Выбрать главу

– Zwariowaliście? Chyba Henry nie wierzy, że uda mu się wymienić Catherine na pieniądze? Nie zdajecie sobie sprawy, z kim macie do czynienia.

John Trzy Imiona położył rękę na ramieniu Dana.

– Daj spokój, Dan. Nie popadajmy w przesadę. Większość opowieści o Psim Bracie to plotki i ludzkie wymysły. To normalny facet.

– Więc dlaczego ludzie chodzą do niego, kiedy pragną uleczyć kogoś z raka?

– Dan, wszystko będzie dobrze. Wszystko pójdzie jak po maśle. Odwiedzimy Psiego Brata i może zdążymy z powrotem na modlitwy.

– To się wam przyda, zapewniam cię – odparł Dan.

Rozdział VII

Przyczepy ustawione u wylotu głównej alei wyglądały na znacznie bardziej zużyte. Przed niektórymi były na wpół rozsypujące się werandy, inne pokryto prowizorycznymi dachami ze smołowanej tektury. Wokół, zamiast wypielęgnowanych grządek z warzywami, rosły przykurzone pustynne trawy, obsypane śmieciami, jakie nieodmiennie gromadzą się w takich miejscach. Stosy zardzewiałego żelastwa, fotele samochodowe i walające się wszędzie zużyte opony.

Odstępy między przyczepami zaczęły się powiększać. Przed jedną z nich, o oknach przesłoniętych brudnymi zasłonami, ustawiony był ręcznie malowany napis „Zakaz wstępu. Właściciel ma broń i słabe nerwy.” Jakiś pies szarpał obok truchło myszołowa.

Na samym końcu obozowiska stała duża czarna przyczepa o zasłoniętych oknach, ustawiona zupełnie inaczej niż pozostałe przyczepy. Powietrze nad nią falowało od gorąca, zniekształcając sylwetki odległych, karmazynowych szczytów gór. Dokoła porozrzucane były puste puszki i części samochodowe oraz sterty starych gazet, posklejane jakąś czarną substancją, przypominającą smołę. Kłębiły się nad mmi roje much.

Nieopodal, w cieniu samotnego drzewa, stał buick electra. Wysoko w górze na bezchmurnym niebie krążyła leniwie para myszołowów.

John Trzy Imiona przezornie zatrzymał chryslera w znacznej odległości od przyczepy. Z kępy traw natychmiast podniosły się dwa czarne dobermany. Jim z ulgą zauważył, że były przykute łańcuchem do jednego z tylnych kół przyczepy.

– Tu mieszka Psi Brat – poinformował ich John Trzy Imiona. – Od tej chwili nie wolno nam wykonywać żadnych nie przemyślanych posunięć.

– Co zrobimy, jeżeli go nie będzie w domu? – zapytał Mark.

– O to się nie martw. On zawsze jest w domu.

– W porządku – powiedział Jim.- Napnijmy cięciwę naszego męstwa.

– Że co? – zmarszczył się Mark.

– To Szekspir, Mark, „Makbet” Wasza lektura. Nie czytałeś tego?

– Czytałem Pamiętam „precz, przeklęta plamo”* Za pierwszym razem myślałem, że chodziło jej o pryszcz czy coś takiego.

Sharon prychnęła z dezaprobatą.

– Foley, dopóki cię nie spotkałam, uważałam się za idiotkę, ale potem z dnia na dzień awansowałam na geniusza.

– Będzie najlepiej, jeżeli pójdę przodem – powiedział John Trzy Imiona. – Potem ty, Jim, i Catherine. Nie martw się, Psi Brat nie jest szczególnie uprzedzony do ciebie. Nienawidzi wszystkich białych po równi.

– A co z nami? – zapytała Sharon.

– Posiedźcie w samochodzie, dobrze? Zostawię włączony silnik, żebyście mieli klimatyzację.

– Nie bardzo mi się to podoba – stwierdziła Sharon. Nigdy nie lubiła pozostawać na uboczu wydarzeń.

John Trzy Imiona ruszył przez zakurzoną działkę do przyczepy. Dobermany szarpnęły za łańcuchy. Wydawało się, że zaraz się urwą i rozszarpią ich na kawałki, ale nawet nie warknęły. Indianin wspiął się po schodkach do drzwi przyczepy. Zamocowana na nich była kołatka w kształcie pyska rozwścieczonego wilka.John Trzy Imiona zastukał nią trzy razy, po czym cofnął się.

Jim osłonił oczy dłonią.

– Dlaczego przyczepa Psiego Brata ustawiona jest inaczej od pozostałych? – zapytał.

