Выбрать главу

— Ale to nie wina Weymouth — mruknął major Grant. — Och! Capitan Saornil! — Machnął hersztowi udkiem kurczaka na powitanie. — Buenos dias!

Tymczasem francuscy oficerowie oraz żołnierze podążali dalej do Francji, a gdy dotarli do Bayonne, przekazali więźnia w ręce dowódcy miejscowej tajnej policji. Ten podszedł do jeńca, by go powitać. Zmieszał się jednak, kiedy ujął rękę majora Granta, by nią potrząsnąć, a całe ramię zostało mu w dłoni. Tak bardzo zdumiał go ten fakt, że upuścił ramię na ziemię, gdzie rozbiło się na tysiąc kawałków. Natychmiast zaczął błagać Granta o wybaczenie, a wtedy z jeszcze większym poruszeniem odkrył wielkie czarne szczeliny na całym obliczu oficera. W następnej chwili odpadł fragment głowy majora i ukazało się całkiem puste wnętrze, a później Grant pękł na kawałki niczym Humpty-Dumpty z popularnego wierszyka.

Dwudziestego drugiego lipca Wellington pokonał Francuzów nieopodal Salamanki, starego miasta uniwersyteckiego. W ostatnich latach był to najważniejszy sukces armii brytyjskiej.

Tamtej nocy francuska armia pierzchała przez lasy na południe od Salamanki. Zmykający żołnierze spoglądali do góry i ze zdumieniem dostrzegali zastępy oślepiająco jasnych aniołów, sfruwające spomiędzy drzew. Anielskie skrzydła dorównywały bielą skrzydłom łabędzim, a szaty nieziemskich istot lśniły rozmaitymi odcieniami macicy perłowej, rybich łusek lub nieba przed burzą. W dłoniach anioły dzierżyły płonące lance, a ich oczy pełne były nieziemskiego gniewu. Ze zdumiewającą prędkością istoty te spadły na Francuzów, wymachując im bronią przed nosem.

Wielu żołnierzy ogarnął taki lęk, że odwrócili się i pobiegli z powrotem ku miastu i gotowej do walki armii brytyjskiej. Większość jednak była zbyt oszołomiona, by zrobić cokolwiek, więc tylko stała i patrzyła. Pewien mężczyzna, odważniejszy i bardziej przedsiębiorczy od reszty, usiłował pojąć, co się dzieje. Wydało mu się wysoce nieprawdopodobne, by niebiosa nagle sprzymierzyły się z wrogami Francji. Ostatecznie o takich wypadkach nie słyszano od czasu Starego Testamentu. Zauważył, że choć anioły wygrażają żołnierzom lancami, ani razu nikogo nie skrzywdziły. Wobec tego zaczekał, aż jedna z nieziemskich istot sfrunie do niego, i wtedy przebił ją szablą. Broń nie napotkała oporu i przeszyła puste powietrze. Również anioł nie okazał żadnego bólu, nie był też ranny. Francuz natychmiast krzyknął do swych pobratymców, że nie mają się czego lękać, gdyż anioły to tylko zupełnie nieszkodliwe iluzje stworzone przez maga Wellingtona.

Francuscy żołnierze wznowili ucieczkę, ścigani przez złudy. Kiedy wyszli z lasu, znaleźli się na brzegu rzeki Tormes, nad którą wznosił się stary most prowadzący do miasteczka Alba de Tormes. W wyniku błędu popełnionego przez jednego ze sprzymierzeńców lorda Wellingtona mostu tego nie pilnowała żadna straż, Francuzi zatem przeszli na drugi brzeg i uciekli przez miasto.

Kilka godzin później, tuż po świcie, lord Wellington ostrożnie jechał mostem w Alba de Tormes. Towarzyszyło mu trzech dżentelmenów: pułkownik De Lancey, pełniący funkcję zastępcy kwatermistrza armii, pewien przystojny młody mężczyzna, Fitzroy Somerset, sekretarz wojskowy lorda Wellingtona, i wreszcie Jonathan Strange. Wszyscy byli przyprószeni pyłem i brudni po bitwie, od kilku dni żaden z nich nie miał okazji odpocząć w łóżku. Niewielkie też było prawdopodobieństwo, że wkrótce do niego trafią, Wellington bowiem wciąż planował ścigać Francuzów salwujących się ucieczką.

