– Sprytnym i podstępnym. Potrafi przekonać człowieka, że czarne jest białe.
– Ile ma lat? I skąd pochodzi?
– Ma tyle lat, na ile wygląda. A skąd pochodzi? Cóż… stąd, skąd pochodzi każdy z nas. Zrodziły go drzewa, skały, pył drogi.
– Może ma jakieś imię? – naciskał Jim. – Trochę dziwnie to wygląda, że lecę aż do Arizony, żeby go spotkać, i nawet nie wiem, jak się nazywa.
– Używa kilku imion, jak wielu Navajo, lecz zazwyczaj nazywają go Rozmawiającym ze Zwierzętami albo Psim Bratem.
– A jak wygląda? Czego mam się spodziewać?
– Wielu niespodzianek, panie Rook. To bardzo nieprzewidywalny człowiek. Powinien pan uważać, żeby go nie zdenerwować.
Asystent reżysera w przepoconej zielonej koszulce z logo Blood Brothers podszedł do nich rozkołysanym krokiem i powiedział:
– Chodź już, Henry. Będziemy kręcić scenę eksplozji.
– Dobra – odparł Henry i wysiadł z samochodu. – Chce pan sobie popatrzeć, panie Rook?
– Pewnie – odparł Jim i ruszył w ślad za Henrym i asystentem reżysera w kąt placu, gdzie w rowie stał przechylony lincoln Continental. Za kierownicą siedział pochylony do przodu manekin w niebieskiej sukni w kwiaty i w blond peruce. Pirotechnicy wciąż jeszcze krzątali się wśród przewodów i detonatorów, kamerzyści czekali nieopodal, kopcąc papierosy i opróżniając butelki wody mineralnej.
Po drugiej stronie planu, na ganku biura szeryfa, fasady podpartej z tyłu rusztowaniami, Jim dostrzegł Catherine. Ubrana była w żółtą kraciastą koszulę i dżinsy i rozmawiała z asystentem scenarzysty.
– Wziął ją pan ze sobą do pracy? – zapytał Henry’ego.
– A co miałem zrobić? Jej bracia siedzą w więzieniu. Ktoś musi jej pilnować.
– Mogła przyjść do szkoły. Opiekujemy się wszystkimi naszymi uczniami.
– Wiem, wiem – odparł Henry, ale w tym momencie nadszedł do niego asystent reżysera, by go ustawić na planie.
Tuż przed trzaśnięciem klapsa Henry odwrócił się jeszcze do Jima z żałosnym, błagalnym wyrazem twarzy. Jim przeniósł spojrzenie na Catherine. Wciąż rozmawiała ze scenarzystą, odrzucając do tyłu włosy i gestykulując rękoma. Była piękna jak zwykle, lecz Jim był przekonany, że wokół niej dostrzega mroczny, ogromny cień.
Im dłużej patrzył, tym wyraźniej go widział. Cień naśladował każdy ruch Catherine. Jim nie mógł oderwać od niego wzroku.
Obok niego stał asystent techniczny w odwróconej daszkiem do tyłu baseballowej czapce z nadrukiem Blood Brothers, próbując przy użyciu nożyc do cięcia drutu zaprowadzić porządek w dzikiej plątaninie wielobarwnych kabli.
– Mam pytanie – zwrócił się do niego Jim. – Tamta dziewczyna… ta w żółtej koszuli. Czy widzi pan wokół niej coś jakby cień?
Chłopak spojrzał na Catherine, a potem na Jima.
– Cień…? – powtórzył niepewnie, jakby to słowo było mu obce.
– Nieważne – mruknął Jim. – Zapomnij pan o tym. Lecz kiedy technik na powrót zajął się swoim elektrycznym spaghetti, Jim ponownie spojrzał na Catherine i stwierdził, że cień nadal jej towarzyszy. Gdy dziewczyna wstała z krzesła i przeszła przez plan, cień podążył za nią jak dym.
Catherine zauważyła go i pomachała mu ręką. Wciąż jeszcze patrzył na nią, kiedy rozległa się ogłuszająca eksplozja i lincolna pochłonęła rozpalona kula pomarańczowych płomieni. Szyby rozsypały się w drobny mak, opony zajęły się ogniem, a maska wyleciała dwadzieścia stóp w górę. Jim obejrzał się i ujrzał Henry’ego Czarnego Orła czołgającego się w kurzu z rewolwerem w dłoni.
Gdy się odwrócił, Catherine zniknęła przesłonięta kurzem dymem i tłumem statystów. Udało mu się jednak dostrzec cień, przesuwający się przez fasadę „biura szeryfa” – był skulony i kanciasty, o ostrym, szczeciniastym konturze.
Rozdział V
Kiedy następnego dnia spotkał Susan na korytarzu przed pracownią geograficzną, zapytał ją, czy byłaby zainteresowana wycieczką do Arizony.
