Stephen minął Piccadilly i ruszył wzdłuż Bond Street. Nie zaszedł zbyt daleko, gdy naraz usłyszał krzyki. Ulicą biegła jakaś drobna postać. Posturą przypominała cztero lub pięcioletniego malca, ale twarz miała znacznie starszą. Za nią pędziło w pewnej odległości dwóch bądź trzech mężczyzn, który krzyczeli: „Złodziej! Zatrzymać go!”
Stephen zagrodził drogę malcowi. Mimo że złodziejaszek nie mógł umknąć zwinnemu Stephenowi, Black nie zdołał go pochwycić. Chłopiec trzymał zawiniątko z czerwonej tkaniny, które dziwnym trafem wpadło w ręce Stephena, nim chłopak wmieszał się w tłumek przed sklepem złotnika Hemmingsa. Ludzie dopiero w tej chwili wyszli ze sklepu, a ponieważ nic nie wiedzieli o pościgu, nie rozstąpili się, gdy złodziej wbiegł między nich. Nie sposób było ustalić, dokąd uciekł.
Stephen pozostał na ulicy z zawiniątkiem. Miękki stary aksamit rozchylił się, a oczom Blacka ukazała się srebrna laska.
Jednym z członków ekipy pościgowej był wysoki, przystojny dżentelmen, odziany w dość ponurą, acz elegancką czerń.
— Niemalże go pan dorwał — powiedział do Stephena.
— Ogromnie mi przykro, że nie potrafiłem go zatrzymać — odparł Stephen. — Na szczęście, jak pan widzi, odzyskałem pańską własność. — Stephen wyciągnął ku mężczyźnie srebrną laskę, ten jednak jej nie przyjął.
— To wszystko wina mojej matki! — oświadczył ze złością. — Och! Jak mogła być tak lekkomyślna? Tysiące razy jej mówiłem, że jeśli będzie zostawiać otwarte okno w salonie, prędzej czy później wejdzie przez nie złodziej. Czyż nie powtarzałem jej tego, Edwardzie? Nie mówiłem, Johnie?
Pytania te skierowane były do służących dżentelmena, którzy przybiegli za nim. Zabrakło im tchu, więc tylko energicznie kiwając głowami, zapewnili Stephena, że w istocie ich pan tak właśnie mówił.
— Wszyscy wiedzą, że trzymam w domu wiele kosztowności — ciągnął dżentelmen — a matka otwiera okno mimo mych usilnych próśb. Teraz, rzecz jasna, szlocha z powodu utraty skarbu, który należał do mojej rodziny od setek lat. Matka bardzo jest dumna z naszego rodu i majątku. To berło dowodzi, że wywodzimy się od dawnych królów Wesseksu… Należało do Edgara, Alfreda czy kogoś tam…
— Wobec tego musi je pan zabrać — oświadczył Stephen. — Pańskiej matce z pewnością ulży, gdy zobaczy, że nic się nie stało.
Dżentelmen sięgnął po berło, lecz nagle cofnął rękę.
— Nie! — wykrzyknął. — Nie zrobię tego! Daję słowo, że nie zrobię. Gdybym zwrócił ten skarb mojej matce, z pewnością nie wyciągnęłaby żadnych wniosków na przyszłość! Nigdy się nie nauczy zamykać okien! Kto wie, co jeszcze bym utracił? Być może jutro zastałbym dom ogołocony! Nie, musi pan zatrzymać berło! To nagroda za przysługę, którą próbował mi pan oddać, łapiąc złodziejaszka.
Służący dżentelmena pokiwali głowami, jakby uznali decyzję za niezwykle rozsądną. Po chwili obok nich przystanęła kareta, a dżentelmen wraz ze sługami wsiadł do niej i odjechał.
Stephen stał w deszczu z diademem w jednej dłoni i berłem w drugiej. Przed nim rozciągały się najmodniejsze w mieście sklepy na Bond Street. W ich witrynach wystawiono jedwabie, aksamity, przybrania głowy z pereł i pawich piór, brylantów, rubinów, klejnotów i rozmaitych złotych i srebrnych świecidełek. „No cóż — pomyślał Stephen. — Bez wątpienia zechce mi ofiarować wszelkiego rodzaju dziwaczne prezenty, dobierając je z wystaw tych sklepów. Ale będę sprytniejszy od niego. Udam się do domu inną drogą”.
Skręcił w wąską alejkę pomiędzy dwoma budynkami, minął niewielkie podwórze, bramę, potem jeszcze jedną alejkę i wyłonił się na uliczce ze skromnymi domkami. Było tu całkiem pusto i dziwnie cicho, słyszał jedynie deszcz padający na kocie łby. Ze względu na ulewę fronty domów wydawały się ciemniejsze niż zwykle, niemal czarne. Mieszkańcy tej ulicy musieli być bardzo oszczędni, gdyż pomimo mroku nikt nie zapalił lampy. Chmury jednak nie do końca pokrywały niebo, więc na horyzoncie jaśniało dziwne blade światło, sprawiając, że deszcz przypominał srebrzyste promienie lejące się z czarnych niebios na mroczną ziemię.
