Tereny wokół Domu Cieni nie zasłużyły być może na miano ogrodu. Od ponad stu lat nikt się nimi nie zajmował. Nie były jednak lasem ani dziczą. Nie istnieje w naszym języku słowo opisujące ogród maga dwieście lat po jego śmierci. Panowie Segundus i Honeyfoot w życiu nie widzieli tak gęstego, bujnie porośniętego ogrodu, który sprawiał wrażenie całkowicie dzikiego.
Pana Honeyfoota zachwycało dosłownie wszystko. Wyraził podziw dla wielkiej alei wiązów, gdzie drzewa rosły zanurzone w morzu jaskraworóżowych naparstnic. Zadziwiła go rzeźba lisa, który trzymał w pysku małe dziecko. Opowiadał z ożywieniem o niezwykłej magicznej atmosferze tego miejsca i oświadczył, że nawet pan Norrell mógłby dojść tutaj do całkiem nowych wniosków.
W rzeczywistości jednak pan Honeyfoot nie był szczególnie podatny na tę atmosferę. Pan Segundus zaś zaczął odczuwać niepokój. Nabierał przekonania, że ogród Absaloma ma na niego dziwny wpływ. Kilkakrotnie, gdy tak spacerował z panem Honeyfootem, zdawało mu się, że widzi znajomych ludzi, i już chciał się z nimi witać. Innym razem pomyślał, że rozpoznaje pewne miejsca. Ale gdy otwierał usta, uświadamiał sobie nagle, że sylwetka przyjaciela to tylko gra cieni na różanym krzewie, a rzekoma głowa lub ręka znajomego okazywała się jedynie gałązką bladych kwiatów. Miejsce, które wydawało się panu Segundusowi dobrze znane z dzieciństwa, było plątaniną liści żółtego krzewu i kołyszących się gałęzi bzu obok skąpanego w słońcu węgła domu. Poza tym nie mógł sobie przypomnieć, którego ze znajomych widział, ani nie potrafił dokładnie określić, czym było owo niby znajome miejsce. Tak go to zmęczyło, że po pół godzinie zaproponował panu Honeyfootowi krótki odpoczynek.
— Drogi przyjacielu! — westchnął pan Honeyfoot. — O co chodzi? Źle się pan poczuł? Jest pan bardzo blady, drżą panu ręce. Czemu mi pan wcześniej nic nie powiedział?
Pan Segundus przetarł dłonią czoło i wymamrotał, że jego zdaniem zaraz doświadczą działania magii. Był o tym wręcz przekonany.
— Magii? — powtórzył pan Honeyfoot. — Jakiej magii? — Rozejrzał się nerwowo, jakby w obawie, że zza drzewa wyskoczy pan Norrell. — Obawiam się, że dzisiejszy upał panu zaszkodził. Sam jestem bardzo zgrzany. Ale z nas zakute pały, że to lekceważymy. Tam jednak znajdziemy ulgę! Tam czeka nas błogość! Odpoczynek w cieniu wysokich drzew, takich jak te nad szemrzącym potokiem, to najlepszy środek na wzmocnienie! Chodźmy, drogi panie, usiądziemy.
Spoczęli na porośniętym trawą brzegu brunatnego strumyka. Ciepłe, delikatne powietrze i aromat róż ukoiły pana Segundusa. Zamknął oczy. Otworzył. Znowu zamknął. Otworzył, powoli i z trudem.
Niemal natychmiast zaczął śnić:
Ujrzał wysokie odrzwia w ciemnym budynku, wyrzeźbione w srebrzystym kamieniu, który lekko lśnił, jakby oświetlony blaskiem księżyca. Pionowe elementy futryny wykonano na podobieństwo dwóch mężczyzn (a może tylko jednego, gdyż wyglądali tak samo). Postać jakby wychodziła ze ściany, i John Segundus natychmiast zrozumiał, że to mag. Niezbyt dobrze widział jego oblicze, choć zauważył, że jest ono młode i urodziwe. Mężczyzna miał na głowie czapkę z ostrym dziobem i kruczymi skrzydłami po bokach.
John Segundus minął drzwi. Przez chwilę widział tylko czarne niebo, gwiazdy; słyszał świst wiatru. Potem jednak spostrzegł, że znalazł się w zdewastowanym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały obrazy, gobeliny i zwierciadła. Postaci na gobelinach poruszały się i prowadziły rozmowy, a w lustrach nie odbijał się pokój, lecz całkiem inne miejsca.