– Do Arizony? Dlaczego miałabym chcieć pojechać do Arizony?
– Nie wiem. Lubisz kaktusy, prawda? Pogoda też jest tam niezła.
– Tutaj pogoda też jest niezła. W dodatku jestem w środku najbardziej szalonego semestru, jaki pamiętam. Poza tym myślałam, że dajemy sobie nawzajem spokój na jakiś czas.
– Cóż, nie chodziło mi jedynie o nas dwoje. Jeden z moich uczniów też by z nami pojechał. Możliwe, że nawet dwóch lub trzech. Chcemy odwiedzić rezerwat Navajo w Wmdow Rock.
– Czasem zupełnie cię nie rozumiem – Susan potrząsnęła głową. – Jesteś najbardziej nieprzewidywalnym człowiekiem, jakiego znam. Czasem wydaje mi się, że przybyłeś tu z innej planety i jeszcze nie do końca nauczyłeś się naśladować zachowanie Ziemian.
– Mimo to może jednak pojechałabyś ze mną do Arizony?
– Nie, Jim. Nie mogę.
– Jesteś mi potrzebna, Susan. Gdyby tak nie było, nie prosiłbym o to. I wcale nie mam na myśli seksu. Potrzebuję twojego wsparcia
– Dlaczego? – zapytała.
– Hmmm… jedzie ze mną parę uczennic i myślę, że byłoby stosowne, by miały ze sobą przyzwoitkę.
– Rozumiem, że jedną z nich jest Catherine Biały Ptak?
– Owszem. To właśnie ona podsunęła mi pomysł tej wycieczki.
– No dobrze. Kto jeszcze?
– Nie wiem. Ale na tobie naprawdę mi zależy.
– Nic z tego nie wyjdzie, Jim – odparła Susan. – Po prostu do siebie nie pasujemy.
– Wiem. Ale potrzebuję na tej wycieczce rozsądnej, inteligentnej i odpowiedzialnej dorosłej kobiety, która mogłaby w razie czego zająć się dwoma, może trzema młodymi dziewczynami. Potrzebuję kogoś, kto rozumie kulturę tego kraju i kto nie będzie wyprowadzał mnie z równowagi, a tylko ty pasujesz do tego opisu.
– Window Rock, powiadasz? – zapytała Susan.
– Window Rock… może też Fort Defiance. Wiesz, jak Navajo nazywają to miejsce? Meadow Between Rocks. To naprawdę może być bardzo ciekawa wycieczka.
Spojrzała na niego, on zaś przez moment boleśnie zapragnął, by nadal była w nim zakochana.
– Nie wiem, dlaczego się zgadzam – oświadczyła w końcu. – Ale pojadę. Kiedy planujesz tę wyprawę?
– Och… nie ma pośpiechu. Wpadnę po ciebie jutro o piątej.
– Jutro nie mogę. Kończę zajęcia dopiero dwadzieścia po czwartej.
– Miałem na myśli piątą rano. Musimy złapać pierwszy samolot do Albuquerque.
Susan otwarła usta i natychmiast je zamknęła, nie mówiąc ani słowa. Odprowadziła Jima wzrokiem do klasy i pomyślała, że być może lubi go bardziej, niż skłonna byłaby przyznać.
– Wybieram się na krótką wycieczkę kulturoznawczą do Arizony – poinformował Jim swoją klasę. – Robię to po to, My dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu Catherine, co powinno ułatwić mi pomaganie jej w opanowywaniu zawiłości języka angielskiego. Robiłem już coś podobnego dla paru z was. Rita, pamiętasz, jak spędziłem trochę czasu z twoją rodziną i przyjaciółmi, by lepiej zrozumieć kulturę hiszpańską? A ty, John, zaprosiłeś mnie kiedyś na weekend w towarzystwie wietnamskich przyjaciół. Bawiłem się doskonale, ale nie umiałem jeść pałeczkami i ciągle upuszczałem thit bo to na buty… Chciałbym zabrać ze sobą dwoje z was. Przynajmniej jedną osobą powinna być dziewczyna, która by mogła dzielić pokój z Catherine. Drugą może być chłopak. Kto tylko ma ochotę pojechać.
Pierwsza zgłosiła się Sharon X.
– Ja bym bardzo chciała. Interesują mnie uciskane społeczności.
– Dobrze… Ktoś jeszcze?
Mark Foley ostrożnie uniósł jeden palec. Był zadzierzystym wesołkiem, ale jeśli chodzi o naukę, plasował się na końcu klasy. Niższy i szczuplejszy od większości rówieśników, miał bladą twarz i nierówno przycięte jasne włosy. Zawsze był ubierany w czyste dżinsy i koszule, które jednak zwykle były wytarte i postrzępione, a podeszwa jednego z trampków klapała głośno przy każdym kroku.