– Nie, nie. Wracaj do pokoju. Bardziej mi pomożesz w ten sposób.
Sharon przez krótką chwilę stała na dziedzińcu, wpatrując się w ciemność, po czym niechętnie weszła do środka budynku. Było trochę po trzeciej. Jim wrócił na miejsce, gdzie spoczywało ciało Susan, a potem podszedł do ognia i mężczyzny z bębnem.
Ogień przygasł już, lecz biło od niego takie gorąco, że Jim nie mógł się zanadto zbliżyć. Mężczyzna przestał grać i kucał przy ognisku, owinięty w szarobiały indiański koc.
– Kim pan jest? – zapytał Jim. – I co się tu dzieje? Została zabita kobieta.
Mężczyzna sięgnął do skórzanego woreczka i cisnął na węgle garść proszku. Palił się przez parę sekund, roztaczając wokół zapach wysuszonych ziół, a także jeszcze jakiś, bardziej nieokreślony, jak gdyby starych wspomnień. Jim ujrzał siebie bawiącego się w lesie nad jeziorem, ale po chwili wizja znikła.
– Będę musiał wezwać policję – oznajmił. Mężczyzna rzucił w ogień następną garść proszku, zawiązał woreczek i wstał. Jim rozpoznał Johna Trzy Imiona. Na twarzy Indianina malowała się obojętność, jego oczy spoglądały bez wyrazu.
– Zabiłeś moją przyjaciółkę – powiedział Jim. Był bliski łez. – Ona… oderwałeś jej głowę, a potem rozszarpałeś.
– Ja tego nie zrobiłem – odparł John Trzy Imiona. Minął Jima i podszedł do płaskiego, gładkiego kamienia, na którym zostawił swoje rzeczy. Bez cienia wstydu zrzucił koc i włożył kraciastą koszulę i dżinsy.
– To coś tu było – nie dawał za wygraną Jim. – Ten potwór. Co zrobiłeś, wyczarowałeś go?
– Niczego nie widziałem. Tylko ty potrafisz dostrzec to stworzenie.
– To jak niby Susan została rozerwana na strzępy? Ono urwało jej głowę, John!
– Przykro mi – mruknął John Trzy Imiona. – Widziałem jej śmierć i jest mi bardzo przykro, ale to wszystko, co mogę powiedzieć. To wojna, a na wojnie wielu niewinnym ludziom dzieje się krzywda. Zwłaszcza kiedy naszym przeciwnikiem są moce, które niezupełnie rozumiemy.
– I tak dzwonię po policję. Przyjechałem tu w geście dobrej woli. Teraz moja dziewczyna nie żyje. Jezu, jak możesz być taki spokojny? – niemal krzyknął Jim.
– Nie jestem spokojny – powiedział John Trzy Imiona. – Ani trochę. Jestem równie wstrząśnięty jak ty. Ale ten potwór będzie dalej zabijał, dopóki Psi Brat nie zrozumie, że musi zostawić Catherine w spokoju, a tylko ty możesz to sprawić.
– Wzywam policję – powtórzył Jim.
– Ach tak? I co im powiesz?
– Prawdę, cóż by innego?
– Prawdę? Że niewidzialny potwór podkradł się i urwał głowę twojej dziewczynie? Widziałem, jak biegniesz w jej stronę. Widziałem, jak pada na ziemię. Tyle że o ile mi wiadomo nie było tu żadnego niewidzialnego potwora. Jak myślisz, do jakich wniosków dojdzie policja?
– Rozerwał ją na kawałki. Ja nie byłbym w stanie tego zrobić!
– Ale będziesz głównym podejrzanym – John Trzy Imiona wzruszył ramionami. – Wszyscy tutejsi gliniarze to Navajo, raczej mało tolerancyjni wobec białych. W końcu mają po temu dosyć powodów.
– Niczego nie widziałeś? – Jim rozpaczliwie rozejrzał się dookoła. – Nie widziałeś tego cienia? Siedział tu, przy ognisku, kiedy grałeś na bębnie.
John Trzy Imiona dotknął czubkiem palca swojej powieki.
– Moje oczy nie dostrzegają takich rzeczy, Jim. I jestem z tego bardzo zadowolony.
– Co w takim razie robiłeś przy ognisku, waląc w ten cholerny bęben?
– Modliłem się do moich przodków. Prosiłem ich o wsparcie podczas jutrzejszej wizyty u Psiego Brata, by udało nam się dopiąć swego i by Psi Brat uwolnił Catherine.
– To dlaczego ten potwór się pojawił?
– Może aby pokazać nam, że jutrzejsze starcie nie będzie łatwe i że wciąż mamy czego się obawiać.
– Nie będzie jutro żadnego starcia. Po tym, co się stało dzisiejszej nocy, rezygnuję.