Po przeciwnej stronie pomieszczenia, przy stole, w blasku księżyca i świec, siedziała kobieta. Ubrana była w bardzo staroświecką suknię, uszytą, zdaniem Johna Segundusa, ze zbyt dużej ilości materiału. Strój miał dziwną, głęboką niebieską barwę, lśniły na nim brylanty króla Danii. Nieznajoma patrzyła na pana Segundusa, gdy ten się zbliżał. Miała skośne oczy, rozstawione zbyt szeroko jak na kanon kobiecej urody, i szerokie wargi, rozciągnięte w uśmiechu, którego znaczenia Segundus nie umiał odgadnąć. W migoczącym blasku świec widział ogniście rude włosy.
Nagle we śnie Johna Segundusa pojawiła się inna osoba — dżentelmen we współczesnym stroju. Nie wydawał się ani trochę zdumiony pięknie (choć raczej niemodnie) ubraną damą, ale bardzo go zdziwiła obecność Johna Segundusa. Wyciągnął zatem rękę, złapał go za ramię i zaczął nim potrząsać…
Nagle pan Segundus poczuł, że pan Honeyfoot trzyma go za ramię i delikatnie nim potrząsa.
— Proszę mi wybaczyć — powiedział pan Honeyfoot. — Krzyczał pan przez sen, pomyślałem więc, że lepiej pana zbudzę.
Speszony pan Segundus spojrzał na pana Honeyfoota.
— Miałem sen — oświadczył. — Przedziwny. I opowiedział jego treść przyjacielowi.
— Bardzo magiczne miejsce — rzekł pan Honeyfoot z aprobatą. — Mamy na to jeszcze jeden dowód: pański sen pełen jest dziwnych symboli i wróżb.
— Ale co on oznacza? — spytał pan Segundus.
— Och! — westchnął pan Honeyfoot i raptem umilkł. — Dama ubrana była w niebieski strój, tak? Niech pomyślę… Niebieska barwa symbolizuje nieśmiertelność, niewinność i wierność, poza tym to kolor Jowisza. Bywa symbolizowany przez cynę. Uch. I co z tego wynika?
— Niewiele, jak sądzę — odparł pan Segundus. — Chodźmy.
Pan Honeyfoot bardzo chciał zobaczyć więcej, więc zaproponował, by jeszcze zwiedzili wnętrze Domu Cieni. W oślepiającym słońcu budynek wyglądał jak niebiesko-zielony tuman mgły.
— Och! — wykrzyknął pan Segundus, gdy minęli wejście do sali głównej.
— Co? Co takiego? — dopytywał się poruszony pan Honeyfoot.
Po obu stronach drzwi ujrzeli dwie kamienne rzeźby Króla Kruków.
— Widziałem je w swoim śnie — wyjaśnił pan Segundus.
W sali głównej pan Segundus rozejrzał się dookoła. Nie było tu zwierciadeł i obrazów z jego snu. Lilaki i dzikie bzy pięły się po spękanych ścianach. Kasztanowce i jesiony tworzyły srebrzystozielony dach, który falował i pstrzył się na tle niebieskiego nieba. Delikatna złocista trawa i firletka stanowiły ramy pustych kamiennych okien.
Na podłodze goście dostrzegli kilka osobliwie wyglądających przedmiotów. Były to zapewne magiczne narzędzia: kartki papieru z nabazgranymi na nich zaklęciami, srebrną misę pełną wody i na wpół wypaloną świeczkę w starym mosiężnym świeczniku.
W najdalszej części pokoju, w słońcu, stały dwie osoby. Pan Honeyfoot przywitał się grzecznie z nieznajomymi. Jeden z nich odpowiedział mu poważnym, uprzejmym tonem, lecz drugi natychmiast wykrzyknął:
— Henry, to on! To ten człowiek! Ten, którego opisywałem! Nie widzisz? Człowieczek o włosach i oczach tak ciemnych, że wygląda jak południowiec, chociaż W tej czerni widać srebrne nitki. Wyraz jego twarzy jest tak spokojny i bojaźliwy, że to z pewnością Anglik! Sfatygowane okrycie, zakurzone i połatane, wystrzępione rękawy, które usiłuje ukryć, bo obciął nitki. Och! Henry, to on! Proszę się wytłumaczyć! — wrzasnął nagle do pana Segundusa.
Biedny pan Segundus ze zdumieniem wysłuchał dokładnego (choć bardzo przygnębiającego!) opisu swojej osoby i odzienia. Gdy tak stał, usiłując zebrać myśli, nieznajomy wszedł w cień jesionu, który tworzył część północnej ściany sali. Wtedy po raz pierwszy na jawie pan Segundus zobaczył Jonathana Strange’a.
Z niejakim wahaniem (gdyż zdawał sobie sprawę, że zabrzmi to dziwnie) powiedział: