— No właśnie. A zatem, skoro sam nie spisałeś tego proroctwa, gdzie je znalazłeś?
Przez chwilę Vinculus się wahał, ale nagle oznajmił:
— Spisano je w księdze.
— Księdze? Jakiej księdze? Biblioteka mojego pana jest bardzo zasobna, a nie zna on takiego proroctwa.
Vinculus milczał.
— W twojej księdze? — dociekał Childermass.
— Jest w moim posiadaniu.
— Skąd ją masz? Komu ją ukradłeś?
— Nie ukradłem. Odziedziczyłem. To największa chwała i największe brzemię, jakie spoczęło na ludzkich barkach w obecnych czasach.
— Jeśli faktycznie jest cenna, możesz ją sprzedać Norrellowi. Płaci bajońskie sumy za książki.
— Mag z Hanover Square nigdy nie dostanie tej księgi. Nigdy jej nawet nie ujrzy.
— Gdzie ukrywasz ten wielki skarb?
Vinculus zaśmiał się zimno, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie zamierza wyznać tego słudze swego wroga.
Childermass nakazał dziewczynie przynieść jeszcze piwa. Popijali je w milczeniu. Następnie dysponent wydobył talię kart z kieszeni płaszcza i pokazał je Vinculusowi.
— Tarok marsylski. Widziałeś już coś podobnego?
— Nieraz. — Vinculus pokiwał głową. — Twoje karty są jednak inne.
— To kopia talii pewnego marynarza, którego poznałem w Whitby. Kupił te karty w Genewie, by pomogły mu szukać ukrytego złota piratów. Ale ich nie rozumiał. Chciał mi je sprzedać, ale nie stać mnie było. Doszliśmy do porozumienia: przepowiedziałem mu przyszłość, a w zamian pożyczył mi karty, żebym mógł je skopiować.
— Niestety, statek odpłynął, nim ukończyłem rysunki, więc połowa powstała z pamięci.
— Co mu przepowiedziałeś?
— Prawdę. Że utonie przed końcem roku.
Vinculus zaśmiał się z aprobatą.
Gdy Childermass układał się z marynarzem, najwyraźniej nie stać go było również na papier, więc rysował karty na odwrocie rachunków z piwiarni, spisów ubrań z pralni, listów i afiszów. Później przykleił te rysunki na kolorowy karton, ale na niektórych pismo przebijało i karty prezentowały się dość osobliwie.
Childermass wyłożył dziewięć kart w rzędzie. Odwrócił pierwszą.
Pod obrazkiem widniała liczba i nazwa: VIIII. LJErmite. Karta przedstawiała starego człowieka w szacie zakonnej z kapturem. Dzierżył w dłoni latarnię i szedł z laską, jakby na skutek długiego siedzenia i nauki nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zdawało się, że od karty bije suchość, która wręcz pochłania obserwatora, jakby rysunek był pokryty warstwą pyłu.
— Hm — mruknął Childermass. — Chwilowo twymi czynami rządzi Pustelnik. Cóż, tego sam się domyśliłem.
Następna karta, Le Mat, jedyna bez numeru, jakby nie była związana z pozostałymi, przedstawiała człowieka idącego drogą pod zielonym drzewem. Jednym kijem się podpierał, a na drugim miał przywiązany tobołek. Za nim skakał piesek. Postać symbolizowała głupca albo błazna z dawnych czasów. Nosił dzwoneczek na czapce, a przy kolanach czerwone i zielone wstążki. Wyglądało na to, że Childermass nie potrafi zinterpretować znaczenia tej karty. Zastanawiał się przez moment, a potem odwrócił dwie następne: VIII. La Justice , kobieta w koronie, z mieczem i wagą, oraz dwójka pałek. Pałki były skrzyżowane: być może symbolizowały także rozdroże.
Childermass parsknął śmiechem.
— Coś podobnego. — Splótł ręce na piersiach i z rozbawieniem popatrzył na Vinculusa. — Ta karta tutaj — postukał w La Justice — mówi, że rozważyłeś swoje wybory i podjąłeś decyzję. Ta — wskazał dwójkę pałek — wyjaśnia, jaka to decyzja: ruszasz w drogę. Najwyraźniej marnowałem czas. Już postanowiłeś opuścić Londyn. Tyle protestów, Vinculusie, choć od początku zamierzałeś odejść!
