Выбрать главу

– Brzmi znajomo… – mruknął Jim.

– To tylko legenda. Jeśli chce pan w nią uwierzyć, to już pańska sprawa.

– Czemu pan się zajmuje tą sprawą? – zapytał Jim.

– Jestem tym osobiście zainteresowany, no i jestem przyjacielem Henry’ego Czarnego Orła. Współpracuję z indiańską gazetą Diné Baa-Hané. Nocą jestem łowcą demonów, a za dnia reporterem.

Do baru weszła Susan, prowadząc za sobą Catherine, Sharon i Marka.

– Wiedziałam, że was tu znajdę – powiedziała. – Proszę o Krwawą Mary.

Jim przesunął się, robiąc jej miejsce obok siebie. Catherine usiadła naprzeciwko i posłała mu niespokojne spojrzenie, jakby coś ją gnębiło, ale nie bardzo wiedziała, jak o tym porozmawiać.

– Co teraz? – zapytała Susan.

– Jutro o świcie pojedziemy do Meadow Between Rocks – odparł John Trzy Imiona. – Mamy szczęście, bo jeden z moich siostrzeńców przechodzi jutro rytuał Pierwszego Śmiechu. Rzadko bywa się świadkiem czegoś takiego.

– Rytuał Pierwszego Śmiechu?

– Kiedy dziecko się po raz pierwszy śmieje, około czterdziestego dnia po urodzeniu, staje się członkiem rodu ludzkiego i zawiera pakt z bogami śmiechu, który pieczętuje się solą. Będą modlitwy i wielkie świętowanie. Ale tymczasem lepiej odpocznijcie. Macie za sobą ciężką podróż, a jeszcze gorsze chwile przed nami.

– Pójdę się trochę przejść – oznajmił Mark.

– Nie przypiecz się zanadto – ostrzegła go Susan. John Trzy Imiona zaproponował Catherine colę, lecz ona odmownie pokręciła głową.

– Coś się ze mną dzieje – powiedziała. – Coś się ze mną dzieje, a ja nie wiem co.

– Spróbuj nam to wyjaśnić – zachęcił ją Jim.

– Wciąż miewam koszmary, tyle że to nie są nocne koszmary. Mam je podczas dnia.

– Na czym polegają?

– To tylko jakby rozbłyski w mojej głowie. Trwają parę sekund i zaraz znikają. Ale od przyjazdu do Window Rock powtórzyły się już trzy albo cztery razy.

– Wszystkie są takie same?

– Wydaje mi się, że biegnę bardzo szybko, ścigając kogoś. Chcę rzucić się na niego i zaatakować. Chcę słyszeć jego wrzaski. Jestem bardzo silna. Sama nie mogę uwierzyć we własną siłę. Potrafię bez większego wysiłku urwać człowiekowi rękę. – Nagłe do jej oczu napłynęły łzy. – Dopiero co rozmawialiście o śmiechu dziecka, o stawaniu się członkiem rodu ludzkiego. A ja… sama nie wiem, ale mam uczucie, jakbym właśnie przestawała nim być.

Rozdział VI

W środku nocy Jima obudził łomot własnego serca, ale kiedy przyłożył dłoń do piersi, stwierdził, że to nie jego serce, lecz bęben. Teraz słyszał go bardzo wyraźnie – powolne, natrętne łup-ŁUP-ŁUP-łup, łup-ŁUP-ŁUP-łup. Przysłuchiwał mu się przez chwilę, marszcząc czoło w ciemności, a potem wstał z łóżka i podciągając spodnie od piżamy podszedł do rozsuwanych drzwi balkonowych. Otworzył je i wyszedł boso na płytki balkonu, wciąż promieniujące ciepłem wczorajszego słońca.

Nieopodal dostrzegł migotanie ogniska i wirujące w mroku iskry. Niebo lśniło od gwiazd. Nie widział ich tylu od czasu, gdy był chłopcem i ojciec zabrał go na ryby. Poczuł tęsknotę za tymi dawno minionymi dniami i żal.

Przeszedł przez otaczającą balkon balustradę i zeskoczył ciężko na zakurzoną ziemię. Coś zaszeleściło w ciemności, o jego stopę otarła się jaszczurka. Pożałował, że nie włożył butów, bo trafiały się tutaj również grzechotniki i skorpiony.

