— Och — mruknął lord Wellington, a następnie odezwał się do Strange’a: — Jest pan magiem.
W tym stwierdzeniu dało się słyszeć pytającą nutę.
— Tak — powiedział Strange.
— Pan Norrell?
— Nie. Pan Norrell został w Anglii. Nazywam się Strange.
Lord Wellington wpatrywał się w niego ze zdumieniem.
— Drugi mag — wyjaśnił Strange.
— Rozumiem — odparł lord Wellington.
Oficer Dalziel patrzył na Strange’a z wyrazem zaskoczenia na twarzy, jakby uważał, że skoro lord Wellington powiedział Strange’owi, kim jest, nie wypada upierać się przy innej tożsamości.
— No cóż, obawiam się, że traci pan czas — oznajmił lord Wellington. — Powiem szczerze, że gdybym mógł zapobiec pańskiemu przyjazdowi, uczyniłbym to. Skoro jednak pan tu jest, wykorzystam okazję i wytłumaczę mu, jak wielkim utrapieniem jest pan, wraz z tym drugim dżentelmenem, dla armii.
— Utrapieniem? — zapytał Strange.
— Utrapieniem — przytaknął lord Wellington. — Przez wasze wizje ministrowie uwierzyli, że rozumieją, jak się mają sprawy w Portugalii. Zaczęli wysyłać mi znacznie więcej rozkazów i wtrącać się bardziej niż w normalnych okolicznościach. Tylko ja wiem, co należy robić w Portugalii, szanowny panie, gdyż znam sytuację. Nie twierdzę, że pan i ten drugi dżentelmen nie zrobiliście nic dobrego. Marynarka jest chyba bardzo z panów zadowolona. Ja nic o tym nie wiem, ale uważam, że tu, w Portugalii, nie trzeba nam maga.
— Z pewnością jednak w Portugalii magia nie będzie źle wykorzystywana, gdyż pozostanę do pańskiej dyspozycji i pod pańskimi rozkazami.
Lord Wellington popatrzył przenikliwie na Strange’a.
— Przede wszystkim potrzeba mi ludzi. Dostarczy mi pan więcej ludzi?
— Ludzi? Zależy, o co chodzi waszej lordowskiej mości. Interesujące pytanie. — Ku swojemu wielkiemu niezadowoleniu Strange uświadomił sobie, że mówi jak pan Norrell.
— Dostarczy mi pan więcej ludzi? — powtórzył lord.
— Nie.
— Sprawi pan, by kule latały szybciej i szybciej trafiały Francuzów? I tak latają bardzo prędko. Może pan wybrzuszyć ziemię i przesunąć kamienie tak, by zbudować z nich reduty, szańce i inne umocnienia obronne?
— Nie, wasza lordowska mość. Ale…
— Kapelan w kwaterze głównej nazywa się Briscall. Naczelny lekarz wojskowy to doktor McGrigor. Jeśli postanowi pan pozostać w Portugalii, proponuję, by przedstawił się pan tym dżentelmenom. Może im pan się na coś przyda. Mnie z pewnością nie.
Lord Wellington odwrócił się plecami do Strange’a i natychmiast krzyknął do niejakiego Thorntona, by przygotował kolację. W ten sposób dał Strange’owi do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.
Strange przywykł do innego traktowania. Najwięksi w kraju zwracali się do niego jak do równego sobie. Nagłe znalezienie się w tym samym gronie co wojskowi kapelani i medycy, zwykłe szaraczki, było bardzo przykre.
Spędził fatalną noc w jedynej gospodzie w Pero Negro, a tuż po wschodzie słońca wrócił do Lizbony. Gdy przybył do hotelu na ulicy Szewskiej, napisał długi list do Arabelli, w którym zrelacjonował jej, jak strasznie go potraktowano. Skończywszy, poczuł się nieco lepiej, a ponieważ uznał, że utyskiwanie jest niemęskie, podarł list na strzępy.
Następnie sporządził listę wszystkich zaklęć, które wraz z Norrellem przygotował dla admiralicji, i zaczął się zastanawiać, co najbardziej przypadnie do gustu lordowi Wellingtonowi. Po namyśle doszedł do wniosku, że pioruny i ulewy to zapewne jeden z najlepszych sposobów na pognębienie francuskiej armii. Natychmiast postanowił napisać do jego lordowskiej mości list z propozycjami zastosowania takiej właśnie magii. Zdecydowane działania zawsze poprawiają humor i Strange od razu poczuł się lepiej — dopóki nie zerknął w okno. Niebo zasnuło się chmurami, lunął deszcz i zerwał się gwałtowny wiatr. Wyglądało na to, że lada chwila rozpęta się burza. Strange udał się na poszukiwanie pana Prideaux. Hotelarz potwierdził, że leje tak już od wielu tygodni i zdaniem Portugalczyków prędko nie przestanie, a Francuzi faktycznie są bardzo nieszczęśliwi.
