Выбрать главу

Zjawił się w komisariacie tuż przed dwunastą. Jego samochód, jak to miał w zwyczaju, strzelił głośno i dwaj policjanci, którzy wysiadali właśnie ze swego radiowozu, odruchowo rzucili się na ziemię. – Przepraszam bardzo! – zawołał Jim, machając do nich ręką.

– Lepiej niech pan da ten tłumik do naprawy, zanim ktoś odpowie ogniem – ostrzegł go jeden z policjantów.

– Przepraszam – powtórzył Jim i wszedł do budynku.

Porucznik Harris właśnie wychodził. Wyglądał na zmęczonego i nieszczęśliwego.

– Panie Rook, naprawdę doceniam wsparcie, jakiego nam pan udziela, ale nie sądzę, by rozmowa z tymi Navajo wniosła do sprawy coś konstruktywnego – oświadczył, kiedy Jim wyłuszczył cel swojej wizyty.

– Nie wierzę, żeby byli winni – powiedział Jim.

– Taak? Grozili Martinowi Amato śmiercią przy wielu świadkach. A inni świadkowie widzieli ich w pobliżu miejsca zbrodni tuż po jej popełnieniu. Ich ubrania pokryte były krwią grupy zero, zgodną z grupą krwi Martina Amato. Poza tym odmawiają współpracy i są agresywni, a ich prawnik, który przed chwilą się zjawił, przypomina Siedzącego Byka.

– Siedzący Byk był Siuksem, nie Navajo.

– To bez znaczenia – burknął Harris.

– A jednak chciałbym z nimi porozmawiać – nie ustępował Jim. – Panie poruczniku, ich rodzina mi ufa. Może uda mi się wyjaśnić, co się naprawdę zdarzyło.

Harris otarł wierzchem dłoni pot z czoła.

– Dobrze… tylko nie dłużej niż dziesięć minut. A kiedy pan z nimi skończy, ani słowa dziennikarzom, jasne?

– Może mi pan zaufać, poruczniku.

Harris odwrócił się w stronę wyjścia, ale zatrzymał się jeszcze i dodał:

– A tak przy okazji, sprawdziliśmy ślady pazurów w pańskim mieszkaniu i porównaliśmy je z bruzdami na ścianach szatni. Są podobne, jednak nie całkiem do siebie pasują.

– Co pan przez to rozumie?

– Cokolwiek zdemolowało pańskie mieszkanie, miało pazury o rozpiętości ponad jedenastu cali. A największy rozstaw pazurów w szatni tylko trochę przekraczał sześć.

– A rany na ciele Martina Amato?

– Osiem, może dziewięć cali.

– Potrafi to pan jakoś wytłumaczyć?

– Na razie nie, ale chciałem, żeby pan o tym wiedział.

– Może powinien pan szukać trzech różnych zwierząt. Albo jednego, które potrafi tak bardzo urosnąć przez weekend.

Harris zmierzył go ciężkim spojrzeniem, mrużąc jedno oko w nieświadomym naśladownictwie porucznika Columbo. Kiedy się odezwał, w jego głosie brzmiała pogarda:

– Panie Rook, jeżeli znajdzie mi pan zwierzę, którego pazury mogą urosnąć o pięć cali w ciągu trzech dni, proszę mi dać znać. A tymczasem, skoro już musi pan porozmawiać z tymi dwoma Indianami, może spróbuje pan ich przekonać, by przyznali się do zabójstwa Martina Amato i powiedzieli panu, jak to zrobili. Oszczędziłoby to nam wszystkim niepotrzebnych wydatków i zamiast wędzić się w sądzie, moglibyśmy pojechać na ryby. Ale muszę już iść. Sierżancie! Proszę zaprowadzić pana Rooka do naszych więźniów. Dziesięć minut, nie dłużej.

Zza biurka wyszedł brzuchaty sierżant z pękiem kluczy zawieszonym u pasa. Jego wąsy sterczały sztywno niczym szczotka do polerowania metalu.

– Proszę tędy – oświadczył protekcjonalnym tonem. Przeprowadził Jima przez zamykające się automatycznie drzwi obok sali odpraw, do sali przesłuchań na tyłach budynku. Był tu jedynie stolik o blacie popalonym papierosami oraz cztery proste, drewniane krzesła. Okno przesłaniała stalowa siatka.

– Proszę usiąść – powiedział. – Za momencik przyprowadzimy pańskich przyjaciół.

Jim stanął przy oknie i czekał. Na zewnątrz widział jedynie tył radiowozu, róg ceglanego muru oraz kawałek intensywnie błękitnego nieba. Zastanawiał się, jak czują się ludzie, zmuszeni spędzić w więzieniu resztę swoich dni, i z tej perspektywy śmierć wydała mu się mniej okrutnym wyjściem. Nie chciał jednak rozmyślać o śmierci – i tak wciąż czuł na karku jej lodowaty podmuch.

Po chwili drzwi się otwarły i sierżant wraz z jeszcze jednym funkcjonariuszem wprowadzili skutych kajdankami Paula i Szarą Chmurę. Sierżant polecił im usiąść z dala od stołu, a potem zwrócił się do Jima:

– Proszę pamiętać, co powiedział porucznik… tylko dziesięć minut. Nie wolno palić, przekazywać aresztantom papierosów, jedzenia, książek, podarków ani dokumentów. I żadnego kontaktu fizycznego – oświadczył i wyszedł.

Drugi policjant stanął przy drzwiach, splótł ręce na plecach i utkwił wzrok w przestrzeni przed sobą, bezmyślnie przeżuwając olbrzymią bryłę gumy do żucia.

Jim usiadł.

– Pewnie wiecie, że odwiedził mnie wasz ojciec. Powiedział, że potrzebujecie mojej pomocy.

– Wcale nie chcieliśmy pana wzywać – odparł Szara Chmura, dumnie unosząc głowę – ale Catherine nalegała, a dopóki siedzimy zamknięci tutaj, musi pan być naszymi oczami i uszami, nogami i rękami.

– Wasz ojciec wspominał o jakimś zwierzęciu…

– O potworze-duchu, tak. To potwór, którego nikt nie jest w stanie zobaczyć, nawet gdy ginie w jego pazurach.

– Ciężko będzie to wytłumaczyć ławie przysięgłych.

– Dlatego zwróciliśmy się do pana. Musi pan potwierdzić istnienie tego potwora-ducha. Tylko w ten sposób możemy dowieść naszej niewinności.

– Może zechciałby pan poddać się testowi na wykrywaczu kłamstw… – zasugerował Paul.

– Chwileczkę – przerwał mu Jim. – Skąd macie pewność, że wam uwierzyłem?

– Gdyby pan nam nie wierzył, nie przyszedłby pan tutaj – odparł Szara Chmura.

– No dobrze… być może istnieje prawdopodobieństwo, że za śmierć Martina Amato odpowiedzialna jest jakaś niematerialna moc, ale jestem pewnie jedyną osobą na tej planecie, która tak uważa. Sądzę też, że szatnię w West Grove i moje mieszkanie zdemolowała ta sama istota, która zabiła Martina. Muszę mieć jednak więcej dowodów, zanim zacznę poddawać się testom na prawdomówność i przysięgać na Biblię, że to nie wy, ale niewidzialny stwór z zaświatów wypruł Martinowi płuca. W końcu byliście na plaży w chwili śmierci Amato.

– Daję panu słowo, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego – powiedział Paul. – Nawet nie widzieliśmy, jak to się stało.

– Byliście umazani krwią Martina.

– Trudno było tego uniknąć.

– A więc byliście tam zaraz po fakcie?

– Tak – przyznał sucho Paul. – Krew wciąż jeszcze tryskała z niego jak z fontanny.

Jim przesunął dłonią po włosach.

– Jesteście w tarapatach, panowie.

– No dobrze – powiedział Szara Chmura. – Pan widział ciało. Co według pana mogło zabić tego chłopaka?

– Może niedźwiedź albo górska puma – odparł po chwili wahania Jim.

– Ale jest pan pewien, że te obrażenia nie zostały zadane ludzką ręką?

– Chyba że uzbrojoną w jakieś dziwaczne pazury.

– Oczywiście – odparł Szara Chmura. – Ale czy potrafi pan sobie wyobrazić, jakiej do tego potrzeba siły? I co niby stało się z tymi dziwacznymi pazurami? Wyrzuciliśmy je gdzieś? Zakopaliśmy? A może są ukryte w naszym domu?

– W porządku – mruknął Jim. – Załóżmy, że zdołaliście mnie przekonać o istnieniu tego potwora-ducha, ale co mam według was teraz zrobić?

– Chcemy, by spowodował pan cofnięcie klątwy. Potwór musi wrócić tam, skąd pochodzi.

– A jak niby miałbym tego dokonać?

– Musi pan odbyć długą podróż – powiedział Szara Chmura. – Podróż, która zaprowadzi pana wiele mil stąd i jednocześnie do wnętrza pańskiej duszy. Musi się pan dowiedzieć, jak to jest być Indianinem Navajo. Musi pan przejść iluminację.

„Zasięgnij porady dwóch przyjaciół – przypomniał sobie Jim. – Pojedź w długą podróż”.