Nagle z ciemnej alejki wytoczyło się coś błyszczącego i podskakując na mokrych kocich łbach, znieruchomiało u stóp Stephena.
Popatrzył na przedmiot, ciężko westchnął. Nawet się nie zdziwił, gdy ujrzał srebrne jabłko. Było bardzo zniszczone i wyglądało na stare. Na jego szczycie, w miejscu krzyża symbolizującego przynależność świata do Boga, znajdowała się rozpostarta dłoń z odłamanym palcem. Motyw otwartej dłoni był dobrze znany Stephenowi. Symbolem tym posługiwał się dżentelmen o włosach jak puch ostu. Zaledwie wczorajszej nocy Stephen brał udział w procesji i niósł proporzec z takim emblematem przez ciemne, chłostane wiatrami korytarze i wzdłuż szpalerów potężnych dębów.
Naraz usłyszał otwierające się okno na górnym piętrze. Wychyliła się z niego głowa kobiety. Włosy miała nawinięte na papiloty.
— No, podnoś! — wrzasnęła, piorunując Stephena wzrokiem.
— To nie należy do mnie! — odkrzyknął.
— Ze niby co?! — To ją rozwścieczyło jeszcze bardziej. — Jeszcze mi może powiesz, że to nie wypadło z twojej kieszeni? I że nie nazywam się Mariah Tompkins?! I pewnie dniami i nocami nie haruję, żeby utrzymać Pepper Street w czystości?! A ty masz czelność przychodzić tutaj i wyrzucać swoje śmiecie!
Wzdychając ciężko, Stephen podniósł jabłko. Niestety, wbrew temu, co twierdziła Mariah Tompkins, nie mógł go nosić w kieszeni, gdyż było tak ciężkie, że mało jej nie przedziurawiło. Wobec tego szedł w deszczu z berłem w jednej dłoni i jabłkiem w drugiej. Diadem włożył na głowę, gdzie najlepiej pasował. Tak ustrojony powędrował do domu.
Po przybyciu na miejsce otworzył drzwi kuchenne. Okazało się, że nie było za nimi kuchni, lecz pomieszczenie, którego nigdy wcześniej nie widział. Trzykrotnie kichnął.
Wystarczyła chwila, by zrozumiał, że nie jest w Utraconej Nadziei, lecz w dość przeciętnym pokoju, takim, jaki można by znaleźć w każdym dobrze sytuowanym domu w Londynie. Panował tu jednak nieporządek. Mieszkańcy zapewne niedawno się sprowadzili i nie zdążyli rozpakować rzeczy. Stephen widział różne przedmioty, zazwyczaj zapełniające salony i gabinety: stoliki, biurka, pulpity pod książki, przybory do kominka, krzesła rozmaitego sortu, zwierciadła, filiżanki, lak, świece, obrazki, książki (w wielkiej liczbie), meble z drzewa sandałowego, stojaki pod kałamarze, pióra, kartki, zegary, kłębki sznurka, stołki, osłony kominka i sekretarzyki. Wszystko jednak było pomieszane i stało jedno na drugim w zadziwiających kombinacjach. Wszędzie leżały skrzynie do pakowania, pudełka i pakunki, niektóre całkiem opróżnione, inne do połowy, a kilka ledwo tknięto. Słoma ze skrzyń walała się po podłodze i meblach, a w powietrzu unosił się pył, więc Stephen znowu dwukrotnie kichnął. Zauważył, że część słomy wpadła do kominka, co groziło pożarem.
W pokoju znajdowały się dwie osoby: człowiek, którego Stephen nie znał, oraz dżentelmen o włosach jak puch ostu. Człowiek, którego nigdy nie widział, siedział przy biureczku pod oknem. Zapewne powinien rozpakowywać rzeczy i robić porządki, ale porzucił swe zajęcie i zatonął w lekturze. Co jakiś czas odrywał się od tekstu, żeby zajrzeć do dwóch lub trzech innych woluminów leżących na stole. Z ożywieniem mamrotał pod nosem albo zapisywał coś w kajecie poplamionym atramentem.
Tymczasem dżentelmen o włosach jak puch ostu siedział w fotelu po drugiej stronie kominka i patrzył na tamtego mężczyznę z tak niesłychaną wrogością i irytacją, że Stephen zaczął się obawiać o życie nieznajomego. Ale w chwili, gdy dżentelmen o włosach jak puch ostu ujrzał swego ulubieńca, stał się słodki jak miód.