Przed godziną dziesiątą Strange przeszedł po drewnianym mostku w wiosce Datchet i ruszył drogą między Tamizą i murem zamkowym. Wkrótce znalazł się w mieście, a przy bramie poinformował straż, kim jest, i wyjaśnił, że ma sprawę do króla. Sługa w niebieskim uniformie odprowadził go do królewskich komnat. Był to uprzejmy, inteligentny mężczyzna i jak to często bywa w przypadku służby w pełnych przepychu miejscach, nie krył dumy z zamku i wszystkiego, co się z nim wiązało. Jego największą przyjemnością w życiu było oprowadzanie gości po budowli i wyobrażanie sobie, w jaki zachwyt i zdumienie ich wprawiała.
— Z pewnością nie jest to pańska pierwsza wizyta w zamku? — zwrócił się do Strange’a.
— Wręcz przeciwnie. Nigdy tu nie byłem. Mężczyzna wydawał się wstrząśnięty.
— Wobec tego nie miał pan okazji podziwiać najwspanialszego widoku, jaki Anglia ma do zaoferowania!
— Doprawdy? Cóż, teraz tu jestem.
— Ale w interesach — wypomniał mu sługa surowym tonem. — Zapewne zabraknie panu wolnego czasu na dokładne obejrzenie budowli. Musi pan zawitać tu ponownie. W lecie. Na wypadek, gdyby miał pan małżonkę, pozwolę sobie zauważyć, że damy są zawsze niezwykle zachwycone zamkiem.
Powiódł Strange’a przez imponujących rozmiarów podwórze. Dawno temu, w czasach wojny, z pewnością zapewniało ono schronienie dużej liczbie ludzi wraz z żywym inwentarzem. W pobliżu wciąż wznosiło się kilka starych budynków w bardzo surowym stylu, świadczącym o wojskowym charakterze pierwotnej budowli. Z czasem chęć zademonstrowania królewskiego przepychu zaczęła przeważać nad względami praktycznymi i w rezultacie wybudowano imponujący kościół, który zapełnił prawie całą przestrzeń. Świątynia (zwana kaplicą, choć w rzeczywistości bardziej przypominała katedrę) prezentowała całą złożoność i dostojność stylu gotyckiego. Budynek otaczały nierówne kamienne przypory, zwieńczone wieżyczkami. Mnóstwo w nim było kaplic publicznych i prywatnych oraz salek parafialnych. Sługa przeprowadził Strange’a obok stromego kopca gładkich bokach, z którego wyrastała okrągła wieża, czyli najłatwiej rozpoznawalny i najlepiej widoczny z oddali fragment zamku. Minęli średniowieczną bramę i wyszli na inne podwórze. Miało niemal równie wspaniałe proporcje jak poprzednie, ale o ile po tamtym kręcili się słudzy, wojskowi i służba, o tyle to było ciche i opustoszałe.
— Jaka szkoda, że nie przybył tu pan kilka lat temu — westchnął sługa. — Wtedy, po wystosowaniu odpowiedniej prośby do ochmistrza, mógłby pan zwiedzić komnaty króla i królowej. Choroba Jego Królewskiej Mości to uniemożliwiła.
Zaprowadził Strange’a do imponującego gotyckiego wejścia. Kiedy wspinali się po kamiennych schodach, sługa nie przestawał ubolewać nad rozlicznymi przeszkodami, które uniemożliwiały Strange’owi obejrzenie zamku. Sądził, że gość jest niesłychanie rozczarowany.
— Wiem! — wykrzyknął nagle. — Pokażę panu Salę Świętego Jerzego! Och, nie jest to nawet setna część tego, co powinien pan ujrzeć, niemniej da panu pojęcie o wspaniałości zamku Windsor!
Na szczycie schodów sługa skręcił w prawo i przeszedł przez salę o ścianach zdobionych kompozycjami z mieczów i pistoletów. Strange nie odstępował przewodnika ani na krok. W końcu weszli do przestronnej komnaty długiej na sto, może sto pięćdziesiąt metrów.
— Bardzo proszę! — wykrzyknął sługa, przepełniony taką satysfakcją, jakby ją osobiście wybudował i ozdobił.
