Godzinę przed kolacją salon zapełnili oficerowie, przynosząc raporty, przyjmując rozkazy albo po prostu plotkując. Wiekowe ozdobne i rozsypujące się schody prowadziły do bardzo starych drzwi. Mówiono, że za nimi lord Wellington ciężko pracuje nad nowymi planami pokonania Francuzów. Zastanawiające było to, że każdy, kto wchodził do pokoju, rzucał pełne szacunku spojrzenie na szczyt tych schodów. Dwaj starsi oficerowie sztabu Wellingtona, główny kwatermistrz generał sir George Murray i dowódca administracji wojskowej generał sir Charles Stewart, siedzieli po obu stronach dużego stołu, pogrążeni w rozmowie dotyczącej jutrzejszego rozmieszczenia wojsk.
Na chwilę zatrzymam się w tym miejscu, by zauważyć, że jeśli czytając słowo „generał”, wyobraziłeś sobie, czytelniku, przy stole dwóch zasuszonych starców, jesteś w błędzie. To prawda, że gdy osiemnaście lat wcześniej wybuchła wojna z Francją, armią Wielkiej Brytanii dowodzili szacowni staruszkowie. Większość z nich ani razu w życiu nawet nie widziała pola bitwy. Minęło jednak sporo czasu, wszyscy ci wiekowi generałowie przeszli na emeryturę bądź zmarli i okazało się, że należy zastąpić ich młodszymi, pełnymi energii ludźmi. Sam Wellington niedawno skończył czterdziestkę; większość jego oficerów była jeszcze młodsza. Salon w domu Jose Estorila wypełnili młodzi ludzie, skorzy do walki, miłujący taniec i bardzo oddani dowódcy.
Marcowy wieczór, choć deszczowy, był ciepły, niemal tak ciepły jak majowy wieczór w Anglii. Po śmierci Jose Estorila ogród zarósł i pojawiło się w nim wiele krzaków bzu, które oplotły ściany domu. Teraz bzy kwitły, okna i okiennice były otwarte, a do środka wpadało wilgotne, przesycone słodyczą powietrze.
Nagle generał Murray i sir Charles Stewart odkryli, że i na nich, i na ich ważnych dokumentach wylądowało mnóstwo kropli deszczu. Unosząc z oburzeniem wzrok, ujrzeli na werandzie Strange’a, beztrosko strząsającego wodę z parasola.
Wszedł do pomieszczenia i przywitał się z oficerami, których znał. Potem podszedł do stołu i spytał, czy mógłby porozmawiać z lordem Wellingtonem. Sir Charles Stewart, dumny, przystojny mężczyzna, nie raczył odpowiedzieć, jedynie energicznie pokręcił głową. Generał Murray, łagodniejszy i bardziej uprzejmy jegomość, odparł, że obawia się, iż nie będzie to możliwe.
Strange popatrzył na schody i na wielkie rzeźbione drzwi, za którymi deliberował jego lordowska mość. (Dziwne, że każdy, kto wchodził, instynktownie wiedział, gdzie go znaleźć. Taką oto fascynację budził ten wybitny mąż!) Nic nie wskazywało na to, że Strange zamierza odejść. Generał Murray pomyślał, że mag z pewnością czuje się samotny.
Do stołu podszedł wysoki mężczyzna o wyrazistych czarnych brwiach i długich wąsach. Miał na sobie granatową marynarkę i złote insygnia lekkich dragonów.
— Gdzie trzymacie francuskich jeńców? — zwrócił się do generała Murraya.
— Na dzwonnicy — odparł generał.
— To dobrze — powiedział mężczyzna. — Pytam, bo zaledwie wczoraj pułkownik Pursey umieścił trzech francuskich jeńców w niewielkiej szopie, uznawszy, że tam nie narobią szkód. Okazało się jednak, że wcześniej chłopcy z pięćdziesiątego drugiego schowali w szopie kilka kurczaków, a w nocy Francuzi je zjedli. Pułkownik Pursey wyjawił, że tego ranka kilku jego ludzi bardzo dziwnie patrzyło na jeńców. Chyba się zastanawiali, ile kurczaka zostało we Francuzach i czy warto by było ugotować jednego z nich, by się o tym przekonać.
— O, nie ma niebezpieczeństwa, że sytuacja się powtórzy — oznajmił generał Murray. — Na dzwonnicy są tylko szczury. Prędzej one zjedzą jeńców…
Generał Murray, sir Charles Stewart i mężczyzna o czarnych wąsach wybuchnęli śmiechem, lecz nagle przerwał im mag, mówiąc:
— Droga między Espinhal i Lousao jest przeraźliwie kiepska.
