— To dziwne! — wykrzyknął Jeremy, gdy przejechali. — Nic tam nie było!
— Nie, był człowiek. Nie dziwię się, że go nie dostrzegłeś. Początkowo wziąłem go za przerośnięty korzeń, ale z pewnością był to człowiek — szary, zabiedzony, wymizerowany.
Droga prowadziła do ciemnego lasu. Ciekawość Jeremy’ego Johnsa rosła. Zastanawiał się, kim był ten człowiek i co wieśniacy chcieli mu zrobić. Strange raz czy drugi odpowiedział na pytanie służącego, ale wkrótce znów pogrążył się w myślach o pannie Woodhope.
Najlepiej będzie uniknąć dyskusji o zmianach po śmierci ojca, deliberował. To zbyt niebezpieczne. Zacznę od lekkich, niezobowiązujących tematów, na przykład od przygód w tej podróży. Cóż mogłoby ją rozbawić? Podniósł wzrok. Otaczały go złowieszczo pochylone drzewa. Musi być coś takiego. Przypomniał sobie wiatrak, który widzieli nieopodal Hereford, z dziecięcą pelerynką na łopacie. Gdy wiatr obracał łopatami, pelerynka zanurzała się w pośniegowym błocie, a w następnej chwili wznosiła niczym jaskrawoczerwona chorągiewka. Całkiem jak alegoria tego czy owego. Potem opowiem jej o pustej wiosce i dzieciach zerkających zza zasłonek, jednym z laleczką w ręce, a drugim z drewnianym konikiem. Potem przyjdzie pora na milczący zbrojny tłum i człowieka pod żywopłotem. „Och”, powie ona z pewnością. „Biedak! Co się z nim stało?” Nie wiem. „Chyba został pan, by pomóc?” Nie, odpowie Strange. „Ach”, ona na to…
— Czekaj! — Ściągnął lejce. — Tak nie można! Musimy wracać. Niepokoi mnie ten człowiek pod żywopłotem.
— Och! — zakrzyknął Jeremy Johns z ulgą. — Cieszę się, proszę pana. Mnie on też niepokoi.
— Pewnie nie zabrałeś pistoletów, prawda? — spytał Strange.
— Nie, proszę pana.
— Psia… — zaczął Strange i się skrzywił, bo panna Woodhope była przeciwniczką przekleństw. — A nóż? Coś w tym rodzaju?
— Nie. Proszę się jednak nie obawiać. — Jeremy zeskoczył z konia i zanurkował w podszycie. — Te gałęzie znakomicie się nadadzą na pałki.
Znalazł potężne gałęzie, które ktoś odrąbał z drzew i rzucił na ziemię. Podał jedną z nich swemu panu. Właściwie nie wyglądała jak pałka, raczej konar porośnięty gałązkami.
— No cóż — mruknął Strange. — Lepsze to niż nic. Jeremy zaopatrzył się w taką samą gałąź i tak uzbrojeni powrócili do wioski i milczącego tłumu.
— Hej, ty! — zakrzyknął Strange do mężczyzny w pasterskiej bluzie, przewiązanej kilkoma zrobionymi na drutach szalami, i w kapeluszu o szerokim rondzie. Pomachał pałką, w swoim mniemaniu groźnie. — Co…?
W tej samej chwili kilka osób z tłumu obróciło się równocześnie, przykładając palce do ust. Do Strange’a podszedł inny człowiek. Był lepiej ubrany od pierwszego, w prążkowany płaszcz. Przyłożył dłoń do kapelusza i powiedział bardzo cicho:
— Proszę o wybaczenie, ale czy zechciałby pan zabrać stąd konie? Tupią i parskają.
— Ale… — zaczął Strange.
— Ciii! — wyszeptał mężczyzna. — Pański głos jest zbyt donośny. Zbudzi go pan.
— Zbudzę go? Kogo?
— Człowieka pod żywopłotem. To mag. Nigdy pan nie słyszał, że budząc maga przed czasem, ryzykuje się, że jego sny przejdą do naszego świata?
— Kto wie, o jakich okropnościach śni? — dodał szeptem inny człowiek.
— Skąd jednak… — zaczął Strange.
Kilka osób z tłumu znów się odwróciło, marszcząc z oburzeniem czoła i gestami dając mu do zrozumienia, by zamilkł.
— Skąd wiecie, że to mag? — wyszeptał.
