Выбрать главу

— Doprawdy? — zainteresował się pan Canning. — I jaki los spotkał myszy?

— Ukryły się w dziurach za boazerią.

— Ha! — wykrzyknął pan Lascelles. — Proszę mi wierzyć, drogi panie, nie było w tym żadnej magii. Gibbons usłyszał hałas, przestraszył się włamania, wypowiedział zaklęcie, otworzył drzwi i nie znalazł rabusiów, lecz myszy. A prawda jest taka, że od początku tam były. Wszystkie te historie są wyssane z palca. W Lincoln mieszka pewien nieżonaty duchowny o nazwisku Malpas. Wraz z siostrą postawił sobie za cel sprawdzać wydarzenia rzekomo powiązane z magią. W żadnym nie dopatrzył się prawdy.

— Ten duchowny i jego siostra bardzo podziwiają pana Norrella — dodał pan Drawlight z entuzjazmem. — Są zachwyceni, że ktoś przywróci Anglii szlachetną sztukę magii. Nie mogą znieść kłamstw nędznych naśladowców pana Norrella! Mierzi ich, że inni pragną przydać sobie ważności jego kosztem! To dla niego afront! Pan Norrell był tak miły, że zaopatrzył ich w niezawodne środki, dzięki którym mogą bez żadnych wątpliwości udowodnić fałsz takich pretensji — państwo Malpasowie jeżdżą po kraju faetonem, zawstydzając uzurpatorów!

— Pan Lascelles jest chyba zbyt łaskaw dla Gibbonsa — oświadczył pan Norrell z typową dla siebie pedanterią. — Wcale nie wiadomo, czy Gibbons nie działa z premedytacją. Na pewno skłamał w sprawie biblioteki. Wysłałem Childermassa na oględziny i podobno nie ma w niej ani jednej księgi sprzed 1760 roku. Bezwartościowe! Całkiem bezwartościowe!

— Pozostaje nam jednak nadzieja, że duchowny i jego siostra wkrótce odkryją autentycznego maga — powiedziała lady Pole do pana Norrella. — Kogoś, kto ulżyłby panu w obowiązkach.

— Och! To niemożliwe! — wykrzyknął Drawlight. — Zęby dokonywać takich niezwykłych czynów, pan Norrell skrył się przed światem i przez wiele lat studiował księgi. Niestety, poświęcenie własnych interesów dla interesów kraju to niezwykła rzadkość! Zapewniam państwa, że nie ma nikogo podobnego!

— Jednak duchowny i jego siostra nie mogą ustawać w poszukiwaniach — upierała się lady Pole. — Wiem z własnego przykładu, ile wysiłku wymaga jeden magiczny czyn. Proszę pomyśleć, jak bardzo wskazana byłaby obecność asystenta.

— Wskazana, lecz mało prawdopodobna — mruknął pan Lascelles. — Malpasowie nie trafili na nic, co mogłoby sugerować, że ktoś o takich umiejętnościach w ogóle istnieje.

— Wszak sam pan mówił, że nie szukali! — zauważyła lady Pole. — Mają za zadanie demaskować fałszywą magię, a nie znajdować nowych magów. Nic prostszego, jak podczas podróży faetonem rozpytywać, kto czaruje i kto ma bibliotekę. Z pewnością ten dodatkowy obowiązek nie będzie im zbytnio ciążył i zrobią wszystko, by panu pomóc. — (To ostatnie powiedziała do pana Norrella). — Musimy mieć nadzieję, że wkrótce odniosą sukces, gdyż zapewne doskwiera panu samotność.

W odpowiednim czasie spożyto godziwe porcje mniej więcej pięćdziesięciu dań i lokaje zabrali zastawę. Panie się wycofały, a dżentelmeni zostali przy winie. Tym razem jednak mniej niż zwykle cieszyło ich własne towarzystwo. Nie mieli serca do plotek o znajomych, nawet polityka wydawała się nudna. Jednym słowem czuli, że chcieliby się znów znaleźć w towarzystwie lady Pole, więc powiedzieli sir Walterowi — nie było to pytanie, lecz stwierdzenie — że tęskni za żoną. Odparł, że nie. To być nie mogło! Powszechnie bowiem wiadomo, że dżentelmeni tuż po ślubie marnieją z dala od swych połowic. Nawet najkrótsza rozłąka może ich wpędzić w depresję i przyprawić o spazmy żołądka. Goście sir Waltera pytali jeden drugiego, czy gospodarz nie wygląda nieco markotnie. Wspólnie doszli do wniosku, że i owszem. Zaprzeczył. Och, robi dobrą minę do złej gry, nieprawdaż? Miło z jego strony, ale gołym okiem widać, że przypadek jest beznadziejny. Wobec tego postanowili zmiłować się nad nim i dołączyć do dam.