Bębnienie trwało dalej, donośne i monotonne. Miarowe łup-ŁUP-ŁUP-łup niosło się echem po pustyni. Jim rozejrzał się dookoła. Zdumiało go, że nikt więcej się nie obudził – ale może tutejsi ludzie po prostu to ignorowali. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien wrócić do łóżka, jednak nagle dostrzegł, że tuż obok ogniska podnosi się ciemna sylwetka i zaczyna kołysać się na boki. Miała na głowie dziwaczną, pękatą maskę z rogami albo długimi uszami, a na szyi wisior z kłów jakiegoś zwierzęcia.

Po drugiej stronie ogniska dostrzegł czarny przysadzisty kształt, jakby cień. Zobaczył też dwie czerwone iskry, które mogły być nabiegłymi krwią oczami. Poczuł, jak na całej skórze pleców występuje mu gęsia skórka. Coś tam się czaiło, był tego pewien. Coś zimnego. Coś starego. Coś szczeciniastego.

Ostrożnie ruszył w kierunku ogniska, starając się omijać kamienie i kolczaste okazy miejscowej roślinności. Teraz widział już, że to postać w rogatej masce uderza w bęben. Był to nagi człowiek o ciele lśniącym od potu. Między udami ściskał długi, ozdobny bęben i bił w niego kantami dłoni. Ognisko już przygasło, zamieniło się w stertę rozżarzonych węgli, lecz ciepło bijące od niego powodowało, że powietrze wokół falowało, zniekształcając otoczenie. Jim zatrzymał się i osłonił oczy dłońmi, lecz nie potrafił stwierdzić, czy cień nadal jeszcze tam jest. Bęben łomotał przez cały czas, a teraz do uszu Jima dotarł jeszcze monotonny zaśpiew.

To pewnie jakaś ceremonia Navajo, modlitwa dziękczynna do księżyca albo coś podobnego, pomyślał. Czuł się jak intruz i wstydził się własnej paranoi, która zmuszała go do przyglądania się podejrzliwie każdemu falującemu cieniowi wokół ogniska i wyobrażania sobie, że to coś więcej niż cień. Że to Niedźwiedzia Panna, ostrząca zęby i pazury, by kogoś rozszarpać.

Odwrócił się w stronę motelu i dostrzegł Sharon wybiegającą na dziedziniec.

– Panie Rook! – zawołała. – Panie Rook? Gdzie pan jest?

Człowiek przy ognisku odwrócił się w ich stronę. Bębnienie nagle ucichło.

– Tutaj, Sharon! – odkrzyknął Jim. – Tu jestem!

– Panie Rook, Catherine zniknęła!

Jim spojrzał w stronę ogniska. Mężczyzna nadal patrzył w jego stronę, bęben milczał. Wiatr przegnał rozgrzane powietrze i przez ułamek sekundy Jim widział potężną, mroczną przygarbioną postać przypominającą niedźwiedzia, tyle że trzy razy większą. Ale zaraz potem wiatr poderwał w powietrze chmurę dymu i popiołu i postać zniknęła.

Jim wrócił na dziedziniec. Sharon miała na sobie obszerną różową koszulę z emblematem Care Bears, a jej włosy były nawinięte na różowe plastikowe wałki.

– Obudziłam się i chciałam pójść do łazienki, panie Rook, i wtedy zobaczyłam, że Catherine zniknęła! Nie zabrała ze sobą żadnych rzeczy. Szukałam jej na korytarzu, a potem usłyszałam to bębnienie i okropnie się wystraszyłam.

– Już dobrze, w porządku – odparł Jim. Bęben za jego plecami nadal milczał, ogień zaczynał wygasać. – Nie wiem, co się tu dzieje, ale najlepsze, co możesz zrobić, to wrócić do łóżka. Catherine była bardzo niespokojna, kiedy tu przyjechaliśmy. Może poszła na spacer, żeby sobie coś przemyśleć.

Sharon skinęła głową w stronę ogniska i sylwetki mężczyzny z bębnem.

– O co tu chodzi, panie Rook? Czy ten facet ma coś na sobie?

– Hmmm… chyba nie. Ale sama rozumiesz, to nie Santa Monica. Tu podchodzą do takich spraw zupełnie inaczej.

– A dokąd pan się wybierał? – zapytała podejrzliwie Sharon. – Nawet nie ma pan butów na nogach.