Strange zastanawiał się nad tym przez chwilę. Kusiło go, by zaproponować lordowi Wellingtonowi, że powstrzyma deszcz, który zapewne bardzo przeszkadzał brytyjskim żołnierzom. W końcu uznał, że całą niejasną kwestię magii pogodowej lepiej zostawić w spokoju, dopóki nie zrozumie wojny i samego lorda Wellingtona. Tymczasem zadecydował, że plaga żab spadających wprost na głowy Francuzów będzie najlepsza. Wielce biblijna — czy mogłoby być coś bardziej szacownego?
Następnego ranka siedział z ponurą miną w hotelowym pokoju, udając sam przed sobą, że czyta jedną z ksiąg Norrella, ale Cak naprawdę wpatrywał się w deszcz. Nagle usłyszał stukanie do drzwi. Przyszedł szkocki oficer w mundurze huzara. Spojrzał pytająco na Strange’a.
— Pan Norrell?
— Nie, jestem… Och, wszystko jedno! Czym mogę służyć?
— Wiadomość z kwatery głównej dla pana Norrella. — Młody oficer wręczył Strange’owi kartkę papieru.
Był to jego własny list do Wellingtona. Ktoś nabazgrał na nim grubą niebieską kredką jedno słowo: „Odrzucono”.
— Czyje to pismo? — spytał Strange.
— Lorda Wellingtona, proszę pana.
— Ach.
Następnego dnia Strange wysłał Wellingtonowi kolejne pismo, sugerując, by za pomocą magii podnieść wody Tagu i zalać Francuzów. To przynajmniej doprowadziło do tego, że Wellington w długiej odpowiedzi wyjaśnił, że obecnie cała brytyjska armia oraz większość armii portugalskiej znajdowały się między Tagiem a Francuzami, zatem propozycja pana Strange’a nie została przyjęta z entuzjazmem.
Strange nie dawał się zbyć. Codziennie wysyłał Wellingtonowi jedną propozycję. Wszystkie zostały odrzucone.
W pewien szczególnie ponury wieczór pod koniec lutego Strange wędrował hotelowym korytarzem na samotną kolację, kiedy niemal zderzył się z młodzieńcem o rumianym obliczu i w angielskim stroju. Młody człowiek przeprosił i spytał, czy wie, gdzie można znaleźć pana Strange’a.
— Ja jestem Strange. A pan?
— Nazywam się Briscall. Jestem kapelanem w kwaterze głównej.
— Pan Briscall. No tak. Oczywiście.
— Lord Wellington kazał mi złożyć panu wizytę — wyjaśnił pan Briscall. — Mówił, że może mnie pan wspomóc magią. — Uśmiechnął się. — Moim zdaniem jego lordowska mość ma w duchu nadzieję, iż powstrzymam pana przed codziennym kierowaniem listów na jego ręce.
— Nie przestanę pisać, póki nie da mi czegoś do roboty — burknął Strange.
Pan Briscall wybuchnął śmiechem.
— Wobec tego to właśnie mu powtórzę.
— Dziękuję. Mogę czymś służyć? Do tej pory nigdy nie czarowałem dla Kościoła. Będę z panem szczery, kapelanie — moja znajomość eklezjastycznej magii jest bardzo powierzchowna, ale chętnie spróbuję się na coś przydać.
— Hmm. I ja będę z panem szczery. Moje obowiązki są nieskomplikowane. Odwiedzam chorych i rannych. Celebruję nabożeństwa i usiłuję odprawiać ceremonie pogrzebowe dla poległych nieszczęśników. Nie wiem, w czym mógłby mi pan pomóc.
— Nikt nie wie — westchnął Strange. — Może zatem zje pan ze mną kolację? Przynajmniej nie będę samotny jak kołek w płocie.
Kapelan się zgodził i obaj panowie zajęli miejsca w hotelowej jadalni. Wkrótce okazało się, że pan Briscall to przyjemny towarzysz. Chętnie opowiedział Strange’owi, co wie o lordzie Wellingtonie i armii.
— Ogólnie biorąc, żołnierze nie są religijni — mówił — jednak wcale tego nie oczekiwałem. Bardzo pomogła mi okoliczność, że wszyscy kapelani przede mną rezygnowali niemal tuż po przybyciu. Ja pierwszy zostałem dłużej i ludzie są mi za to wdzięczni. Patrzą łaskawym okiem na każdego, kto jest gotów dzielić z nimi trudy.