Vinculus wzruszył ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że Childermass nie mógł oczekiwać po nim innego zachowania.
Piątą kartą był Valet de Coupe, Walet Kielichów. Zwykle walet to osoba młoda, ten obrazek jednak przestawiał dojrzałego mężczyznę z pochyloną głową. Miał on potargane włosy i gęstą brodę. W lewej dłoni dzierżył ciężki kielich, z pewnością jednak nie tłumaczyło to pełnego napięcia wyrazu twarzy postaci, no, chyba że był to najcięższy kielich świata. Musiał dźwigać inne brzemię. Ze względu na materiały użyte przez Childermassa do tworzenia kart obrazek wyglądał bardzo szczególnie. Narysowano go na odwrocie listu, a litery przebijały przez papier. Strój waleta pokryty był plątaniną bazgrołów, które prześwitywały nawet na twarzy i rękach.
Na widok tej karty Vinculus wybuchnął śmiechem. Postukał waleta przyjaźnie, jakby na powitanie. Childermass poczuł się mniej pewnie.
— Musisz przekazać komuś wiadomość — powiedział z wahaniem.
Vinculus skinął głową.
— Czy następna karta pokaże mi tę osobę?
— Tak.
— Och! — Vinculus sam obrócił szóstą kartę.
Okazał się nią Cavalier de Baton, Rycerz Pałek. Mężczyzna w kapeluszu o szerokim rondzie siedział na jasnym koniu. Elementami charakterystycznymi okolicy, przez którą jechał, było kilka kamieni i kępki trawy pod kopytami konia. Strój jeźdźca wyglądał schludnie i elegancko, ale z jakiejś dziwnej przyczyny rycerz dzierżył w dłoni ciężką pałkę. Właściwie słowo „pałka” to przesada. Był to gruby konar, z którego wyrastały gałązki i listki. Vinculus podniósł kartę i uważnie ją obejrzał.
Siódmą kartą była dwójka mieczy. Childermass nic nie powiedział, lecz natychmiast odwrócił ósmą kartę — Le Pendu, Wisielec. Dziewiątą kartę nazwano Le Monde, Świat. Ukazywała nagą kobietę w tańcu, a w rogach karty widniał anioł, orzeł, skrzydlaty byk oraz skrzydlaty lew, czyli symbole ewangelistów.
— Możesz oczekiwać spotkania, które doprowadzi do ciężkiej próby, może nawet śmierci — oznajmił Childermass. — Karty nie mówią, czy przeżyjesz, ale cokolwiek się stanie, ona — dotknął ostatniej karty — oznacza, że osiągniesz swój cel.
— Zdołałeś mnie poznać? — spytał Vinculus.
— Niezupełnie, ale wiem o tobie więcej niż wcześniej.
— Sam widzisz, że różnię się od innych.
— Nic tu nie świadczy o tym, że jesteś kimś więcej niż zwykłym szarlatanem — mruknął Childermass i zaczął zbierać karty.
— Czekaj — rzekł Vinculus. — Przepowiem ci przyszłość.
Wziął karty i wyłożył dziewięć. Obracał je powoli, jedną po drugiej: XVIII. La Lune , XVI. La Maison Dieu , odwrócony. Dziewiątka mieczy, Valet de Baton, dziesiątka pałek odwrócona, III. La Papesse , X. La Rove de Fortune, dwójka monet, Król Kielichów. Popatrzył na nie. Podniósł La Maison Dieu i uważnie przyjrzał się karcie, lecz nie odezwał się ani słowem.
Childermass wybuchnął śmiechem.
— Masz rację, Vinculusie. Jesteś inny niż wszyscy. Oto moje życie, tu na stole. Nie potrafisz go jednak odczytać. Dziwny z ciebie osobnik — przeciwieństwo wszystkich magów z ostatnich stuleci. Oni mieli ogromną wiedzę i za grosz talentu, ty masz talent, ale brak ci wiedzy. Na nic ci twoje umiejętności.
Vinculus brudnymi paznokciami podrapał chudy, blady policzek. Childermass zaczął zbierać karty, ale raz jeszcze sztukmistrz mu przeszkodził i pokazał, że ponownie je rozłoży.