Chodziło o drogę, którą dziś maszerowała znacząca część brytyjskiej armii.
Generał Murray zgodził się, że droga faktycznie jest w okropnym stanie.
— Nie umiem powiedzieć, ile razy mój koń potykał się dziś na dziurach i ślizgał w błocie — ciągnął Strange. — Byłem pewien, że okuleje. Ale droga ta wcale nie była gorsza od innych, które tu widziałem. Rozumiem, że jutro część z nas musi udać się tam, gdzie w ogóle nie ma dróg.
— Tak — powiedział generał Murray, życząc sobie z całego serca, żeby mag wreszcie poszedł precz.
— Przez wezbrane rzeki i kamieniste równiny, przez lasy i chaszcze, jak mniemam — dodał Strange. — To będzie bardzo przykre dla nas wszystkich. Marnie nam pójdzie. Być może wcale nie zdołamy poczynić żadnych postępów.
— To jedna z niedogodności prowadzenia wojny w tak zacofanym i zaściankowym kraju jak Portugalia — westchnął generał Murray.
Sir Charles Stewart nic nie powiedział, ale gniewne spojrzenie, które posłał magowi, jasno wyrażało myśl, że pan Strange poczyniłby większe postępy, gdyby wraz ze swym wierzchowcem powrócił do Londynu.
— Przeprowadzić czterdzieści pięć tysięcy osób z końmi, wozami i sprzętem przez tak okropny kraj! Nikt w Anglii nie uwierzyłby, że to możliwe — Strange parsknął śmiechem. — Szkoda, że jego lordowska mość nie znalazł chwili, by ze mną porozmawiać. Może będą panowie tak dobrzy i przekażą mu wiadomość. Proszę powiedzieć, co następuje: pan Strange składa wyrazy uszanowania lordowi Wellingtonowi i mówi, że jeśli jego lordowska mość jest zainteresowany miłą, porządną drogą, po której jutro może przejść cała armia, pan Strange chętnie mu ją wyczaruje. Och! Jeśli sobie życzy, może dostać również mosty, w miejsce tych wysadzonych przez Francuzów. Dobranoc.
Strange skłonił się obu dżentelmenom, podniósł parasol i wyszedł.
Strange i Jeremy Johns nie mogli znaleźć noclegu w całym Lousao. Żaden z dżentelmenów, którzy wyszukali kwatery dla generałów, a reszcie żołnierzy wskazali wilgotne pole do obozowania, nie zadbał o maga i jego sługę. Strange w końcu wynajął pokoik od właściciela niewielkiej winiarni kilka kilometrów dalej, na drodze do Miranda de Corvo.
Strange i Jeremy zjedli gulasz, którym uraczył ich właściciel winiarni. Postanowili zabawić się w zgadywanie, z jakich to składników upichcono potrawę.
— Co to takiego, u licha? — spytał nagle Strange, podnosząc widelec.
Na końcu było coś białego i lśniącego, co po chwili zwinęło się w pętelkę.
— Może ryba? — zaryzykował Jeremy.
— Raczej ślimak — mruknął Strange.
— Albo kawałek ucha — uznał Jeremy. Strange wbił wzrok w kęs potrawy.
— Masz ochotę? — spytał sługę.
— Nie, dziękuję, proszę pana. — Jeremy z rezygnacją popatrzył na własny wyszczerbiony talerz. — Mam już kilka takich.
Kiedy skończyli kolację i zgasła ostatnia świeca, nie pozostało im nic innego, jak udać się na spoczynek, co też uczynili. Jeremy zwinął się po jednej stronie pokoju, Strange zajął drugą. Obaj przygotowali sobie posłania z rozmaitych materiałów. Jeremy miał materac z zapasowych ubrań, a Strange poduszkę z książek z biblioteki pana Norrella.
Nagle usłyszeli galop na drodze do małej winiarni. Po nim dobiegł ich tupot butów na rozchwianych schodach, a potem dudnienie pięścią w liche drzwi. Otworzyły się i żwawy młodzieniec w mundurze huzarów niemal wtoczył się do pokoju. Młodzieńcowi brakowało oddechu, zdołał jednak między chwytaniem haustów powietrza wyjaśnić, że lord Wellington składa wyrazy uszanowania panu Strange’owi i jeśli to możliwe, chciałby z nim jak najszybciej porozmawiać.