Przez wysokie łukowate okna wzdłuż południowej ściany wpadało do środka chłodne, matowe światło. Niższą część ścian pokrywała boazeria z gruszy, a wszystkie tablice miały rzeźbione i pozłacane krawędzie. Pod sufitem oraz na nim umieszczono malowidła przedstawiające bogów i boginie, królów i królowe. Na suficie widniał Karol II na niebieskobiałej chmurze, w otoczeniu tłustych różowych cherubinów. Dowódcy wojskowi i dyplomaci składali u jego stóp trofea, a Juliusz Cezar, Mars, Herkules oraz rozmaite ważne persony stały wokół zakłopotane, uświadomiwszy sobie z przerażeniem, o ile są gorsze od króla Wielkiej Brytanii.
Wszystko to wyglądało nadzwyczaj majestatycznie, lecz wzrok Strange’a przykuł ogromny fresk, który zajmował całą północną ścianę. Na dwóch tronach pośrodku malowidła zasiadało dwóch królów. Po bokach każdego z nich stali lub klęczeli rycerze, damy, dworzanie, paziowie, bogowie i boginie. Lewa strona malowidła była skąpana w słonecznym świetle. Przedstawiony na niej król w jasnej szacie był silnym, przystojnym mężczyzną, włosy miał złociste, ułożone w loki. Jego skroń zdobił wieniec laurowy, a w dłoni monarcha dzierżył berło. Ludzie i bogowie wokoło nosili hełmy, plastrony, włócznie i miecze, co miało zapewne sugerować, że ten król przyciąga do siebie tylko najwaleczniej szych mężczyzn i bogów i właśnie ich obdarza przyjaźnią. Po prawej stronie obrazu światło było mroczne i przyćmione, jakby artysta zamierzał odmalować letni zmierzch. Nad postaciami i wokół nich świeciły gwiazdy. Król po tej stronie nosił czarną szatę, miał bladą cerę, ciemne włosy i zagadkowy wyraz twarzy. Głowę zdobiła mu korona z ciemnych liści bluszczu, a w lewej dłoni trzymał różdżkę z kości słoniowej. Jego otoczenie składało się głównie z istot magicznych: feniksa, jednorożca, mantikory, faunów i satyrów. Widać jednak było także kilka tajemniczych postaci: mężczyznę z twarzą ukrytą pod kapturem szaty przypominającej habit mnicha oraz niewiastę w ciemnej gwiaździstej pelerynie, zasłaniającą oczy ręką. Między obydwoma tronami stała młoda kobieta w luźnej białej sukni i złotym hełmie. Wojowniczy król opiekuńczym gestem kładł prawą dłoń na ramieniu kobiety. Mroczny król wyciągał ku niej prawą rękę, a ona odwzajemniała jego gest, dzięki czemu końce ich palców lekko się stykały.
— Dzieło Antonia Verria, dżentelmena z Włoch — wyjaśnił sługa i wskazał na króla z prawej. — A to król mag z północnej Anglii, John Uskglass.
— Doprawdy? — mruknął Strange autentycznie zainteresowany. — Rzecz jasna, widziałem jego posągi, jak również ryciny w księgach, chyba jednak nigdy nie miałem okazji obejrzeć portretu. A kim jest dama między dwoma królami?
— To pani Gwynn, jedna z nałożnic Karola II. Ma uosabiać Brytanię.
— Rozumiem. To dobrze, jak mniemam, że John Uskglass wciąż gości na honorowym miejscu w domu króla. Ale za to przebrano go za Rzymianina i kazano trzymać się za ręce z aktorką. Ciekawe, co by na to powiedział?
Sługa i Strange przeszli przez pomieszczenie wypełnione rozmaitymi rodzajami broni i dotarli do imponująco wielkich czarnych drzwi z pokaźnym marmurowym frontonem.
— Dalej nie mogę pana prowadzić. Tutaj kończy się mój rejon i zaczyna teren doktorów Willisów. Króla znajdzie pan za tymi drzwiami. — Sługa skłonił się i cofnął ku schodom.
Strange zapukał. Ze środka dobiegał dźwięk klawesynu i śpiew.
Drzwi się otworzyły, a za nimi mag ujrzał wysokiego, potężnie zbudowanego mężczyznę w wieku trzydziestu kilku lat. Miał okrągłą bladą twarz, całą w dziobach i zroszoną potem, podobną do sera z Cheshire. Ogolił się niezbyt udatnie: tu i tam na jego obliczu widniały dwa lub trzy grube czarne włosy, jakby rodzina much utonęła w zsiadłym mleku i teraz sterczały z niego ich nogi. Płaszcz mężczyzny uszyto z drogietu o brązowej barwie, a koszulę i krawat z wyjątkowo szorstkiego płótna. Nie miał na sobie chyba ani jednej czystej sztuki odzienia.