– Masz ochotę zabrać się z nami, Mark?
– No pewnie. Nigdy jeszcze nie leciałem samolotem. To nie będzie nic kosztować, prawda?
– Nie… ojciec Catherine pokrywa wszystkie koszty. Musisz wziąć ze sobą tylko trochę ubrań na zmianę i szczoteczkę do zębów.
– Myślisz, że stary ci pozwoli? – zapytał Ricky Herman.
– Nie obchodzi mnie, co mój stary powie – odparł buńczucznie Mark. – I tak pojadę.
– Jeżeli ojciec nie będzie chciał się zgodzić, powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił – oświadczył Jim.
Miał już do czynienia z ojcem Marka, który prowadził mały sklep z używanymi samochodami w Santa Monica. Cały dzień spędzał podrasowując stare chevrolety, a wieczorem popijał piwo w KCs Bar. Powiedział kiedyś Jimowi, że według niego Mark marnuje czas chodząc na angielski, bo przecież już mówi po angielsku, a poezja to zajęcie „dobre dla pedalstwa”.
– Podczas naszej nieobecności zajmie się wami pani Whitman, ale chciałbym, żebyście tymczasem dowiedzieli się jak najwięcej o plemieniu Navajo i ich kulturze, a zwłaszcza o ich wierzeniach religijnych. Kiedy wrócimy, będziemy mogli porozmawiać o tym, co odkryliśmy w Arizonie, i o tym, czego wy dowiedzieliście się tutaj.
– Dobrej zabawy, panie Rook – powiedział Ray Vito. – Proszę przywieźć nam trochę wody ognistej i kilka squaw.
– Powinieneś się wstydzić – oświadczyła Sharon.
– Właśnie, powinieneś się wstydzić, ty brudny, hałaśliwy makaroniarzu – dorzucił Ricky.
Jim z rozbawieniem przysłuchiwał się wyzwiskom, jakie rozpętała ta uwaga. Czasami dobrze było pozwolić im na chwilę swobody – dzięki temu mogli zrozumieć, że wyzwiska są jedynie słowami i że liczy się tylko to, jak dobrze jest im ze sobą i jak bardzo się lubią. Po paru minutach wszystko zakończyło się chóralnym wybuchem śmiechu.
– Wystarczy – powiedział Jim. – Dosyć obraźliwego słownictwa jak na jeden dzień. Zobaczymy się w piątek rano.
Rozejrzał się po klasie, starając się zapamiętać każdą twarz z osobna. W końcu mógł ich już więcej nie zobaczyć.
Odlot z LAX opóźnił się prawie o godzinę i na międzynarodowe lotnisko w Albuquerque dotarli tuż przed obiadem.
Gdy maszerowali po betonowej płycie lotniska, temperatura przekraczała trzydzieści cztery stopnie i wiał suchy wiatr.
Podczas lotu do Albuquerque Catherine była bardzo cicha i zamyślona. Jim dogonił ją przed budynkiem portu lotniczego i zapytał:
– Hej, Catherine, wszystko w porządku?
– Chyba się boję – odparła, odgarniając dłonią włosy.
– Czego? Tego faceta, z którym jesteś zaręczona? Przywołamy go do porządku.
– Bardziej boję się samej siebie.
– Samej siebie? Dlaczego? Spojrzała na niego.
– Czuję się tak, jakbym była na coś zła, ale nie wiem dlaczego. Ostatni raz tak się czułam, kiedy chodziłam z Martinem. Nie wiem czemu. Ale teraz jest to znacznie wyraźniejsze.
Jim przypomniał sobie o kolczastym cieniu, kroczącym za nią na planie filmowym.
– Może to kwestia twojego wieku. Wtedy często człowiek gubi się w swoich uczuciach.
– Sama nie wiem, proszę pana, ale mam wrażenie, że to coś poważniejszego. Jest mroczne i złe. Jakbym miała w sercu dzikość, rozumie pan?
– Dzikość… – powtórzył Jim. – Dzikość rodzącą się bez wyraźnego powodu?
– Tak – potwierdziła Catherine. – Właśnie tak.
– Później o tym porozmawiamy – powiedział Jim. – Tymczasem zobaczmy, czy uda nam się zorganizować następcy samolot.
– Ależ tu gorąco! – zawołał Mark, wycierając pot z czoła wierzchem ramienia. W ręku trzymał starą szarą płócienną torbę, lecz na nogach miał nowiutkie adidasy Nike. Kiedy ojciec dowiedział się o planowanym wyjeździe do Arizony, zabrał go do miasta i kupił mu nowe buty. „Nadal uważam, że to kompletna strata czasu, ale nie będziesz mnie tam kompromitował klapiącym butem” – oświadczył.