– Jej drzwi zwrócone są na wschód, skąd przychodzą demony – odparła Catherine.

– Myślałem, że Indianie starają się tego unikać.

– Psi Brat jest inny, panie Rook. Psi Brat przyjmuje je z otwartymi ramionami – oświadczył John Trzy Imiona i zastukał ponownie.

Upłynęło parę minut, a potem drzwi otwarły się na oścież. Wewnątrz panowały kompletne ciemności. Jima nagle ogarnął niepokój, poczuł, jak jego serce przyspiesza rytm. Pamiętaj, co zwykli mawiać Indianie, zganił się w duchu. – „Dziś jest dobry dzień na umieranie”.

John Trzy Imiona wszedł do wnętrza przyczepy. Po chwili wrócił i dał znak Jimowi i Catherine.

– Chyba wszystko w porządku – oświadczył. Catherine nagle złapała Jima za rękę. Jej dłoń była bardzo zimna, a ona sama cała się trzęsła. Spojrzał na mą i zobaczył, że jej twarz jest kredowobiała.

– Posłuchaj, nie musisz tego robić, jeżeli nie chcesz – powiedział. – Nikt nie będzie cię do tego zmuszał, a już na pewno nie ja. Zamierzamy jedynie spróbować przekonać tego Psiego Brata do zwolnienia cię z obietnicy złożonej przez twojego ojca.

– Nie wiem, czy mam na to dosyć siły – jęknęła Catherine – Nie wiem, czy potrafię stanąć z nim twarzą w twarz. Ale chcę się z nim spotkać, choć bardzo się go boję, panie Rook. I boję się samej siebie.

Jim objął ją ramieniem.

– Chcesz, żebyśmy stąd wyjechali, żebyśmy wrócili do Los Angeles? Możemy to zrobić. Pewnie wtedy cały ten problem pozostanie nie rozwiązany, a twoi bracia nadal będą tkwić w więzieniu, ale powinnaś myśleć przede wszystkim o sobie. W przeciwnym razie cały ten bałagan tylko się powiększy i ucierpią kolejni niewinni ludzie.

Catherine spojrzała na niego.

– Czy pani Randall również ucierpiała?

– Skąd ci to przyszło do głowy? Miała atak astmy, mc więcej

– Nieprawda. Coś się jej stało, prawda? Coś się jej stało?

– Catherine…

– Niech pan nie zaprzecza, bo sama to widziałam! Jestem pewna, że to widziałam! Widziałam, jak pada na ziemię!

– Idziecie czy nie? – zawołał John Trzy Imiona – On na was czeka.

– Więc co? – zapytał Jim Catherine – Wchodzimy tam?

Oczy Catherine wypełnione były łzami.

– Widziałam jak pada, i jestem pewna, że to moja wina. Widziałam, jak pada i cieszyłam się z tego. Nie wiem czemu.

Była kompletnie zdezorientowana, miała rozbiegane, błędne spojrzenie i szybkie, gwałtowne ruchy. Co gorsza, Jim zauważył gromadzący się wokół niej cień – szare, poszarpane smugi ciemności ciągnące się przez powietrze niczym lepka krew.

– Jim! – zawołał John Trzy Imiona.

– Catherine możesz powiedzieć „nie”, jeżeli tego nie chcesz – powtórzył Jim. – Jedno twoje słowo i już nas tu nie ma.

– Nie mogę – odparła zmienionym głosem, głębokim i szorstkim. – Obietnica to obietnica. Przysięga to przysięga.

Ruszyła sztywno w stronę przyczepy.

– Catherine!’ – zawołał Jim, lecz dziewczyna wspięła się już po schodkach i zniknęła w mroku.

– Chodź, to jedyny sposób – ponaglił go John Trzy Imiona.

Jim spojrzał na chryslera, na czekających w nim Sharon i Marka, a potem wziął głęboki oddech i podszedł do przyczepy.

– Spokojnie, Jim – Indianin położył mu rękę na ramieniu. – Zgodził się z tobą porozmawiać, mimo że jesteś białym.

Jim zajrzał do ciemnego wnętrza. Z przyczepy wysnuwała się dziwna woń. Przypominała zjełczały pot i zapach psiej sierści, palonych liści, długich jesiennych dni i starej skóry.

– Ruszaj – zachęcił go John Trzy Imiona i Jim zrobił krok w głąb pomieszczenia.

Ciemność okazała się grubą czarną płachtą powieszoną w progu i nie przepuszczającą ani promyczka światła. Wewnątrz przyczepa pomalowana była na czarno, tak samo jak na zewnątrz, wyposażona w obite czarną materią meble i oświetlona jedynie maleńkimi lampkami.