Выбрать главу

– Nie rozbijemy się, nie masz wystarczającego doświadczenia, by się rozbić. Dalej, chwytaj za stery!

Mark schwycił stery tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Golden eagle opadł nieco i przechylił się na bok, silniki zamruczały ostrzegawczo. Randy powiedział:

– Odpręż się, dobrze sobie radzisz. Trzymaj go prosto, to wszystko.

Po chwili Mark nabrał pewności i zaczął prowadzić samolot prosto i bez większych wstrząsów. Randy pokazał mu, jak używać pedałów i korygować prędkość.

– Masz dryg do tego, chłopie – oświadczył. – Powinieneś robić to zawodowo.

Jim przyglądał się temu z uśmiechem. Nigdy nie widział Marka tak podnieconego. Pomyślał sobie: Boże, gdyby tylko ludzie poświęcili trochę czasu takim chłopakom jak Mark i pokazali im, do czego są zdolni, zamiast wmawiać im, że są głupi i bezużyteczni…

– Co o tym myślicie? – zawołał przez ramię Mark. – Dobry ze mnie pilot?

– Wie pan co, panie Rook? – powiedziała Sharon z uśmiechem. – W życiu nie byłam równie wystraszona.

Przelatywali nad ostatnimi zboczami parku narodowego Cibola, jakieś dziesięć mil od Gallup. Jim zerknął w dół i ujrzał cień maszyny prześlizgujący się po drzewach.

– Trochę wyżej – polecił Markowi pilot. – Starczy. Lepiej mieć pewność, że przeskoczymy nad tym stokiem.

Mark przyciągnął do siebie drążek, ale w tej samej chwili lewy silnik prychnął głośno raz, drugi i trzeci. Randy zerknął na instrumenty i podniósł okulary.

– Cóż, nie palimy się i mamy pełno benzyny – oznajmił. – To może być zator w przewodzie paliwowym.

Silnik zacharczał jeszcze głośniej, a potem zaterkotał i nagle zgasł. Susan pochyliła się do przodu i chwyciła Jima za rękę.

– Wszystko w porządku, nie martw się – powiedział. – Ty też, Sharon. Takie rzeczy zdarzają się codziennie.

– Nie panikujcie, ludziska! – zawołał Randy. – Musimy tylko wylądować na jednym silniku. Tej maszyny nie można rozwalić, nawet gdybyśmy się nie wiem jak starali.

– Mam nadzieję, że nie napiszą ci tego na nagrobku – mruknęła Susan.

Jim próbował się do niej uśmiechnąć, ale nie udało mu się. Czuł, jak mokra od potu koszula przylepia mu się do pleców. Nigdy nie lubił małych samolotów i od chwili startu z Albuquerque nerwowo zaciskał pięści. Samolot przechylił się nagle na prawe skrzydło i lewy silnik zajęczał na znak protestu.

Sharon również jęknęła, a Mark wymamrotał:

– O kurwa, o kurwa…

– Nie traćmy głowy, ludziska – powiedział Randy. – Wciąż mamy jeszcze dość wysokości, a za pięć minut będziemy nad lotniskiem w Gallup. Może trochę zatrząść, ale nie ma co histeryzować.

Samolot ponownie opadł, a potem nabrał trochę wysokości, pozostawiając żołądek Jima dobre sto stóp niżej. Mark siedział w fotelu drugiego pilota z ponurą miną. Susan ściskała dłoń Jima, wbijając mu paznokcie w skórę, a Sharon skryła twarz w dłoniach. Ale Catherine siedziała spokojna i milcząca, z lekko zadartą brodą i spojrzeniem utkwionym przed siebie.

– Catherine…? – zapytał Jim. – Catherine, nic ci nie jest?

Dziewczyna nie odpowiedziała, lecz Jim wciąż widział otaczający ją cień, chociaż kabina samolotu rozświetlona była słonecznym blaskiem. Wyglądała, jakby okrywał ją upiorny żałobny welon. Wpatrywała się w przestrzeń przed sobą, a jej usta poruszały się.

– Coyote… Coyote… Coyote… – tylko to był w stanie wychwycić.

– Catherine? – powtórzył.

Pochylił się, by dotknąć jej ramienia, lecz w tej samej chwili zgasły wszystkie światła na tablicy rozdzielczej. Lewy silnik zawarczał, zadygotał i ucichł. Ogarnęła ich cisza. Słyszeli jedynie świst wiatru na zewnątrz.

Randy przerzucił włącznik, próbując uruchomić lewy silnik, ale bez efektu.

– Cholera – wymamrotał. – Siadła cała pieprzona elektryka. W życiu nie słyszałem o czymś takim.

