Выбрать главу

Catherine usadowiła się już na jednej z kanap, z rękami splecionymi na piersi. Po drugiej stronie, w obszernym zabytkowym fotelu o wytartych złoconych poręczach, niegdyś obitym czarnym aksamitem, teraz zredukowanym do plątaniny szarych sprężyn, siedział ze skrzyżowanymi nogami szczupły mężczyzna.

Był nagi do pasa, ciało miał smukłe i muskularne, bez grama zbędnego tłuszczu. W obu przekłutych sutkach wisiały różnobarwne paciorki i ptasie skrzydła. Jego długie czarne włosy opadały na ramiona, a oczy były ukryte za małymi okularami o żółtych soczewkach. Miał twardą, kanciastą psią twarz. Ubrany był w obcisłe czarne bryczesy ze skóry.

– Jim, to jest Psi Brat – powiedział John Trzy Imiona – Psi Bracie to Jim Rook

– To ty jesteś tym widzącym? – zapytał Psi Brat. Mówił powoli i ochryple, jakby nieczęsto miał okazję robić użytek ze swego głosu.

– Pewnie można to tak określić – odparł Jim. – A to ty jesteś człowiekiem sprowadzającym klątwy na innych?

– Jim – ostrzegł go John.

– Przecież właśnie po to tu jestem – przerwał mu Jim i zwrócił się do siedzącego przed nimi człowieka. – Przyjechałem, by zapobiec kolejnym morderstwom w wykonaniu twojego potwora-ducha.

Psi Brat uniósł prawą dłoń. Na jej wnętrzu wytatuowane było przypominające niedźwiedzia stworzenie, które zaatakowało Susan w Window Rock.

– Jesteś mądrym człowiekiem, mimo ze jesteś białym. Niewielu Navajo wierzy jeszcze w potwory-duchy, nie wspominając o białych.

– Ja w nie wierzę, bo sam widziałem jednego z nich.

– Widziałeś na własne oczy? Zechcesz mi go opisać?

– Przypominał niedźwiedzia, ale był od niego znacznie większy. I miał oczy jak rozpalone węgle.

– Więc naprawdę widziałeś Niedźwiedzią Pannę – stwierdził Psi Brat, odsłaniając w uśmiechu ostre zęby. – Nie spodziewałem się, by kiedykolwiek do tego doszło. Cóż, możesz wrócić teraz do swoich i powiedzieć im, że to był jedynie zły sen. Powiedz im, że wszystko się skończyło i ze Niedźwiedzia Panna nie będzie ich już więcej nękać. Chyba ze przyjdzie jej na to ochota. Z nią nigdy nic nie wiadomo. Jest zawsze taka spontaniczna.

Roześmiał się suchym śmiechem, przypominającym odgłos łamania gałęzi. Catherine siedziała zgarbiona na kanapie, ręce trzymała teraz na kolanach, zwrócone wnętrzem dłoni do góry. Obok niej siedział John Trzy Imiona, wyraźnie spięty. Nerwowo stukał palcami w kolana i przesuwał stopy. Gdyby z jego mózgu wysuwała się taśma telegrafu, z pewnością byłoby na niej rozpaczliwe wezwanie: „Zabierajmy się, Jim. Na rany Chrystusa, dajmy sobie spokój z całą tą sprawą i wynośmy się stąd w jasną cholerę”.

Jim pochylił się do przodu i spojrzał wprost w szkła okularów Psiego Brata.

– Przejdźmy do konkretów, dobra? Henry Czarny Orzeł upoważnił mnie do przedstawienia panu oferty złożonej z akcji, obligacji i gotówki. Musi pan jedynie wymienić cenę.

Psi Brat przez długą chwilę patrzył na niego w milczeniu, a potem zapytał:

– Cenę? O czym pan mówi, jaką cenę?

Jim wyciągnął z kieszeni swój notes, w którym miał zapisane akcje, obligacje i inwestycje ubezpieczeniowe Henry’ego. Zanotował też sobie, że w ostateczności Henry jest skłonny zaoferować Psiemu Bratu procentowy udział w następnym kontrakcie z Foxem oraz udział we wszystkich poprzednich „na zawsze i po wsze wieki”, jak to formułuje się w hollywoodzkich kontraktach.

– Henry jest w stanie zgromadzić dziewięćset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Wystarczy jedno słowo, a cała ta suma będzie pańska. Koniec życia w przyczepie. Zbuduje pan sobie za to własny dom z basenem.

– Czy to coś w rodzaju posagu? – zapytał Psi Brat.

– Nie. Chyba mnie pan nie rozumie. Henry oferuje panu dziewięćset pięćdziesiąt tysięcy za zaprzestanie ścigania Catherine.

– Nie będę jej ścigał, ma pan moje słowo. Bo i po co? Będzie tutaj, u mojego boku.

Jim zdjął swoje okulary do czytania i schował je do kieszeni koszuli.

