Выбрать главу

Takiej właśnie chwili Stephen obawiał się przez całe życie. Pomyślał, że lada moment przybędą konstable, trafi przed oblicze sędziego i nawet przyjaźń sir Waltera Pole’a nie zdoła go ocalić. Czy angielski sędzia będzie umiał wyobrazić sobie czarnego człowieka, który nie kradnie i nie kłamie? Czarnego człowieka, który jest szacowną osobą? Mało prawdopodobne. Teraz jednak, gdy stanął oko w oko ze swym przeznaczeniem, Stephen uświadomił sobie, że jest mu ono obojętne, i patrzył na to, co się dzieje, jakby oglądał sztukę rozgrywającą się za grubą szybą albo na dnie jeziora.

Korpulentny dżentelmen wybałuszył oczy pełne strachu, złości i oburzenia. Otworzył usta, by oskarżyć Stephena, w tej samej chwili jednak zaczął się zmieniać w drzewo. Z ramion odrzuconych na boki wystrzeliły gałęzie, a jego twarz pokryła się korą. Mężczyzna urósł na siedem metrów, a tam, gdzie poprzednio były kapelusz i parasol, wił się teraz gęsty bluszcz. Dąb na Piccadilly, pomyślał obojętnie Stephen. Niezwykłe.

Piccadilly też się zmieniło. Nieopodal przejeżdżała kareta. Najwyraźniej należała do kogoś ważnego, gdyż ciągnęły ją cztery siwki, a oprócz woźnicy z przodu na skrzyni za budą stali dwaj lokaje. Na drzwiach karety widniał herb. Stephen patrzył, jak konie zaczęły się wydłużać, aż w końcu wcale nie było ich widać — w tym samym momencie zmieniły się w gaj wiotkich brzóz. Powóz był teraz krzakiem ostrokrzewu, a woźnica i lokaje stali się sową i dwoma słowikami, które prędko odleciały. Dama i dżentelmen na przechadzce porośli gałązkami, zamieniając się w krzew czarnego bzu, pies zaś okazał się zmierzwioną kępą suchych paproci. Lampy gazowe nad ulicą wessało niebo — przeobraziły się w gwiazdy pośród mozaiki zimowych drzew. Piccadilly było teraz ledwie dostrzegalną ścieżką w ciemnym zimowym lesie.

I tak jak we śnie, kiedy najbardziej niezwykłe zdarzenia akceptuje się bez trudu, Stephen uznał, że nie ma się czemu dziwić. Był wręcz pewien, że zawsze wiedział, iż Piccadilly znajduje się nieopodal magicznego lasu.

Ruszył ścieżką.

Otaczały go ciemności i cisza. Nad głową gwiazdy błyszczały jaśniej niż zazwyczaj, a korony drzew były jedynie czarnymi kształtami, zwykłymi plamami ciemności pozbawionymi gwiazd.

Wszechogarniający smutek i otępienie, które przez cały dzień przytłaczały jego umysł i duszę, zniknęły. Stephen zaczął rozmyślać nad dziwnym snem z ubiegłej nocy, w którym spotkał niezwykłą istotę o włosach jak puch ostu. Zabrała go do niesamowitego domu, gdzie tańczył z dziwacznymi osobami.

Smutny dzwon rozbrzmiewał tutaj głośniej niż w Londynie, a Stephen podążał ścieżką za jego dźwiękiem. Po krótkiej chwili dotarł do olbrzymiego kamiennego gmachu o tysiącu okien. Dom otoczony był wysokim murem. Stephen minął go (choć nie miał pojęcia jak, nie dojrzał przecież śladu bramy) i znalazł się na ogromnym i przerażającym podwórzu. Wszędzie walały się czaszki, pogruchotane kości i zardzewiała broń. Wprawdzie dom był ogromny i urządzony z przepychem, ale wejść doń można było jedynie przez maleńkie drzwiczki. I Stephen musiał schylić głowę, by dostać się do środka. Nagle znalazł się w tłumie ludzi w przepięknych strojach.

Tuż za drzwiami stali dwaj dżentelmeni. Mieli na sobie ciemne fraki, białe pończochy bez skazy, rękawiczki i culotte do tańca. Rozmawiali o czymś żywo, ale gdy Stephen przekroczył próg sali, jeden z nich odwrócił się z uśmiechem.

— O, Stephen Black! — powiedział. — Czekaliśmy na ciebie!

W tym samej chwili rozległy się dźwięki wioli i piszczałki.