Miasto, pełne kościołów, klasztorów i średniowiecznych budynków, było doskonale widoczne na tle opalizującego nieba. Pomimo wczesnej pory (minęło wpół do szóstej) mieszkańcy wylegli przed domy. Biły dzwony, by uczcić triumfalne zwycięstwo nad Francuzami. Pułki wymęczonych brytyjskich i portugalskich żołnierzy przetaczały się ulicami, a miejscowi wciskali wojakom upominki: chleb, owoce i kwiaty. Pod murem ustawiono wozy z rannymi, oficer dowodzący rozesłał ludzi na poszukiwania szpitala oraz miejsc, w których można zakwaterować poszkodowanych. Z jednego z klasztorów przydreptało pięć lub sześć poczciwych i budzących zaufanie zakonnic, które kręciły się wśród rannych, częstując ich świeżym mlekiem z cynowych kubków. Mali chłopcy, których nikt nie potrafił nakłonić do pozostania w łóżkach, wznosili entuzjastyczne okrzyki na widok każdego przechodzącego w pobliżu żołnierza, a jeśli nie miał on nic przeciwko temu, za jego plecami spontanicznie organizowali parady zwycięstwa.

Lord Wellington rozejrzał się dookoła.

— Watkins! — zawołał, zatrzymując żołnierza w mundurze artylerzysty.

— Tak, wasza lordowska mość? — odezwał się mężczyzna.

— Chcę zjeść śniadanie, Watkins. Zapewne nie widziałeś kucharza?

— Sierżant Jefford wspomniał, że widział, jak pańscy ludzie wędrowali na górę, do zamku.

— Dziękuję, Watkins — zakończył rozmowę jego lordowska mość i odjechał wraz ze swą kompanią.

Zamek w Alba de Tormes nie przypominał już budowli obronnej. Wiele lat temu, na początku wojny, Francuzi otoczyli go i z wyjątkiem jednej wieży cała konstrukcja legła w gruzach. Ptactwo uwiło gniazda, a dzika zwierzyna wykopała nory tam, gdzie niegdyś w nieprawdopodobnym luksusie żyli książęta Alby. Piękne włoskie malowidła ścienne, dawniej przedmiot zachwytu, robiły teraz o wiele mniejsze wrażenie, gdyż znikły dachy, przez co dzieła sztuki doświadczyły surowych pieszczot deszczu, gradu i śniegu. W jadalni brakowało typowych wygód — znajdowała się pod gołym niebem, a pośrodku niej rosła samotna brzózka. Służba lorda Wellingtona ani trochę się tym nie przejęła, przyzwyczajona do podawania posiłków jego lordowskiej mości w znacznie osobliwszych miejscach. Pod brzózką ustawiono nakryty białym obrusem stół. Kiedy Wellington i jego towarzysze przybyli do zamku, służący właśnie przystępowali do rozstawiania talerzy z bułkami, salaterek z plastrami hiszpańskiej szynki, misek moreli i maselnic ze świeżym masłem. Kucharz Wellingtona z miejsca zabrał się do smażenia ryby oraz nerek na ostro i parzenia kawy.

Czterech dżentelmenów usiadło. Pułkownik De Lancey zauważył, że nie przypomina sobie, kiedy ostatnio coś jadł. Ktoś przytaknął, a potem wszyscy w poważnym milczeniu przystąpili do konsumpcji. Zaczynali powracać do normalnego stanu i nabierać ochoty na pogawędkę, kiedy przybył major Grant.

— Ach! Grant — ucieszył się lord Wellington. — Dzień dobry. Proszę siadać i zjeść śniadanie.

— Z przyjemnością, wasza lordowska mość, lecz za chwilę. Przede wszystkim chciałbym oznajmić dość zaskakującą w moim mniemaniu nowinę. Zdaje się, że Francuzi stracili sześć armat.

— Armat? — powtórzył lord niespecjalnie zainteresowany i uraczył się bułką oraz porcją nerek na ostro. — To jasne, że stracili armaty. Somerset! — zwrócił się do sekretarza. — Ile francuskich armat wczoraj zdobyliśmy?

— Jedenaście, wasza lordowska mość.

— Nie, nie — zaprotestował major Grant. — Za pozwoleniem, wasza lordowska mość nie zrozumiał. Nie mówię o armatach przejętych podczas bitwy. Tych armat nigdy nie skierowano do boju. Transportowano je od generała Caffarellego na północy do miejsc stacjonowania armii francuskiej. Nie przybyły jednak na czas, by wziąć udział w walce. Właściwie nie przybyły wcale. Wiedząc, że wasza lordowska mość będzie w pobliżu i zacznie mocno przyciskać Francuzów, generał Caffarelli wysłał broń z największym pośpiechem. Eskortę stanowiła trzydziestka pierwszych lepszych żołnierzy, którzy mu się nawinęli pod rękę. Tak czy owak, panie, działał w pośpiechu i później pożałował podjętej decyzji, gdyż na tych trzydziestu aż dziesięciu łudzi pochodziło z Neapolu.