— Tak? — spytał, nie odrywając dłoni od drzwi, jakby zamierzał zatrzasnąć je pod byle pretekstem.
W bardzo niewielkim stopniu przypominał sługę pałacowego, raczej kojarzył się z sanitariuszem z domu wariatów. Zresztą w istocie nim był.
W odpowiedzi na to obcesowe zachowanie Strange uniósł brew, chłodno się przedstawił i obwieścił, że przybył na spotkanie z królem.
— Cóż, nie da się zaprzeczyć, faktycznie pana oczekiwaliśmy — westchnął nieznajomy. — Problem polega na tym, że nie może pan wejść. Doktor John i doktor Robert — były to imiona braci Willisów — są nieobecni. Od półtorej godziny spodziewamy się ich lada moment. Zupełnie nie wiemy, dokąd mogli się udać.
— To ogromnie niefortunny zbieg okoliczności — przyznał Strange. — Niemniej nie ma to żadnego związku ze mną. Nie pragnę spotkania z wymienionymi przez pana dżentelmenami. Zjawiłem się tu ze względu na króla. Dysponuję sygnowanym przez arcybiskupów Canterbury oraz Yorku listem, zezwalającym mi dziś na odwiedziny u Jego Królewskiej Mości. — Strange machnął pismem przed obliczem mężczyzny.
— Tak czy owak, musi pan zaczekać do nadejścia doktora Johna i doktora Roberta. Nie pozwalają nikomu wtrącać się do systemu leczenia naszego władcy. Cisza i odosobnienie służą królowi. Rozmowa jest dla niego czymś strasznym. Nawet pan sobie nie wyobraża, jak potworną szkodę mógłby pan wyrządzić królowi, tylko z nim konwersując. Powiedzmy, że wspomniałby pan o tym, iż pada. Zapewne pańskim zdaniem to najniewinniejsza uwaga pod słońcem, lecz uruchomiłaby u króla proces myślenia, a przy jego szaleństwie umysł pędzi od jednej myśli do drugiej, budząc w nim niebezpieczną wściekłość. Mógłby zacząć myśleć o wydarzeniach z dżdżystej przeszłości, kiedy to słudzy przynosili mu wieści o przegranych bitwach, śmierci córki czy synach, którzy go zhańbili. Ach! To mogłoby w zupełności wystarczyć, by król z miejsca padł trupem! Życzy pan sobie śmierci króla?
— Nie — odparł Strange.
— Wobec tego — ciągnął mężczyzna przekonująco — czyż nie widzi pan, że znacznie lepiej byłoby zaczekać na doktora Johna i doktora Roberta?
— Dziękuję, lecz podejmę ryzyko. Jeśli łaska, proszę mnie prowadzić do króla.
— Doktor John i doktor Robert będą bardzo źli — ostrzegł mężczyzna.
— To mnie nie obchodzi — odparł Strange chłodno. Jegomość wyglądał na zdumionego taką postawą.
— Wystarczy — oświadczył Strange. Zrobił zdecydowaną minę i ponownie pomachał listem. — Czy zaprowadzi mnie pan do króla, czy też podważy autorytet dwóch arcybiskupów? To bardzo poważne przewinienie, podlegające karze… Właściwie nie wiem jakiej, lecz z pewnością surowej.
Mężczyzna westchnął. Zawołał innego człowieka (który był podobnie niezadbany i brudny), nakazał mu iść do domów doktora Johna i doktora Roberta i bezzwłocznie ich sprowadzić. Następnie z nieskrywaną niechęcią odsunął się od drzwi, pozwalając Strange’owi wejść.
Ściany przestronnej sali obito dębowymi tablicami, wszędzie widać było precyzyjne rzeźbienia. Na suficie fruwały na chmurach jeszcze inne postaci królewskie i symboliczne, lecz poza tym miejsce wyglądało strasznie. Podłogi nie wyłożono dywanem, wszędzie panował przenikliwy chłód. Nie było tu nic prócz krzesła oraz sfatygowanego klawesynu. Przy instrumencie zasiadał starzec, odwrócony plecami do drzwi wejściowych. Miał na sobie płaszcz kąpielowy ze starego fioletowego brokatu, głowę przykrywała mu wygnieciona szlafmyca z jasnoczerwonego aksamitu, a na nogi wsunął brudne, dziurawe kapcie. Z wielkim zapałem tłukł w klawisze i donośnie śpiewał po niemiecku, lecz urwał, usłyszawszy stukot kroków.
