Dziewczyna wpatrywała się w niego przez długą chwilę, a potem uniosła obie dłonie i dotknęła czoła, jakby nie mogła uwierzyć, że ta głowa i twarz naprawdę należą do niej.
– Jesteś Catherine Biały Ptak – powtórzył Jim. Teraz, nawet jeżeli mieli zginąć, przynajmniej dziewczyna umrze z pełną świadomością tego, kim jest i co się z nią stało.
Catherine odwróciła się do instrumentów, wyciągnęła przed siebie rękę i Jim ujrzał, że na tablicy zapalają się światła, a wskazówki zegarów powracają do dawnego położenia. Ale golden eagle zdawał się opadać coraz szybciej.
– Randy! – wrzasnął Jim. – Spróbuj uruchomić silniki!
Randy przerzucił dźwigienkę startera. Nic.
– Próbuj dalej, na rany Chrystusa! – krzyczał Jim.
Randy szarpnął przełącznik raz, potem drugi. I wtedy lewy silnik nagle zakaszlał, po chwili zawtórował mu prawy i wszyscy poczuli głęboką, przejmującą wibrację dwóch pracujących na pełnej mocy silników. Randy szarpnął za stery i samolot powoli zaczął dźwigać się w górę. Sharon krzyknęła, gdy gałęzie uderzyły po skrzydłach, a Mark wydał z siebie jęk przerażenia.
Jim chwycił Catherine za rękę, która była teraz ciepła i gładka, taka jaka powinna być, ona zaś oplotła jego dłoń palcami j wyszeptała:
– Gitche Manitou, uratuj nas.
Golden eagle przerwał się przez linię drzew, jego śmigła rozpyliły wokół strzępy liści i gałęzi. Wspinał się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu wspiął się na taką wysokość, że ujrzeli porastający zbocze las Cibola, skrawek pustyni i majaczące na horyzoncie w bladopurpurowej mgiełce rozgrzanego powietrza góry Zuni.
– Nie wiem, co się u licha zdarzyło – mruknął Randy – ale mogę wam powiedzieć, że od dziś wierzę w Boga. Albo Allacha – dodał, odwracając się do Sharon. – Albo Gitche Manitou, nieważne.
– Ufff – sapnął Mark.
– Tylko tyle? – Randy dał mu kuksańca w żebra. – Jedno małe „ufff?
– Myślałem, że się zesram ze strachu.
John Trzy Imiona oczekiwał ich na smażącym się w słońcu lotnisku. Był drobnym, szczupłym Indianinem. Ubrany był w brązowy płaszcz, beżowe spodnie i brązowy, ozdobiony piórami kapelusz. Miał pomarszczoną twarz o delikatnej skórze, lecz w jego oczach lśniło zdecydowanie, a jego zachowanie wcale nie świadczyło o zniewieścialości.
– Jestem John Trzy Imiona – powiedział, ściskając dłoń Jima. – Słyszałem, że mieliście po drodze kłopoty. Czekały na was dwa wozy straży pożarnej i karetka.
– Powiedzmy, że najedliśmy się strachu – odparł Jim. Odwrócił się i spojrzał na Catherine, która pomagała Sharon wyładowywać bagaże. – Chciałbym wierzyć, że to już za nami, nie sądzę jednak, by tak było.
– Zaparkowałem samochód przed budynkiem – oznajmił John Trzy Imiona. – Ale może wolelibyście trochę tu odpocząć?
– Chyba możemy ruszać – stwierdził Jim. – Jak samopoczucie? – zapytał swoich towarzyszy.
– Jedźmy już – powiedziała Catherine. – Im prędzej dotrzemy na miejsce, tym lepiej.
Musnęła dłonią jego rękę. Wiedział, że bardzo chce mieć już tę podróż za sobą. Nie podziękowała mu za to, co zrobił w samolocie, ale nie musiała tego robić. Tylko oni dwoje dzielili tę chwilę. Jim poczuł się jej bliski i była tak piękna, że prawie się w niej zakochał.
– Uważaj, żeby doktor Ehrlichman nie zobaczył, jak spoglądasz na swoje uczennice – odezwała się Susan.
– Niby jak? Martwię się o nią, to wszystko.
– Nieprawda, nie wszystko.
– Susan…
– Żyjemy, tylko to się liczy – przerwała mu, biorąc go pod ramię. – Naprawdę sądziłam, że zginiemy, i nagle zrozumiałam, jak bardzo nie jestem na to przygotowana.
Zatrzymała się i pocałowała go. Tuż za nimi szli Mark i Sharon. Mark gwizdnął z aprobatą.
– Wypraszam sobie – mruknął Jim. – Nawet nauczyciele mają prawo do okazywania sobie uczuć.