Sharon miała na sobie różową koszulkę i szorty z białej satyny i wyglądała jak olimpijska lekkoatletka.
– Jestem taka podekscytowana – entuzjazmowała się. – Tu jest naprawdę pięknie. I tak ciepło!
Susan uśmiechnęła się do niej. Miała na sobie świeżutką białą bluzeczkę bez rękawów i plisowaną spódniczkę w żółte kropki, a na włosach niebieską opaskę.
– Jim, nie zapominaj o piechocie! – zawołała.
Po wejściu do klimatyzowanego terminalu o wypolerowanych na wysoki połysk posadzkach Jim skierował się do stanowiska czarterowych linii lotniczych West New Mexico. Pulchna kobieta o sztywnych od lakieru tlenionych włosach odwróciła się i zawołała:
– Randy! Grupa pana Rooka!
Z zaplecza wyłonił się żylasty, spieczony słońcem pilot o siwej głowie i w śnieżnobiałej koszuli.
– Jak się macie? Może ktoś chce skorzystać z wygódki, zanim wyruszymy? Nie lubię, kiedy moi pasażerowie zaczynają się wiercić podczas lotu.
Wyprowadził ich z powrotem na rozpalony beton, gdzie czekał na nich dwusilnikowy golden eagle, mający zawieźć ich do Gallup. Mark usiadł z przodu, Jim z Catherine w środku, Sharon i Susan z tyłu. Czekali na swoją kolej, a kiedy nadeszła ich pora, pilot poderwał samolot w powietrze i natychmiast skręcili na północ-zachód-zachód. Słońce wypełniło kabinę maszyny oślepiającym blaskiem.
– Więc jedziecie do Window Rock, co? – zapytał Randy.
– Zgadza się – odparł Jim. – Jesteśmy na szkolnej wycieczce krajoznawczej. Opracowujemy program badawczy dotyczący życia Navajo.
– Teraz to on wcale nie różni się od normalnego miejskiego życia – zauważył Randy. – Nie bądźcie rozczarowani, jeżeli nie zobaczycie tam nikogo w pióropuszu i naszyjniku z»pazurów niedźwiedzia. Window Rock przypomina wszystkie miasta w tej okolicy. Są tam motele i restauracje, plac zabaw, jeden bank, dom kultury i osiedle mieszkaniowe FHA*. Mają tam nawet liceum medyczne. – Pociągnął nosem i dodał: – Ale nie zapomnijcie kupić sobie koca na pamiątkę. Odwiedziny w rezerwacie Navajo bez kupienia koca to strata czasu. Teec Nos Pos, te są najlepsze.
Jim przypomniał sobie, jak Catherine opowiadała w klasie o tkactwie Navajo. Wspomniała wtedy, że koce z Two Grey Hills są najpiękniejsze i mają najbardziej skomplikowane wzory. Jednak tego ranka wyglądała przez iluminator nie odzywając się ani słowem. Raz czy dwa zerknęła na Jima, obdarzając go pozbawionym wyrazu uśmiechem. Starał się jak mógł zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa, ale nie bardzo wiedział, w jaki sposób ma to zrobić.
Wciąż widział wokół niej postrzępiony cień – cień niewidzialny dla innych – choć nie miał pojęcia, co ów cień mógł oznaczać. Może był to jedynie omen – ostrzeżenie z zaświatów? Problem z interpretacją znaków i przesłań z tamtej strony polegał na tym, że rzadko wyrażano je w zrozumiałym dla ludzi języku. Informacja zawarta była najczęściej w niejasnych wskazówkach, sugestiach i sylwetkach widocznych w odległych oknach.
– Leciałeś już kiedyś samolotem? – zapytał Marka Randy.
– Nie, proszę pana, nigdy. To mój pierwszy raz. Myślałem, że będę ze strachu obgryzać paznokcie, ale wcale się nie boję.
– Nie masz ochoty popilotować samolotu? Tak zupełnie samodzielnie.
– Och nie, proszę pana – odparł przerażony Mark. – Nawet samochodu nie umiem prowadzić.
– Cóż, kiedyś trzeba zacząć – oświadczył Randy. – Łap za stery, brachu, zobaczymy, co potrafisz.
– Ja? – zapytał zdziwiony Mark. – A co będzie, jeśli się rozbijemy?