John Trzy Imiona sprawiał wrażenie zbitego z tropu.
– Jak możesz rezygnować, skoro jedynie ty możesz dopilnować tego, by potwór, który zabił twoją przyjaciółkę, został odesłany tam, gdzie jego miejsce? Jak możesz rezygnować, skoro zginąć może jeszcze wielu ludzi?
Jim spojrzał w stronę miejsca, gdzie leżało ciało Susan.
– Nie wolno ci się poddawać – dodał Indianin. – Zresztą nie masz wyboru. Przeznaczenie spogląda w przyszłość, nigdy za siebie. Za plecami masz zamknięte drzwi. Te przed tobą trudno będzie otworzyć, ale to jedyne wyjście.
– W takim razie co zrobimy z ciałem Susan? – zapytał Jim. – Wkrótce świt.
John Trzy Imiona skinął głową w kierunku ogniska.
– Jest teraz bardzo gorące, możemy ją skremować.
Jim sapnął głośno. Było to nielegalne, ale gdyby odnaleziono ciało, poważnie by go to obciążyło. Mimo przebytego szoku rozumiał, że żaden sąd nie uwierzyłby, że Susan została zabita przez niewidzialną bestię-widmo – przynajmniej dopóki nie będzie w stanie udowodnić jej istnienia.
– W porządku – powiedział wreszcie. – Ale potrzebuję twojego koca, żeby ją zawinąć.
– To bardzo cenny koc – zaprotestował John Trzy Imiona, przyciskając go do piersi.
– Nawet gdyby to był Całun Turyński, nie wzruszyłoby mnie to. Jest mi potrzebny.
John Trzy Imiona niechętnie podał mu koc. Jim zaniósł go do szczątków Susan i położył na ziemi. Spróbował ich dotknąć, ale przekonał się, że nie potrafi, złapał więc za przesiąknięty krwią szlafrok i przetoczył ciało na koc. Chrobot przesuwanych kości i chlupot jelit przyprawił go o mdłości – lecz najgorsze było to, że Susan, choć bezgłowa, kiedy ją przetaczał, wydała z siebie ciche, żałosne westchnienie.
– Po prostu w płucach zostało trochę powietrza – stwierdził John Trzy Imiona.
Jim zawinął koc i z pomocą Indianina przeniósł go do ogniska. Rozgarnęli patykami węgle i opuścili szczątki Susan w najbardziej rozgrzane miejsce. Oczy Jima zaszły łzami, nie tylko od gorąca. Koc zajął się natychmiast, powietrze wypełnił drapiący w gardle smród palonej wełny.
– Musimy odnaleźć jej głowę – oświadczył ponuro John Trzy Imiona.
– Nie jestem pewien, czy potrafię – odparł Jim. Przepełniał go taki smutek, że z trudem trzymał się na nogach.
– Musisz – John Trzy Imiona chwycił go za nadgarstki. – Chcesz zostawić ją tutaj, by znalazły ją psy?
Przez następne dwadzieścia minut przeczesywali okolicę, szukając głowy Susan. Niebo zaczęło się rozjaśniać, gwiazdy zbladły. Muzyka cykad rozbrzmiewała coraz głośniej. Jim wyprostował się w końcu. Na tyłach motelu biegł płot z falistej blachy, u szczytu wycięty w poszarpane zęby. W trzech czwartych jego długości tkwiła blada, skrzywiona twarz. Jim przez chwilę myślał, że zza płotu obserwuje go jakaś kobieta, ale zaraz zrozumiał, że spogląda na głowę Susan. Wylądowała na płocie, zachowując ten sam wyraz twarzy, z jakim spoglądała na niego przed śmiercią.
Podszedł do płotu na miękkich nogach. Kiedy był już blisko, zorientował się, że głowa tkwi dobre siedem stóp nad ziemią. Miała otwarte oczy i gdyby nie wiedział, że reszta jej ciała płonie w ognisku za jego plecami, bez trudu mógłby uwierzyć, że Susan nadal żyje.
Nie potrafił dotknąć jej głowy i musiał się odwrócić, gdy John Trzy Imiona strącał ją suchym patykiem. Indianin podniósł ją za zlepione krwią włosy i zaniósł do ognia. Jim pozostał na miejscu, ciężko dysząc. Łzy ściekały mu po policzkach.
Po chwili John Trzy Imiona zawołał go. Udało mu się na tyle odzyskać panowanie nad sobą, że mógł podejść do ogniska. Indianin powiedział:
– Musimy pozwolić, by się wypaliło… później przyjdę tu i przykryję popioły ziemią. Poprosiłem kierownictwo motelu o zezwolenie na rozpalenie dziś wieczór ogniska ceremonialnego, więc nie mają podstaw do podejrzeń.