Выбрать главу

Choć w zasadzie zgodnie ze zwyczajem zmieniano partnerów po dwóch tańcach, Stephen zauważył, że dżentelmen o włosach jak puch ostu tańczy z lady Pole przez cały wieczór i rzadko odzywa się do innych osób na sali. Nie zapomniał jednak o Stephenie. Za każdym razem gdy go widział, uśmiechał się, kiwał głową i dawał do zrozumienia, że na tym wspaniałym balu najbardziej cieszy go właśnie widok Stephena Blacka.

Rozdział siedemnasty

Niewytłumaczalna obecność dwudziestu pięciu gwinei

styczeń 1808

Najlepszy sklep kolonialny w Londynie to U Brandy’ego na St. James’s Street. Nie jestem odosobniona w tej opinii. Dziad sir Waltera Pole’a, sir William Pole, nie chciał kupować kawy, czekolady ani herbaty nigdzie indziej, twierdząc, że w porównaniu z „wyborową mocno prażoną kawą turecką” pana Brandy’ego wszystkie pozostałe kawy mają mączysty posmak. Trzeba jednak wspomnieć, że poparcie sir Williama Pole’a miało swoje dobre i złe strony. Choć nie szczędził on pochwał, a ekspedientów zawsze traktował uprzejmie i życzliwie, rzadko płacił rachunki, a kiedy umarł, okazało się, że jest winien sklepowi sporą sumkę. Pan Brandy, drażliwy staruszek o zasuszonej twarzy, ze złości wychodził ze skóry, a wkrótce zszedł z tego świata. Wielu podejrzewało, że celowo — by ścigać szlachetnie urodzonego dłużnika.

Po śmierci pana Brandy’ego sklep prowadziła wdowa. Pan Brandy ożenił się raczej późno i czytelnika zapewne nie zdziwi informacja, że pani Brandy nie zaznała, wiele szczęścia w małżeństwie. Szybko odkryła, że pan Brandy woli patrzeć na gwinee i szylingi zamiast na nią. A trzeba przyznać, że wszystko w niej było urocze i słodkie: miękkie brązowe loczki, jasnoniebieskie oczy i łagodna minka. Wydaje się, że stary człowiek, taki jak pan Brandy, którego jedyną zaletą jest majątek, powinien cenić sobie młodą i ładną żonę, i dokładać starań, by zadowolić ją pod każdym względem. Tak jednak nie było. Do tego stopnia nie lubił wydawać pieniędzy, że nie podarował jej nawet domu, choć bez trudu mógłby sobie na to pozwolić — wolał mieszkać w pokoiku nad sklepem na St. James’s Street. Przez dwanaście lat małżeństwa mieszkanko to służyło pani Brandy za salon, sypialnię, jadalnię oraz kuchnię. Za to niespełna trzy tygodnie po śmierci pana Brandy’ego wdowa kupiła dom w Islington, obok Angel, i przyjęła trzy pokojówki — Sukey, Dafney i Delphinę.

Zatrudniła również dwóch ekspedientów do obsługi klientów. John Upchurch był statecznym człowiekiem, pracowitym i zdolnym, Toby Smith zaś nerwowym rudzielcem, którego zachowanie często zdumiewało panią Brandy. Czasem był milczący i nieszczęśliwy, przy innych okazjach robił się radosny i pełen wiary w siebie. Pewne niezgodności w rachunkach (mogą się pojawić w każdym interesie) oraz zdenerwowanie Toby’ego zaniepokoiły panią Brandy do tego stopnia, że zaczęła się obawiać, iż ekspedient przywłaszcza sobie drobne sumki. Pewnego styczniowego wieczoru sprawy przybrały jednak niespodziewany obrót. Pani Brandy siedziała w pokoiku nad sklepem, gdy nagle rozległo się stukanie do drzwi. Po chwili, powłócząc nogami, wszedł Toby Smith. Unikał spojrzenia chlebodawczyni.

— O co chodzi, Toby?

— Jeśli można, proszę pani. — Toby rozglądał się po całym pomieszczeniu. — Pieniądze się nie zgadzają. John i ja wciąż liczymy, ale nic z tego nie można zrozumieć.

Pani Brandy cmoknęła, westchnęła i spytała, o jaką sumę chodzi.

— O dwadzieścia pięć gwinei.

— Dwadzieścia pięć gwinei! — wykrzyknęła z przerażeniem. — Dwadzieścia pięć gwinei?! Jak mogliśmy tyle stracić?! Och! Mam nadzieję, że się mylisz, Toby. Dwadzieścia pięć gwinei! Nawet nie przypuszczałam, że w sklepie może być tyle pieniędzy. Och, Toby! — Uderzyła ją nowa myśl. — Na pewno nas obrabowali.

