— Pana Norrella? — powtórzyła lady Pole.
— Pan Strange ma zaszczyt być uczniem pana Norrella — wyjaśniła Arabella.
Spodziewała się, że lady Pole zaraz pochwali niezwykłe umiejętności pana Norrella lub wyrazi wdzięczność za jego dobroć. Lady Pole jednak milczała, więc Arabella ciągnęła:
— Rzecz jasna, słyszeliśmy o cudownej magii, którą zaprezentował pan Norrell, by panią ratować.
— Pan Norrell nie jest moim przyjacielem — powiedziała lady Pole chłodnym, rzeczowym tonem. — Wolałabym być martwa, niż tak żyć.
Zaskoczona Arabella przez moment nie mogła wykrztusić ani słowa. Nie miała powodów darzyć pana Norrella ciepłymi uczuciami — nigdy nie wyświadczył jej żadnej grzeczności, kilkakrotnie wręcz wychodził z siebie, by okazać jej swoje lekceważenie, ale mimo wszystko był jedynym poza Jonathanem przedstawicielem magicznej profesji. I tak jak żona admirała zawsze bierze stronę marynarki, a żona biskupa zawsze przychylnie wypowiada się o Kościele, Arabella czuła się zobowiązana bronić drugiego maga.
— Ból i cierpienie to najgorsi towarzysze, z pewnością ma ich pani serdecznie dosyć. Nikt na świecie nie mógłby pani winić za to, że chce się ich pozbyć. — Ale mówiąc te słowa, Arabella myślała: „Bardzo to dziwne, przecież nie wygląda na chorą. Ani trochę”. — Jeśli się jednak nie mylę, ma pani pociechę w swoim cierpieniu. Muszę wyznać, że zawsze, gdy słyszę nazwisko pani, towarzyszą mu pochwały pod adresem jego lordowskiej mości. Z pewnością nie chciałaby pani zostawić męża. Musi pani czuć choćby odrobinę wdzięczności dla pana Norrella właśnie przez wzgląd na sir Waltera.
Lady Pole nic na to nie odpowiedziała, zaczęła natomiast wypytywać Arabellę o jej męża. Od jak dawna praktykuje magię? Od jak dawna jest uczniem pana Norrella? Czy odnosi sukcesy? Czy sam czaruje, czy tylko słucha wskazówek nauczyciela?
Arabella usiłowała jak najrzetelniej odpowiadać na pytania.
— Jeśli chciałaby pani o coś zapytać pana Strange’a, jeśli mógłby w czymś pomóc, proszę tylko powiedzieć.
— Dziękuję. Muszę coś wyznać dla dobra pani męża, a także swojego. Pan Strange powinien wiedzieć, na jak straszliwy los skazał mnie pan Norrell. Powinien wiedzieć, z kim się zadaje. Powie mu pani?
— Oczywiście. Ja…
— Proszę obiecać.
— Powiem panu Strange’owi wszystko, czego sobie pani życzy.
— Muszę panią przestrzec, że niejednokrotnie próbowałam opowiedzieć ludziom o swoim nieszczęściu i nigdy mi się to nie udało.
Gdy lady Pole zamilkła, zdarzyło się coś, w co Arabelli trudno było uwierzyć. Miała wrażenie, że jeden z obrazów się poruszył albo że ktoś przemknął za lustrami, i przyszło jej do głowy, że ten pokój wcale nie jest pokojem, że ścianom brakuje trwałości, że to tylko rozstaje dróg, gdzie dziwne wiatry z odległych miejsc hulają nad lady Pole.
— W 1607 roku — zaczęła dama — pewien dżentelmen nazwiskiem Redeshawe, z Halifaksu, w zachodniej części hrabstwa York, odziedziczył po ciotce dziesięć funtów. Przeznaczył tę sumę na turecki dywan, który przywiózł do domu i rozłożył na kamiennych płytach w salonie. Potem uraczył się piwem i zasnął w fotelu przy kominku. Zbudził się o drugiej nad ranem i ujrzał na dywanie trzystu lub czterystu ludzi, płci obojga, wysokich na pięć do ośmiu centymetrów. Pan Redeshawe zauważył, że najważniejsi wśród nich mają na sobie przepiękne złote i srebrne zbroje i siedzą na białych królikach, pełniących rolę naszych słoni. Gdy spytał, co robią, pewien śmiałek wspiął się na jego ramię i pisnął mu do ucha, że zamierzają stoczyć bitwę podług zasad Honore Boneta i że dywan pana Redeshawe’a idealnie się do tego nadaje, gdyż dzięki regularności wzorów heroldom łatwiej jest ustalić, czy obie armie stoją na właściwych pozycjach i czy nie mają niesprawiedliwej przewagi nad przeciwnikiem. Pan Redeshawe nie życzył sobie jednak, by na jego nowym dywanie toczono bitwy, wziął zatem miotłę… Nie, chwileczkę! — Lady Pole umilkła i ukryła twarz w dłoniach. — Nie to chciałam powiedzieć.