W kącie jadalni, przy kredensie, Stephen Black patrzył na wychodzących dżentelmenów. Trzej lokaje, Alfred, Geoffrey i Robert, pozostali w pokoju.

— Podawać herbatę, proszę pana? — spytał Alfred niewinnie.

Stephen Black wzniósł smukły palec na znak, że mają pozostać na miejscu, i lekko zmarszczył brwi, by dać do zrozumienia, że należy zachować milczenie. Czekał, aż dżentelmeni znikną, a wtedy wykrzyknął:

— Co się, u licha, dzisiaj dzieje z wami wszystkimi?! Alfredzie! Wiem, że nieczęsto widujesz takie towarzystwo, ale to nie powód, by zapominać o doświadczeniu! Byłem zdumiony twoją głupotą!

Alfred wymamrotał przeprosiny.

— Lord Castlereagh poprosił o kuropatwę z truflami. Słyszałem wyraźnie! A ty przyniosłeś mu dżem truskawkowy! Coś ty sobie myślał?

Alfred wymamrotał coś niewyraźnie, dało się słyszeć jedynie słowo „groza”.

— Przestraszyłeś się? Czego?

— Wydawało mi się, że widzę jakąś postać za krzesłem lady Pole.

— Alfredzie, co ty wygadujesz?

— Wysokiego jegomościa w zielonym fraku, z grzywą lśniących srebrzystych włosów. Pochylał się i zaglądał w twarz lady Pole. Ale po chwili nikogo tam nie było.

— Alfredzie, spójrz na tamtą stronę pokoju.

— Tak, proszę pana.

— Co widzisz?

— Zasłonę, proszę pana.

— I co jeszcze?

— Żyrandol.

— Aksamitna kotara i żyrandol pełen świec. Oto twój odziany w zielony frak siwowłosy jegomość. Teraz pomóż Cissie odnieść porcelanę, a w przyszłości nie bądź taki niemądry. — Stephen Black odwrócił się do drugiego lokaja. — Geoffrey! Zachowywałeś się równie okropnie. Przysiągłbym, że myślisz o czymś zupełnie innym. Co masz na swoją obronę?

Biedny Geoffrey nie odpowiedział od razu. Mrugał powiekami, zaciskał wargi i w ogóle robił wszystko, co robi człowiek, kiedy usiłuje powstrzymać łzy.

— Przepraszam, ale muzyka mnie rozproszyła.

— Jaka muzyka? — chciał wiedzieć Stephen. — Nie było żadnej muzyki. Patrz! Słuchaj! Kwartet smyczkowy dopiero zaczął występ w salonie.

— Ależ, nie, proszę pana! Chodzi mi o piszczałkę i wiolę, które przez cały czas grały obok, gdy damy i dżentelmeni jedli kolację. Och, proszę pana! To była najsmutniejsza muzyka, jaką kiedykolwiek słyszałem. Mało mi serce nie pękło!

Stephen patrzył na niego ze zdumieniem.

— Nie rozumiem cię — powiedział. — Nie było piszczałki ani wioli. — Odwrócił się do ostatniego lokaja, ciemnowłosego mężczyzny lat około czterdziestu. — Robercie! Zupełnie nie wiem, co ci powiedzieć! Czy nie rozmawialiśmy wczoraj?

— Rozmawialiśmy, proszę pana.

— Czy nie mówiłem ci, jak bardzo mi zależy, byś świecił przykładem?

— Tak, proszę pana.

— Jednakże z dziesięć razy podchodziłeś tego wieczoru do okna! Co ty sobie myślałeś? Lady Winsell rozglądała się, szukając kogoś, kto przyniesie jej czysty kieliszek. Miałeś się zajmować stołem, a nie oknem, i obsługiwać gości lady Pole!

— Przepraszam, ale słyszałem stukanie w okno.

— Stukanie? Jakie stukanie?

— Gałęzi o szybę, proszę pana.

Stephen Black ze zniecierpliwieniem machnął ręką.

— Ależ, Robercie, koło domu nie rośnie żadne drzewo! Wiesz o tym doskonale.

— Wydawało mi się, że wokół domu wyrósł las — powiedział Robert.

— Co takiego?! — krzyknął Stephen.

Rozdział szesnasty

Utracona Nadzieja

styczeń 1808

Służący na Harley Street wciąż byli święcie przekonani, że miewają widzenia i słyszą po kątach żałośliwe dźwięki. Kucharza Johna Longridge’a i podkuchenne prześladował dźwięk żałobnych dzwonów. W rezultacie, jak wyjaśniał Longridge Stephenowi Blackowi, każdy przypominał sobie natychmiast wszystkich zmarłych, wszystkie wartościowe rzeczy, które utracił, całe zło, jakie mu się przytrafiło. Służący byli przygnębieni i smutni, odechciewało im się żyć.