— Nie, proszę pani — odparł Toby. — Nie chodzi o to, że brakuje dwudziestu pięciu gwinei. Mamy ich o tyle za dużo.

Pani Brandy wpatrywała się w niego.

— Sama pani zobaczy, jeśli zejdzie do sklepu — powiedział Toby.

Z niespokojnym wyrazem twarzy przytrzymał jej drzwi. Pani Brandy zbiegła po schodach, a Toby podążył za nią.

Była mniej więcej dziewiąta wieczór, bezksiężycowa noc. John i Toby zamknęli okiennice i pogasili lampy. W sklepie powinno być ciemno choć oko wykol, ale wypełniało go łagodne złociste światło, najwyraźniej emanujące z tego, co leżało na ladzie.

A był to stosik błyszczących gwinei. Pani Brandy uniosła jedną i poczuła się tak, jakby trzymała w dłoni kulę żółtego światła z monetą na dnie. Światło było niezwykłe. W jego poświacie pani Brandy, John i Toby wyglądali inaczej: pani Brandy dumnie i wyniośle, John chytrze i zwodniczo, a Toby bezwzględnie i okrutnie. Rzecz jasna, cechy te były im całkiem obce. Jeszcze dziwniejsza zmiana zaszła w tuzinie małych mahoniowych szuflad zajmujących jedną ścianę sklepu. Zazwyczaj umieszczone na nich pozłacane litery opisywały zawartość szuflad: Lebioda (zasuszona), Limonka (nie zasuszona), Kolendra, Szczypior, Pietruszka, Pieprz cayenne, Nanercz zachodni, Drożdże, Soczewica i Proso, a także inne towary nieodzowne w modnym i dobrze prosperującym sklepie kolonialnym. Dzisiaj litery te układały się w napisy: Litość (zasłużona), Litość (niezasłużona), Koszmary, Szczęście, Pech, Prześladowanie przez krewnych, Niewdzięczność dzieci, Dezorientacja, Spostrzegawczość i Prawdomówność. Chyba żadne z nich nie dostrzegło tej zmiany. I dobrze, bo pani Brandy bardzo by się tym przejęła. Nie miałaby pojęcia, ile liczyć za nowe artykuły.

— No cóż, skądś się musiały tu wziąć — oznajmiła. — Czy ktoś dziś spłacił rachunek?

John pokręcił głową. Toby również.

— Poza tym — dodał Toby — nikt nie jest nam tyle winien, poza, rzecz jasna, księżną Worksop. Ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, proszę pani, by…

— Tak, tak, Toby, wystarczy — przerwała pani Brandy i zamyśliła się. — Może jakiś dżentelmen, chcąc otrzeć krople deszczu z twarzy, wyciągnął chusteczkę, a pieniądze wypadły mu z kieszeni?

— Ale my nie znaleźliśmy ich na podłodze — zauważył John. — Były w kasetce, razem z resztą.

— Wobec tego nie wiem, co powiedzieć — oznajmiła pani Brandy. — Czy ktoś płacił dziś gwineą?

Nie, odparli Toby i John, nikt dziś nie płacił gwineą, nie mówiąc już o dwudziestu pięciu gwineach ani o dwudziestu pięciu osobach płacących gwineą.

— I do tego są takie żółte, proszę pani — powiedział John. — Każda bliźniaczo podobna do innych, bez plamki ani zmatowienia.

— Lecieć po pana Blacka? — spytał Toby.

— O tak! — przytaknęła pani Brandy z zapałem.

A może jednak nie. Nie powinniśmy kłopotać pana Blacka, jeśli nie dzieje się nic poważnego. A przecież się nie dzieje, prawda? A może się dzieje? Nie potrafię powiedzieć.

Nagłe pojawienie się dużej sumy to taka rzadkość w naszych czasach, że ani Toby, ani John nie umieli pomóc chlebodawczyni w ustaleniu, czy dobrze się stało, czy też wręcz przeciwnie.

— Pan Black jest taki mądry — ciągnęła pani Brandy. — Śmiem twierdzić, że natychmiast rozwikła tę zagadkę. Idź na Harley Street, Toby. Przekaż ode mnie panu Blackowi wyrazy uszanowania i powiedz mu, że kiedy będzie miał wolne, chętnie chwilę z nim pogawędzę. Nie, czekaj. Nie mów tak, to brzmi bardzo arogancko. Musisz przeprosić, że mu przeszkadzasz, i powiedzieć, że jeśli będzie miał wolne, będę bardzo wdzięczna — nie, zaszczycona, nie, wdzięczna — będę wdzięczna za chwilę rozmowy.