się bardzo dobrze, doskonale” — brzmiała odpowiedź.

Dowodzi to smutnego ubóstwa naszego języka, gdyż lady Pole miewała się o wiele lepiej niż dobrze. W porównaniu z nią inni ludzie wydawali się bladzi i zmęczeni, niczym żywe trupy. Niezwykła energia, którą zaprezentowała rankiem po zmartwychwstaniu, wcale jej nie opuściła. Gdy lady Pole zażywała przechadzki, ludzie wodzili spojrzeniem za damą idącą niesłychanie żwawym krokiem, a towarzyszący jej lokaj, biedaczysko, wlókł się zwykle z tyłu, czerwony na twarzy i bez tchu. Pewnego dnia minister wojny wychodził z banku Drummonda na Charing Cross i zderzył się nagle z lady Pole, która pędziła ulicą. Runął jak długi, ona zaś pomogła mu wstać, wyraziła nadzieję, że nic mu się nie stało, i zniknęła, nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć.

Jak każda dziewiętnastoletnia dama lady Pole przepadała za tańcami. Nie opuszczała ani jednego na żadnym balu. Tańczyła bez zadyszki i bardzo ją oburzało, że wszyscy tak szybko wychodzą.

— Jak można nazwać tak niemrawe przyjęcie balem?! — narzekała w rozmowie z sir Walterem. — Tańczyliśmy ledwie trzy godziny. — Po czym wyrażała zdziwienie słabą kondycją innych tancerzy. — Biedactwa! Bardzo mi ich żal.

Za jej zdrowie piła armia, marynarka i Kościół. Sir Waltera Pole’a często nazywano największym szczęśliwcem w królestwie i on sam podzielał tę opinię. Panna Wintertowne, biedna, blada, chora panna Wintertowne, wzbudzała jego współczucie, ale tryskającą zdrowiem i humorem lady Pole szczerze podziwiał. Kiedy niechcący przewróciła ministra wojny, sir Walter uznał to za przedni dowcip i wszystkim o tym opowiadał. Zwierzył się również lady Winsell, swej bliskiej przyjaciółce, że lady Pole jest dla niego żoną idealną — bystrą, energiczną, doskonałą pod wszystkim względami. Największe wrażenie robiły na nim jej niezależne poglądy.

— W zeszłym tygodniu powiedziała, że rząd nie powinien pożyczać pieniędzy ani słać wojsk królowi Szwecji, jak już zdecydowaliśmy, lecz raczej udzielić wsparcia rządom Portugalii i Hiszpanii i w tych krajach stworzyć bazę do naszych działań przeciwko Bonapartemu. W wieku lat dziewiętnastu tak głęboko przemyśliwać rozmaite sprawy i wysnuwać tyle wniosków! W wieku lat dziewiętnastu tak śmiało sprzeciwiać się rządowi! Naturalnie, powiedziałem jej, że powinna trafić do parlamentu!

Lady Pole uosabiała wszystko, co ludzi fascynuje w pięknie, polityce, bogactwie i magii. Śmietanka towarzyska nie miała wątpliwości, że przeznaczeniem młodej damy jest wieść prym wśród najznamienitszych obywateli stolicy. Była mężatką już niemal trzy miesiące, nadszedł więc czas obrać kurs wyznaczony jej przez Los oraz socjetę. Wysłano zaproszenia na wspaniałą kolację, która miała się odbyć w drugim tygodniu stycznia.

Pierwsze przyjęcie młodej mężatki to doniosłe wydarzenie i pociąga za sobą mnóstwo drobnych utrapień. Osiągnięcia, które przyjmowano z uznaniem przez trzy lata, odkąd opuściła progi szkoły, to za mało. Gustowne stroje, dobór klejnotów, konwersacje po francusku, gra na fortepianie i śpiew już nie wystarczą. Teraz młoda mężatka musi poświęcić uwagę francuskiej kuchni i winom. Inni mogą jej doradzać w ważnych sprawach, lecz powinna ona polegać na własnym guście i preferencjach. Z pewnością będzie pogardzała stylem podejmowania gości prezentowanym przez jej matkę, będzie chciała robić wszystko całkiem inaczej. W Londynie modne towarzystwo bywa na kolacjach cztery, pięć razy w tygodniu. Czy świeżo upieczona małżonka, do tego dziewiętnastoletnia i rzadko do tej pory odwiedzająca kuchnię, zdoła obmyślić posiłek, który zadziwi i zadowoli tak wyrafinowane podniebienia?

Pozostaje jeszcze kwestia sług. W nowym domu świeżo upieczonej mężatki wszyscy lokaje są na nowym terenie. Jeśli na gwałt potrzeba świec, innego widelca, grubej tkaniny do przeniesienia gorącej wazy z zupą, to gdzie je znajdą? W wypadku domostwa lady Pole na Harley Street pod numerem dziewiątym problemów było o wiele więcej. Połowa służących przybyła z hrabstwa Northampton, z posiadłości lady Pole w Great Hitherden, połowę zaś stanowili londyńczycy. Każdy wie, że służba ze wsi bardzo różni się od tej ze stolicy. Nie jest to właściwie kwestia obowiązków — gotować, czyścić i przynosić rzeczy trzeba zarówno w hrabstwie Northampton, jak i w Londynie. Nie, różnica polega przede wszystkim na sposobie wykonywania tych obowiązków. Dajmy na to, że ziemianin odwiedza sąsiada. Pod koniec wizyty lokaj podaje ziemianinowi płaszcz i pomaga mu go włożyć. To naturalne, że przy okazji zapytuje z szacunkiem o małżonkę. Ziemianin nie jest ani trochę urażony i sam rewanżuje się podobnym pytaniem. Być może słyszał, że babcia lokaja przewróciła się i potłukła, wycinając kapustę w swoim ogródku, i chciałby wiedzieć, czy wróciła do zdrowia. Ziemianin i lokaj żyją w małym światku i znają się od dzieciństwa. W Londynie to nie uchodzi. Londyńskiemu lokajowi nie wolno zaczepiać gości swojego pana. Musi się zachowywać tak, jakby nie wiedział, że na świecie istnieją babcie i kapusta.