– O kurwa! – jęknął Mark. – Chyba nie zginiemy, co?

– Zginiemy? Nie, do jasnej cholery! – odparł Randy. – Po prostu wylądujemy na brzuchu w czyichś ziemniakach, to wszystko.

Ale z jego głosu Jim odgadł ogarniające go przerażenie. Mieli jeszcze do pokonania ostatnie wzniesienie, co oznaczało, że muszą utrzymać wystarczającą wysokość, by uporać się z poszarpaną linią porastających je drzew. Golden eagle ważył jednak ponad trzy i pół tony. Drzewa przed nimi wznosiły się coraz wyżej i wkrótce niemal muskali już ich górne gałęzie.

Nie mieli najmniejszej szansy, stało się to jasne dla wszystkich. Byli już poniżej poziomu najwyższych drzew, a nigdzie nie było widać prześwitu, przez który Randy mógłby spróbować przeprowadzić samolot.

– O mój Boże, Jim – wyszeptała Susan. – O mój Boże. Sharon ukryła twarz w dłoniach. Jima mdliło od strachu, bezradności i szarpiącego wnętrzności żalu. Przyleciał tutaj, by uratować siebie i Catherine – ale teraz oboje mieli zginąć, a wraz z nimi Susan, Mark i Sharon.

– Musicie się przygotować – powiedział Randy. – Przy odrobinie szczęścia drzewa zamortyzują upadek.

Dobrze wiesz, że tak nie będzie, pomyślał Jim. Porozdzierają nas na kawałki i ekipy ratunkowe zbierać będą tylko nogi i ręce.

Obrócił się do Sharon i Susan.

– Zdejmijcie buty i pochylcie się, a ręce splećcie na głowach.

Golden eagle zachwiał się i opadł, gdy Randy ostatnim rozpaczliwym zrywem próbował nabrać trochę wysokości.

Jim spojrzał na Catherine. Nadal siedziała sztywna jak kij, oczy utkwiła w tablicy rozdzielczej. Otaczający ją cień był teraz bardziej widoczny, choć rozmazany i nierówny. Oczy dziewczyny były zupełnie czarne, bez śladu białek.

– Catherine! – krzyknął Jim i złapał ją za nadgarstek, lecz natychmiast cofnął dłoń. Pod palcami nie poczuł spodziewanej ciepłej gładkości skóry, ale zjeżone, skołtunione futro.

– Catherine, posłuchaj mnie! – zawołał ponownie. – To ja, Jim Rook! Słyszysz mnie?

– Powiedz jej, żeby się przygotowała na zderzenie! – wrzasnął Randy. – Na miłość boską, spadamy!

– Catherine! – ryknął Jim. – Catherine!

Próbował obrócić jej głowę w swoją stronę, ale gdy tylko dotknął jej twarzy, krzyknął i cofnął rękę. Policzek Catherine był szorstki i kosmaty, poczuł też zęby.

– Catherine, jeżeli tam jesteś, Catherine, staraj się z tym walczyć! – wrzasnął znowu.

– Jim, co ty wyprawiasz? – zapytała Susan. – Pochyl się, bo kark sobie skręcisz!

Przez wszystkie okna do wnętrza samolotu zdawały się wdzierać drzewa. Mark wciąż mamrotał „kurwa… kurwa… kurwa”, a Sharon modliła się do Allacha.

Catherine mnie nie słyszy, myślał Jim. Być może tam jest, ale po prostu mnie nie słyszy. Jest teraz zwierzęciem, nie istotą ludzką. Jak sprawić, by usłyszało cię zwierzę?

Nagle przypomniał sobie o wiszącym na szyi gwizdku, który dał mu Henry Czarny Orzeł. Podniósł go do ust i dmuchnął. Catherine nie zareagowała, więc dmuchnął ponownie tym razem mocniej.

Głowa dziewczyny gwałtownie zwróciła się w jego stronę a jej czarne oczy zmierzyły go tak wrogim spojrzeniem, że cofnął się odruchowo. Cień wokół niej zgęstniał.

– Catherine! – powtórzył Jim.

Na jej twarzy odmalował się cień zrozumienia.

– Co? Co się dzieje? – zapytała. Czerń jej oczu zaczęła się kurczyć, a cień zbladł i odpłynął w nicość, niczym spłukiwany w zlewie atrament. Catherine rozejrzała się dokoła i zobaczyła pnące się ku nim drzewa, a obok siebie Susan i Sharon z głowami między kolanami. – Co się dzieje? – krzyknęła. – Nie rozumiem, co się dzieje! Kim ja jestem?

– Głowa na dół! – wrzasnął do niej Randy. Jim odpowiedział:

– Jesteś Catherine, Catherine Biały Ptak!