Błękitny ford galaxy Johna Trzy Imiona stojący przed terminalem był wystarczająco obszerny, by ich wszystkich pomieścić.
– Pożyczyłem go z tutejszej szkoły Navajo. Powinien pan tam zajrzeć, panie Rook. Na pewno by się panu spodobało.
– Dlaczego nazywają pana John Trzy Imiona? – zapytał Mark, gdy tylko ruszyli w drogę.
– Ponieważ mam trzy imiona, ma się rozumieć.
– Jakie?
– „John”, „Trzy” i „Imiona”.
Mark przez dłuższą chwilę ze zmarszczonym czołem przetrawiał tę informację.
– Nabiera mnie pan, prawda? – powiedział w końcu.
John Trzy Imiona spojrzał na niego i roześmiał się.
– Nikt nie śmieje się głośniej od Navajo, kiedy udaje mu się oszukać białego człowieka – oświadczył.
Jim rozsiadł się wygodnie, wyjął spod koszuli gwizdek Henry’ego Czarnego Orła i obrócił go w palcach. To on uratował ich wszystkich, ale wciąż nie pojmował, w jaki sposób. Wyglądało na to, że cień towarzyszący Catherine zniknął, jednak nie wiadomo było, czy nie powróci. Podniósł gwizdek do ust i już miał w niego dmuchnąć, ale ujrzał, że Catherine spogląda na niego przytykając palec do warg.
– O co chodzi? – zapytał.
– Lepiej mu więcej nie przeszkadzać – odparła.
– Komu? O kim mówisz?
Catherine uniosła dłonie i zakryła nimi twarz, lecz spomiędzy rozstawionych szeroko palców widział jej oczy. Nie rozumiał, o co jej chodzi, ale miał wrażenie, jakby patrzył na kogoś podglądającego świat z innego wymiaru.
Opuścił rękę i wsunął gwizdek pod koszulę. Najwyraźniej czasem służył pomocą, a kiedy indziej wpędzał w tarapaty.
Susan pochyliła się i ujęła Jima za rękę. Być może dawała tym wyraz odrodzonemu uczuciu, a może po prostu cieszyła się z tego, że żyją. Jim był pewien jednego – za nic nie poleci do Albuquerque samolotem, przynajmniej nie razem z Catherine.
– Byliście już tu kiedyś? – zapytał John Trzy Imiona. – Myślę, że wiele spraw ujrzycie teraz w zupełnie innym świetle. Mieszkam tutaj od dwudziestu pięciu lat i byłem świadkiem ogromnych zmian. Wciąż jeszcze zbyt wielu ludzi utrzymuje się z zasiłków, jednak wcale tak bardzo nie odstajemy od wielkiego świata. Ale najważniejsze jest to, że zachowaliśmy nasz własny język i tożsamość narodową.
Do Window Rock dotarli późnym popołudniem. Na błękitnym niebie wciąż nie było ani jednej chmury. Miasteczko nie różniło się od setek innych w Arizonie. John Trzy Imiona ulokował ich w Navajo Nation Inn, siedemdziesiąt trzy dolary za noc. Kobieta w niebieskiej sukni zaprowadziła ich do pokoi, ozdobionych kilimami yei przedstawiającymi stylizowane postaci ludzkie. Parę kroków za nimi szedł może pięcioletni chłopczyk. John Trzy Imiona zatrzymał się i cofnął do niego, uniósł obie dłonie, pokazując, że są puste, a potem potarł je o siebie i wyczarował z powietrza ćwierćdolarówkę. Wręczył ją chłopcu i powiedział:
– Tylko nie wydaj wszystkiego na słodycze.
Sharon i Catherine dostały jasny, przestronny pokój z widokiem na basen. Jim dotknął ramienia Sharon, kiedy wnosiła do środka swoją torbę, i przypomniał jej:
– Nie spuszczaj z niej oka… i gdybyś dostrzegła cokolwiek niepokojącego…
– Będę się nią opiekować, panie Rook – zapewniła go Sharon.
Jim i Susan otrzymali sąsiednie pokoje, połączone drzwiami. Susan szarpnęła za klamkę, by się upewnić, że są zamknięte.
– To na wypadek, gdybyś miał chodzić we śnie – wyjaśniła.
– A gdybym robił to na jawie?
– W takim razie zginiesz – odparła. John Trzy Imiona wszedł za Jimem do pokoju. Jim rozsunął drzwi prowadzące na niewielki balkon wyłożony płytkami terakoty. Stał tam mały stolik i parę krzeseł. W oddali cynobrowe góry kąpały się w słonecznym blasku. Na zakurzonej ziemi pod balkonem wygrzewała się jaszczurka.