— Och! Ostatnie dwa dni spędził w Monk Gretton. Rozpowiada po całej wsi, że jest magiem. Pierwszego dnia przekonał część dzieci, żeby wykradły pasztet i piwo ze spiżarni matek. Wmówił im, że to dla królowej elfów. Wczoraj wędrował po Farwater Hali, naszej najwspanialszej posiadłości. Jej właścicielka, pani Morrow, zapłaciła mu za wróżbę, ale powiedział jej tylko, że jej syn, kapitan Morrow, zginął z ręki Francuzów. Teraz biedna dama leży w łóżku i powtarza, że pozostanie w nim aż do śmierci. Mamy już dość tego człowieka. Chcemy go zmusić do odejścia. Jeśli stąd nie zniknie, wtrącimy go do więzienia.
— Cóż, to bardzo rozsądne — wyszeptał Strange. — Nie rozumiem jednak…
W tej samej chwili mężczyzna pod żywopłotem otworzył oczy. Tłum jęknął, ale kilka osób cofnęło się o krok.
Przebudzony odsunął się od żywopłotu. Nie było to łatwe, bo gałązki głogu, gałęzie bzu, wici bluszczu, jemioła i czarcia miotła wplątały mu się nocą w ubiór, członki i włosy albo do niego przymarzły. Usiadł. Nie wydawał się ani trochę zdumiony publicznością, można by nawet pomyśleć, że wręcz jej oczekiwał. Popatrzył na zebranych i wydał kilka wzgardliwych pomruków. Przejechał ręką po włosach, usuwając z nich suche liście, gałązki i z tuzin skorków.
— Wyciągnąłem dłoń — wymamrotał w przestrzeń. — Rzeki Anglii zawróciły i popłynęły w przeciwną stronę.
Poluzował krawat i wyciągnął kilka pająków, które znalazły sobie kryjówkę w jego koszuli. Przy okazji zademonstrował, że szyje pokrytą ma dziwnym wzorem niebieskich linii, kropek, krzyżyków i kółek. Potem poprawił krawat i tak oto ukończywszy poranną toaletę, wstał.
— Nazywam się Vinculus — oświadczył. Jak na osobę, która spędziła noc pod żywopłotem, miał silny i dźwięczny głos. — Od dziesięciu dni wędruję na zachód, szukając człowieka, który zostanie wielkim magiem. Dziesięć dni temu ujrzałem jego wizerunek i teraz dzięki mistycznym znakom widzę, że to ty!
Wszyscy rozejrzeli się, by zobaczyć, kogo ma na myśli. Człowiek w koszuli pasterskiej i szalach podszedł do Strange’a i pociągnął go za płaszcz.
— Chodzi o pana — powiedział.
— O mnie?
Vinculus podszedł do Strange’a.
— Dwaj magowie objawią się w Anglii — oznajmił.
Pierwszy się zlęknie, drugi zapragnie mnie ujrzeć.
Pierwszy będzie na usługach złodziei i morderców, drugi snuć będzie knowania na własną zgubę.
Pierwszy pogrzebie serce w mrocznym lesie pod śniegiem, lecz bólu czuć nie przestanie.
Drugi w ręku wroga dojrzy najcenniejszą swą własność…
— Rozumiem — przerwał mu Strange. — A którym jestem, pierwszym czy drugim? Nie, nie mów. To bez znaczenia. Obaj wydają się okropni. Jak na kogoś, kto pragnie, żebym został magiem, roztaczasz przede mną niezbyt radosne perspektywy. Wkrótce zamierzam się ożenić i życie w lasach w towarzystwie złodziei i morderców byłoby dla mnie nieco kłopotliwe. Proponuję, żebyś wybrał kogoś innego.
— Nie wybrałem cię, magu! Wskazano cię dawno temu.
— Ktokolwiek zatem mnie wybrał, poważnie się rozczaruje.
Vinculus zignorował tę uwagę i chwycił konia Strange’a, żeby rozmówca mu nie umknął. Potem wyrecytował całe proroctwo, jak niegdyś panu Norrellowi w bibliotece na Hanover Square. Strange przyjął je z podobnym entuzjazmem jak pan Norrell. Pochylił się na koniu i oświadczył bardzo powoli i wyraźnie:
— Nie mam pojęcia o magii!
Vinculus milczał. Wyglądało na to, że lada chwila przyzna, iż może to stanowić niejaką przeszkodę. Na szczęście od razu przyszło mu do głowy rozwiązanie: sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej kartki, do których przyczepiły się źdźbła słomy.
— Proszę — powiedział. Wydawał się jeszcze bardziej tajemniczy i groźny niż przed chwilą. — Tu są zaklęcia, które… O nie! Nie mogę ci ich ot tak podarować! — (Strange wyciągnął po nie rękę.) — To cenna rzecz. Długo cierpiałem i wiele przeszedłem, by je zdobyć.