— Kto tam? — spytał. — Kto idzie?
— Mag, Wasza Wysokość — odparł sanitariusz z domu wariatów.
Starzec przez chwilę najwyraźniej rozważał tę informację, bo w końcu oświadczył głośno:
— Oto profesja, do której odczuwam wyjątkową antypatię!
Potem ponownie zaczął grać i głośno śpiewać.
Początek spotkania nie wyglądał obiecująco. Sanitariusz wydał z siebie impertynencki rechot, po czym odszedł, pozostawiając Strange’a z królem. Mag zrobił kilka kroków i przystanął w miejscu, z którego mógł obserwować twarz władcy.
Było to oblicze, na którym nieszczęście szaleństwa połączyło się z tragedią ślepoty. Tęczówki króla miały kolor zachmurzonego błękitu, a białka były odbarwione niczym zepsute mleko. Długie siwiejące loki opadały na policzki pełne popękanych naczyń krwionośnych. Kiedy król śpiewał, po jego obwisłych czerwonych wargach ściekała ślina. Brodę miał niemal równie długą i siwą jak włosy. W niczym nie przypominał postaci z portretów, które widział Strange, gdyż namalowano je, nim władca postradał zmysły. Z długimi włosami, długą brodą i w długim fioletowym płaszczu bardzo kojarzył się zjedna z postaci z Szekspira, a dokładniej z dwoma szekspirowskimi bohaterami, wyjątkowo tragicznymi i starymi. W swym szaleństwie i ślepocie był jednocześnie Lirem i Gloucesterem.
Królewscy potomkowie ostrzegli Strange’a, że mówienie do monarchy, nim on się odezwie pierwszy, jest wbrew dworskiej etykiecie. Nie bardzo jednak mógł liczyć na to, że król zabierze głos, skoro nie cierpiał magów. Kiedy więc władca ponownie przestał grać i śpiewać, gość przemówił:
— Jestem uniżonym sługą Waszej Wysokości, nazywam się Jonathan Strange i pochodzę z Ashfair w Shropshire. Na polecenie rządu byłem magiem w armii podczas niedawnej wojny w Hiszpanii, gdzie, co oznajmiam z satysfakcją, mogłem oddać Waszej Wysokości wiele przysług. Synowie i córki Waszej Wysokości mają nadzieję, że moja magia ulży mu w chorobie.
— Powiedz magowi, że go nie dostrzegam! — oznajmił król.
Strange nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć na tę absurdalną uwagę. Naturalnie, że król nie mógł go widzieć, był przecież ślepy.
— Niemniej jego kompana widzę bardzo dobrze! — ciągnął z aprobatą władca. Odwrócił głowę, jakby spoglądając w punkt oddalony o pół metra, może metr na lewo od Strange’a. — To nie sztuka dostrzec kogoś o tak srebrzystych włosach. Wygląda niezwykle dziwacznie.
Owe słowa były tak przekonujące, że Strange odwrócił głowę. Oczywiście nikogo obok siebie nie zobaczył.
Przez kilka ostatnich dni mag przeglądał księgi Norrella w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby pomóc królowi. Zadziwiająco niewiele zaklęć leczyło szaleństwo. Właściwie znalazł tylko jedno, a i tak nie miał pewności, czy chodziło w nim o to, co należy. Wyszukał je w Obyawieniach trzydziestu sześciu innych światów Ormskirka. Zdaniem autora zaklęcie rozpraszało iluzje i korygowało błędne osądy. Strange wyjął księgę i ponownie przeczytał formułę. Ten rodzaj magii był szczególnie niejasny, składał się jedynie z następujących słów:
Umieść księżyc w jego oczach, a biel miesiąca pochłonie fałszywe widoki, dzieło oszusta.
Umieść rój pszczół w jego uszach. Pszczoły kochają prawdę i zniszczą kłamstwa oszusta.
Umieść sól w jego ustach, by oszust nie próbował zachwycić go smakiem miodu lub wzbudzić jego wstrętu smakiem popiołu.
Przybij jego dłoń żelaznym gwoździem, by za jej pomocą nie spełnił żądań oszusta.