Zaczęła ponownie. Tym razem opowiedziała historię człowieka, który wybrał się do lasu na polowanie. W pewnym momencie oddalił się od towarzyszy. Nagle jego koń zahaczył podkową o króliczą norę, potknął się, a jeździec wyleciał z siodła. Miał dziwne wrażenie, że wpadł do króliczej dziury. Kiedy się pozbierał, odkrył, iż jest w niezwykłej krainie, oświetlonej własnym słońcem i skrapianej własnym deszczem. W lesie podobnym do tego, który właśnie opuścił, ujrzał dwór, gdzie grupa dosyć ekscentrycznych dżentelmenów grała w karty.
Lady Pole właśnie dotarła do części, w której dżentelmeni poprosili zagubionego myśliwego, by do nich dołączył, kiedy nagle cichy dźwięk, zaledwie odrobinę głośniejszy niż szelest wciąganego do płuc powietrza, sprawił, że Arabella odwróciła głowę. Odkryła, że do pokoju wszedł sir Walter i ze zdumieniem patrzy na żonę.
— Jesteś zmęczona — powiedział do niej.
Lady Pole odwzajemniła jego spojrzenie. Miała dziwny wyraz twarzy. Malował się na niej smutek i żal, ale i, o dziwo, lekkie rozbawienie, całkiem jakby pomyślała: „Popatrz no tylko! Ależ z nas żałosna para!”
— Jestem tak samo zmęczona jak zawsze — powiedziała. — Wczoraj w nocy strasznie się nachodziłam. Tańczyłam godzinami.
— Wobec tego odpocznij — zasugerował. — Zabiorę cię na górę do Pampisford, ona się tobą zajmie.
Początkowo lady Pole miała chyba zamiar protestować. Złapała Arabellę za rękę i ją uścisnęła, jakby chcąc pokazać mężowi, że nie zamierza rozstać się z gościem. Nagle jednak puściła dłoń Arabelli, wsparła się na mężu, a ten poprowadził ją do drzwi. Przystanęła w progu.
— Do widzenia pani. Mam nadzieję, że pozwolą pani znów mnie odwiedzić. Proszę, by uczyniła mi pani ten zaszczyt. Nikogo nie widuję… Właściwie widuję mnóstwo osób, ale nie ma wśród nich chrześcijan.
Arabella zrobiła krok w przód, chcąc uścisnąć dłoń lady Pole i zapewnić gospodynię, że chętnie przyjdzie, ale sir Walter już wyprowadził małżonkę. Po raz drugi Arabella została całkiem sama w pokoju na Harley Street.
Usłyszała bicie dzwonu.
Zdziwiła się nieco, pamiętając, co wcześniej mówił sir Walter. Dzwon wydawał się bardzo smutny… Dźwięk dochodził z oddali… Oczyma duszy zobaczyła rozmaite melancholijne sceny…
Posępne, chłostane wiatrami moczary i wrzosowiska; puste pola, a na nich gdzieniegdzie mury w ruinie i bramy zwisające krzywo z zawiasów; czarny walący się kościół; otwarty grób; samobójca pochowany na rozstaju dróg; stos kości na śniegu w poświacie zmierzchu; szubienica z wisielcem; człowiek ukrzyżowany na kole; stara włócznia zanurzona w bagnie, a na niej dziwny talizman, przypominający mały skórzany palec; strach na wróble, którego czarne łachmany powiewają na wietrze tak gwałtownie, jakby lada chwila miał skoczyć i przyfrunąć do niej na wielkich czarnych skrzydłach…
— Błagam o wybaczenie, jeśli zobaczyła tu pani coś, co ją zaniepokoiło — powiedział sir Walter, który właśnie wrócił do pokoju.
Arabella przytrzymała się oparcia krzesła, żeby nie stracić równowagi.
— Pani Strange? Nie wygląda pani najlepiej. — Ujął ramię Arabelli i pomógł jej usiąść. — Czy kogoś sprowadzić? Męża pani? Pokojówkę lady Pole?
— Nie, nie — odparła Arabella nieco stłumionym głosem. — Nikogo, nic. Myślałam… Nie wiedziałam, że pan tu jest. To wszystko.
Sir Walter patrzył na nią z wielką troską. Usiłowała się uśmiechnąć, ale nie była pewna, czy jej wyszło. Sir Walter włożył ręce do kieszeni, wyjął je, przejechał palcami po włosach, po czym głęboko westchnął.