Rozdział osiemnasty

Sir Walter zasięga rady dżentelmenów rozmaitych profesji

luty 1808

Lady Pole siedziała przy oknie, blada i smutna. Bardzo niewiele mówiła, a jeśli już się odzywała, jej uwagi były dziwne i nie na temat. Kiedy mąż i przyjaciele z niepokojem pytali, co się dzieje, odpowiadała, że ma dość tańca. Co do muzyki, była to najokropniejsza rzecz na świecie — dziwne, że wcześniej tego nie dostrzegała.

Sir Walter uznał milczenie i obojętność za wielce niepokojące. Zbyt przypominały chorobę, która przysporzyła młodej damie tyle cierpienia przed ślubem i zakończyła się przedwczesną śmiercią. Czy wcześniej nie była blada? Cóż, teraz też. Czy nie odczuwała wtedy zimna? Podobnie i dziś.

Podczas poprzedniej choroby lady Pole nie oglądał żaden lekarz, co — rzecz jasna — wszyscy medycy potraktowali jako policzek wymierzony ich profesji.

— Ach! — wykrzykiwali, gdy tylko padło nazwisko lady Pole. — Magia, która przywróciła jej życie, bez wątpienia jest wspaniała, ale gdyby na czas podano właściwe lekarstwa, nie byłoby konieczności jej stosowania.

Pan Lascelles miał rację, twierdząc, że wina leży po stronie pani Wintertowne. Nie cierpiała lekarzy i nigdy nie pozwoliła im zbliżać się do córki. Sir Walter nie miał takich uprzedzeń. Natychmiast posłano po pana Bailliego.

Pan Baillie był Szkotem i zasłużonym lekarzem Anglii. Napisał wiele dzieł o mądrze brzmiących tytułach i piastował stanowisko Królewskiego Medyka Nadzwyczajnego. Miał rozsądne oblicze i chodził z laską zakończoną złotą gałką, by zaznaczyć swe dostojeństwo. Szybko zareagował na wezwanie sir Waltera, zamierzając udowodnić wyższość medycyny nad magią. Po badaniu wyszedł i oświadczył, że lady Pole pozostaje w doskonałym zdrowiu. Nawet się nie zaziębiła.

Sir Walter wyjaśnił, że dziś jest zupełnie inna niż kilka dni wcześniej. Pan Baillie uważnie przyjrzał się sir Walterowi. Powiedział, że chyba rozumie problem. Sir Walter i jego małżonka pobrali się niedawno, prawda? Cóż, sir Walter musi mu wybaczyć, ale medycy często mają obowiązek mówić rzeczy, których nie powiedzieliby inni. Sir Walter nie nawykł jeszcze do małżeństwa. Wkrótce odkryje, że po ślubie ludzie często się kłócą. Nie ma się czego wstydzić, nawet najbardziej oddane sobie pary miewają odmienne zdanie, a wtedy czasami któryś z partnerów udaje niedyspozycję. Być może lady Pole postępuje tak dopiero od niedawna. Czy może ostatnio się przy czymś upierała? Jeśli chodzi o drobiazgi, jak nowa suknia lub czepek, może warto ustąpić, skoro tak bardzo tego pragnęła. A jeśli sprawa dotyczyła czegoś ważniejszego, jak dom albo wyprawa do Szkocji, lepiej byłoby z nią o tym porozmawiać. Pan Baillie był pewien, że lady Pole jest rozsądną osobą.

Zapadła cisza, podczas której sir Walter mierzył pana Bailliego wzrokiem.

— Lady Pole i ja się nie kłócimy — powiedział w końcu.

Ach, odparł łagodnie pan Baillie. Sir Walterowi mogło się wydawać, że nie było żadnej kłótni. Tak to bywa, że dżentelmeni nie dostrzegają pewnych sygnałów. Pan Baillie radzi dobrze to przemyśleć. Może sir Walter powiedział coś, co rozdrażniło lady Pole? Pan Baillie nie szukał winnych. Dzieląc życie, ludzie muszą czasem iść na drobne ustępstwa.

— Ale lady Pole nie ma zwyczaju zachowywać się jak rozpieszczone dziecko!

Bez wątpienia, bez wątpienia, oświadczył pan Baillie. Lady Pole jest jednak bardzo młoda, a młodym powinno się pozwalać na odrobinę dąsów. Młodość ma swoje prawa. Sir Walter powinien mieć to na względzie. Pan Baillie nabierał entuzjazmu do dyskusji. Znał przykłady (zaczerpnięte z historii i literatury) zrównoważonych, mądrych obywateli, którzy popełniali głupstwa w młodości, jednakże jedno spojrzenie na sir Waltera przekonało go, że nie powinien ciągnąć tematu.