– Panie Psi Brat, najwyraźniej się nie rozumiemy. Henry Czarny Orzeł oferuje panu pieniądze za uwolnienie Catherine za unieważnienie umowy małżeńskiej. To nie posag, lecz forma rekompensaty.

Psi Brat odwrócił się do Johna Trzy Imiona i warknął:

– Powiedziałeś, że ten biały przywozi mi Catherine Biały Ptak.

– Bo tak właśnie jest.

– Chwileczkę – odezwał się Jim. – Nie zamierza pan chyba zatrzymać i dziewczyny, i pieniędzy? Albo zatrzymuje pan Catherine, albo pieniądze. Ale nie jedno i drugie.

– Nie – powiedział Psi Brat.

– „Nie” co? Nie rozumie pan, że wszystkiego nie może pan zatrzymać? Czy nie, bo nie chce pan pieniędzy, lecz dziewczynę? Czy też…

– Dosyć! – wybuchnął Psi Brat. – Dobrze się pan spisał przywożąc mi tę kobietę, ale teraz może pan odejść. – Podniósł się z fotela i chwycił Catherine za nadgarstek. – Widzi pan tę bliznę? – zapytał. – Tu nasza krew zmieszała się ze sobą, kiedy miała piętnaście lat. Od tamtego dnia należy do mnie. Pieniądze tego nie zmienią.

– Panie Psi Brat, wiem, że w pańskim odczuciu Catherine należy do pana, ale w świetle prawa te zaręczyny nie są warte funta kłaków – oświadczył Jim.

– Nie szarżuj – ostrzegł go John Trzy Imiona.

– Co to znaczy „nie szarżuj”? – zapytał Jim – Ty też maczałeś w tym palce?

– Dalszy opór nie miał sensu, Jim. Kiedy zginął twój uczeń, a o jego zabójstwo oskarżono Paula i Szarą Chmurę, Henry zrozumiał, że nie ma innego wyjścia.

– Więc wcale nie przysłał mnie tutaj, bym uwolnił Catherine? Miałem jedynie dostarczyć ją temu upierzonemu dzikusowi?

– Jim! Oni nie chcieli, żeby jeszcze ktoś zginął!

– To dlaczego nie przyjechali tutaj i nie wydali go gliniarzom?

– A kto by im uwierzył? Nawet gliniarze Navajo by ich wyśmiali.

Psi Brat nadal trzymał Catherine za rękę, uśmiechając się szeroko. Sądząc z wyglądu jego zębów, przegryzienie mahoniowego blatu grubości trzech cali nie sprawiłoby mu większego kłopotu.

– John Trzy Imiona ma rację. Nikt nie uwierzy, że widziałeś Niedźwiedzią Pannę. Ci sami ludzie, do których zwrócisz się o pomoc, zamkną cię i dla pewności wyrzucą klucz przez okno.

– Nie chcesz pieniędzy? – zapytał Jim.

– Przyjmę je z radością, jeżeli Henry Czarny Orzeł pragnie mi je podarować.

– Ale nie uwolnisz Catherine?.

– Oczywiście, że nie. Zostanie moją żoną i urodzi mi dzieci. Będzie mnie karmić, kąpać i wielbić. Będzie wylizywać pot spomiędzy palców moich stóp.

Catherine spoglądała na niego w napięciu. Wokół niej kłębiła się ciemność. John Trzy Imiona najwyraźniej tego nie widział, lecz zachowanie Psiego Brata w stosunku do dziewczyny nasunęło Jimowi podejrzenie, że być może on to widzi, a przynajmniej wyczuwa.

– Nie chcę za ciebie wychodzić! – krzyknęła nagle Catherine. – Nigdy za ciebie nie wyjdę!

– Wyjdziesz, wyjdziesz, pokochasz mnie tak bardzo, że będziesz płakać za każdym razem, kiedy mnie przy tobie nie będzie.

– Nigdy! Nienawidzę cię! – krzyknęła znowu. Ciemność zaczęła podrygiwać i tańczyć, zagęszczając się wokół jej ramion w utworzone z cienia, przygarbione sploty.

– Psi Bracie, uwolnij ją – nie ustępował Jim.

– Ty biały gnojku! – prychnął Psi Brat. – Ostrzegano cię, prawda? Dzisiejszy dzień jest twoim ostatnim!

– Jak na jeden tydzień słyszałem to aż za często – stwierdził Jim. Wzbierała w nim złość, zmęczenie i frustracja. – Musisz uwolnić ją od przysięgi, a wtedy będziemy mogli zacząć negocjacje.

– Myślisz, że przysłano cię na negocjacje? – zapytał Psi Brat kpiąco. – Zostałeś wysłany tu wyłącznie z dwóch powodów by przywieźć do mnie Catherine Biały Ptak oraz by sprawdzić, czy Niedźwiedzia Panna odesłana została w zaświaty, ponieważ jedynie ty potrafisz to zobaczyć. Henry Czarny Orzeł postawił tylko ten jeden warunek. Nie mogłem mu odmówić.